dwutygodnik internetowy
27.06.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

W sprawie „stref wolnych od…” [List do redakcji]

„Osoby, które w ramach polityki zarządzanej poprzez emocje stawia się poza obywatelstwem i poza wspólnotą, powinny zacząć działać razem, w imię ich wspólnych praw” – pisze Marcin M. Bogusławski w liście nadesłanym do naszej redakcji.

list_do_redakcji

Szanowni Państwo!

Alexis de Tocqueville w „Dawnym ustroju i rewolucji” przekonująco (moim zdaniem) pokazał, że w zasadzie rewolucje dokonują się przed faktycznym czynem rewolucyjnym, bazują bowiem na strukturach, które kształtują się przed wybuchem walk. Przywołuję tę diagnozę, bo w moim odczuciu rzuca ona ważne światło na to, co dzieje się w Polsce. Nie chcę prognozować, czy dojdzie u nas do eskalacji przemocy fizycznej. Z całą pewnością toczy się już tak zwana wojna kulturowa, prowadzona sprytnie, bo środowiska, które podsycają ducha walki i nawołują do jej toczenia, jak bp Edward Frankowski, pozują na ofiary.

Strefa wolna od… LGBT(IQA)

Jednym z najświeższych wyrazów tej wojny jest znany już w świecie pomysł „Gazety Polskiej” na udostępnienie czytelnikom wlepek „Strefa wolna od LGBT”. Retoryczny potencjał tego hasła, tak bliski językowi nazizmu, który wskazywał strefy wolne od Żydów, Polaków…, jest oczywisty. Sam pomysł wskazuje na to, jak otwarcie można lżyć z porządku konstytucyjnego i praw człowieka, których normy nie dopuszczają do dyskryminacji, mówią o wspólnej wszystkim ludziom godności, a kraj czynią wspólną przestrzenią wszystkich obywateli. Kampania „Gazety Polskiej” dotyczy mnie osobiście, jako homoseksualnego cismężczyzny. Stanowi przy tym kolejny element wykluczania społecznego, którego skala od czasu objęcia przez PiS władzy w Polsce jest nieporównywalna do niczego, co doświadczyłem w życiu wcześniej. Wpisuje się także w logikę uchwał samorządowych, które ogłaszają wolność od ideologii LGBT, a wzmacniane są przez dyskursy posługujące się takimi kategoriami jak homoterroryzm.

Przemoc symboliczna ma bardzo wymierne efekty. Od podsycania strachu wobec osób o innej niż heteronormatywna orientacji psychoseksualnej i odmiennych tożsamościach płciowych niedługa droga do aktów przemocy. Atmosfera wykluczenia, stygmatyzacji i tak dalej przekłada się na nasz dobrostan psychiczny i — szerzej — życiowy. Realnie zmniejsza się także przestrzeń, w której możemy funkcjonować. Niech za przykład posłuży moje osobiste doświadczenie — miejsce, w którym od bodaj dekady spędzałem urlop, jest dla mnie „spalone”. Nie jestem bowiem w stanie poczuć się bezpiecznie wśród ludzi, którzy przestrzegają przed homoterroryzmem.

O działaniach wymierzonych w społeczność LGBTIQA jest głośno. „Strefa wolna od…” nie dotyczy jednak tylko nas. Myślę, że świadomość tego faktu powinna stać się społecznie bardziej wyraźna.

Strefa wolna od… bezdomnych

Przykładem z ostatnich dni jest pomysł krakowskiego radnego Łukasza Wantuchy na zamknięcie dla bezdomnych centrum Krakowa. Miał temu służyć zakaz rozdawania żywności na Plantach i ograniczenie działalności jadłodajni na terenie miasta. Jednym słowem, centrum Krakowa miało stać się „strefą wolną od bezdomnych”. Stosunek Wantuchy do bezdomnych nie jest czymś wyjątkowym w skraju Polski. Ich obecność w przestrzeni publicznej — na ulicach, klatkach schodowych, w komunikacji miejskiej — odbierana jest negatywnie. Sam, proszę wybaczyć mi kolejny przykład z własnego doświadczenia, w 2015 roku wszedłem w spór z łódzkim MPK. Zaprotestowałem wobec decyzji kierowcy, który nie wpuścił do autobusu osoby, która chciała nim podróżować. Zrobił to „na oko”, w uzasadnieniu decyzji podnoszono później, że dotyczyła ona bezdomnego, który byłby ciężarem dla pasażerów. Nie zgodziłem się z tym stanowiskiem — prewencyjne zamykanie autobusów prowadzi do jawnej dyskryminacji. Przed wystąpieniem uciążliwości z góry wykluczamy potencjalne zagrożenie. W internetowych komentarzach dotyczących tej sytuacji osoba niewpuszczona do autobusu była nazywana śmierdzielem, pojawiały się „żarty”, że gdy żul jedzie tramwajem, to tramwaj jedzie żulem, doradzano mi, żebym sobie takiego wziął do domu.

Badania społeczne pokazują, że problem bezdomności w Polsce jest i poważny, i nierozumiany. Przestrzeń publiczna, do której równy dostęp mają z definicji wszyscy ludzie, odbierana jest jako na pół prywatna, gdzie niektórzy nie powinni mieć wstępu z definicji.

Strefa wolna od… nauczycieli

Moim zdaniem w zbyt małym stopniu zauważalne jest kolejne zjawisko, które Bożena Uścińska w wakacyjnym numerze „Odry” nazwała «belfer-brexitem». Pisze: „Opuszczanie przez nauczycieli Oświatowej Unii Ubezwłasnowolnienia i Arogancji trwa od dłuższego czasu. Nasiliło się pod koniec 2015 roku, kiedy to Prawo i Sprawiedliwość zapoczątkowało «dobrą zmianę» w polskim systemie edukacji. Trudno przewidzieć, jak długo potrwa obecny exodus pracowników oświaty, jak wielka będzie fala uchodźców i gdzie się wygnańcy ostatecznie udadzą. Być może belfer-exit ustanie, gdy w Polsce zostaną wreszcie przeprowadzone reformy korzystne dla uczniów i nauczycieli. W chwili obecnej ten scenariusz wydaje się wszakże mało prawdopodobny”.

Jedną z kluczowych strategii walki z nauczycielami była ich dehumanizacja. Strajkujący pokazywani byli jako egoiści, którzy sprzeniewierzają się własnemu powołaniu i krzywdzą dzieci. Osoby, które zdecydowały się na nadzór egzaminów, potrafiły w sytuacjach publicznych właśnie w takim duchu krytykować nauczycieli, przemilczając fakt, iż same otrzymują (niemałe) honoraria.

Przykładów działania logiki „stref wolnych od…” można podać więcej. Mnie jednak chodzi o uchwycenie na ich podstawie dwóch spraw.

Po pierwsze, rewolucja realizowana przez PiS działa w oparciu o dobrze funkcjonujące mechanizmy społecznego stygmatyzowania i wykluczania określonych grup obywateli, którym z jakiejś perspektywy zupełnie się nie powiodło. Po drugie, paliwem zasilającym ten mechanizm są raczej emocje niż rozum (proszę wybaczyć mi tę zgrzebną opozycję). Nie lubimy bezdomnych, bo są brudni, śmierdzą i zaczepiają nas na ulicy. Brak kontaktu z nimi pozbawi nas kłopotu. Nie lubimy nauczycieli, bo są roszczeniowi, bo my też nie zarabiamy dużo, bo każdemu jest ciężko, nie powinno być więc grup uprzywilejowanych. Nie lubimy LGBT+, bo ich zachowania są obsceniczne, bo łóżko jest sprawą prywatną, a oni się obnoszą. Stereotypy i uprzedzenia znakomicie odżywiają negatywne emocje. Emocje też dają się łatwo podsycać, a przy regularnym pobudzaniu przekształcają się w urazy. To, co powoduje zmianę emocji negatywnych w pozytywne, przynosi ukojenie. Skuteczna eliminacja negatywnych bodźców przyniesie ukojenie na trwałe.

Problem w tym, że eliminacja nie rozwiązuje problemów. A dobrej polityki nie da się uprawiać w oparciu o emocje, które są stronnicze i mogą być zupełnie pozbawione uzasadnienia. Mogą również — i robią to — sprzyjać ograniczaniu praw człowieka do własnej grupy i grup uznawanych za sojusznicze. Uciążliwość bezdomnych czy osób LGBT+ nie powoduje, że tracą oni „przyrodzoną godność”, nie odbiera im równości wobec prawa, dostępu do przestrzeni publicznej. Nie zwalania także władz państwowych i samorządowych z rozwiązywania sytuacji, które świadczą o dyskryminacji i utrwalają nierówności. Tak samo jest z nauczycielami, opiekunami osób niepełnosprawnych, osobami starszymi i tak dalej.

Faszyzm to zjawisko, które nieodłącznie wiąże się z polityką bazującą na emocjach, takich jak chęć odwetu czy strach przed (kreowanym przez ideologów) wrogiem. Działania „Gazety Polskiej” z całą pewnością wpisują się w sposób działania charakterystyczny dla logiki faszystowskiej: wskazują wrogą i podsycają wobec niego negatywne emocje, które pozwalają na konsolidację swoich. Ale taki mechanizm działania obecny jest w III RP od dawna, a bezdomni są jedną z tych grup, wobec których jest on najbardziej czytelny. Jeśli Tocqueville ma rację, to skuteczność PiS i poparcie dla tej partii biorą się z tego, że rewolucja, która się dokonuje, zasadniczo miała już miejsce. Obóz władzy, wraz z polskim Kościołem rzymskokatolickim, rozumianym jako instytucja hierarchiczna (a nie ogół wszystkich duchownych i wiernych, tu są bowiem różnice), buduje „swoje” na istniejącym już fundamencie. Skuteczność tej budowy — to na marginesie — wspiera jeszcze jeden mechanizm sprzyjający „sferze wolnej od nauki”. Niewygodne treści funkcjonujące w ramach seksuologii, psychiatrii, wiedzy o klimacie, immunologii i innych kwestionuje się bowiem jako ideologiczne, podkopując całkowicie wiarygodność wiedzy i zrównując ją z każdą inną opinią bądź łącząc ją z teoriami spiskowymi.

Aby demokracja w jej nowoczesnym kształcie mogła funkcjonować, potrzebna jest nie tylko partycypacja obywatelska, ale także jej specyficzny kształt. Maria Mendel i Tomasz Szkudlarek mówią przy tej okazji o „demokratycznej izolacji”, to znaczy o potrzebie dystansu wobec demokratycznego staus quo, dzięki któremu lepiej widać, co się dzieje, i który pozwala uwzględniać glosy nie tylko z centrum. Taki dystans pozwala również na ogląd wolny od niekontrolowanych i silnych emocji, a powinien być, w moim odczuciu, dokonywany w perspektywie praw człowieka, których „kodeksowa” postać jest odpowiedzią na piekło nazizmu. Oczywiście, można twierdzić, że zamiast praw człowieka winno się uwzględniać prawo naturalne. Z tym ostatnim jest jednak taki kłopot, że w Polsce zdroworozsądkowo rozumie się je w znaczeniu tomistycznym, obciążonym tradycją teologiczną określonej konfesji. W ten sposób pod pozornie neutralnymi pojęciami przemyca się ideologię religijną, która w państwie demokratycznym jest jedną z opcji, której nie muszą przyjmować wszyscy obywatele.

Na dziś ważne wydaje mi się rozpoznanie „stref wolnych od…”, które obecne są w życiu społecznym, i emocji, które je podtrzymują. Osoby, które w ramach polityki zarządzanej poprzez emocje stawia się poza obywatelstwem i poza wspólnotą, powinny zacząć działać razem, w imię ich wspólnych praw. Tylko w ten sposób można przeciwdziałać rewolucji, która wytwarza wspólnotę uodpornioną na niechcianych innych.

Z szacunkiem

Marcin M. Bogusławski