dwutygodnik internetowy
24.09.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

“W drodze” na męczarnie

“W drodze” ani nie mówi o oryginalnych sprawach, ani nie pokazuje ich w ciekawy sposób. Znam sporo filmów, które mają bardzo niespieszny rytm i ogląda się je znakomicie.

 

Walter Salles ma w swoim dorobku kilka dobrych filmów (w tym, moim zdaniem, świetne „Dzienniki motocyklowe”), ale jego najnowszy film, „W Drodze”, adaptacja książki Jacka Kerouaca, zdecydowanie mu nie wyszedł.

 

Mamy tu końcówkę lat 40-tych i początek 50-tych XX wieku. Narrator, którym jest Sal Paradise (Sam Riley), razem z poznanym dopiero co Deanem Moriartym (Garrett Hedlund) oraz to pojawiającą się, to znikającą dziewczyną Deana Marylou (Kristen Stewart) podróżuje po kolejnych stanach Ameryki w poszukiwaniu coraz to nowych uciech, zabaw, seksu i narkotyków.

 

Mamy tu więc do czynienia z kinem drogi, które Salles już tworzył właśnie przy okazji „Dzienników motocyklowych”. Tyle, że o ile w tym pierwszym obrazie o coś chodziło, miał na celu pokazanie podróży, która pod wieloma względami ukształtowała Che Guevarę, o tyle przy „W Drodze” w zasadzie sam nie wie, czego chce. Nie bardzo bowiem wiadomo o czym jest ten film. O buncie młodych, którzy, nie potrafiąc dorosnąć i wziąć na siebie odpowiedzialności, wolą zatracać się w coraz huczniejszych imprezach? O Ameryce tamtych czasów (co akurat zostało nieźle odwzorowane dzięki scenografii i zdjęciom)? O dorastaniu, zmienianiu się i stopniowym rozumieniu pewnych rzeczy (chociaż w mojej opinii w bohaterach nie zaszła prawie żadna zmiana)? Może. Tyle tylko, że nie dość, że nie ma w tym niczego nowego, co nie byłoby wałkowane w kinie wielokrotnie, to jeszcze zostało to pokazane w bardzo zły sposób.

 

Cały film składa się bowiem bardziej z epizodów, kolejno sklejonych ze sobą scen, które łączą tylko bohaterowie. Wszystko to jest chaotyczne i wygląda na krańcowo nieprzemyślane. Nie czytałem książki, więc się do niej nie odniosę, ale nawet jeżeli podobnie było w pierwowzorze, to trzeba pamiętać, że książka i film rządzą się różnymi prawami. W odbiorze filmu nie pomagają także słabe kreacje aktorskie. Z trójki głównych bohaterów cokolwiek lepszego można powiedzieć tylko o Hedlundzie, który nieźle sobie daje radę ze swoją postacią, Riley i Stewart są kompletnie nijacy i bezbarwni. I nie pomogą tu nawet ciekawe występy Viggo Mortensena i Steve Buscemiego, którzy pojawiają się w zasadzie na chwilę.

 

Owa wspomniana przeze mnie fragmentaryczność niesie ze sobą jeszcze jedną konsekwencję. Otóż „W Drodze” jest straszliwie nudne. Ani nie mówi o oryginalnych sprawach, ani nie pokazuje ich w ciekawy sposób. Znam sporo filmów, które mają bardzo niespieszny rytm i ogląda się je znakomicie. Jeżeli komuś podobała się książka i wejdzie w nastrój opowieści, bądź po prostu lubi tego typu klimaty, ma szansę się nie zawieść. Ja wyszedłem z kina straszliwie wymęczony.