dwutygodnik internetowy
19.06.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

W Białym Miasteczku bez zmian

Potrzeba radykalnych zmian, bo sytuacja jest dramatyczna i dotyczy nas wszystkich. To w nas – pacjentów i pacjentki – uderzy polityka polskich władz. Pozbawione jakiegokolwiek znaczenia jest to, czy prowadzi ją partia „liberalna”, czy „prospołeczna”. To my będziemy wyć z bólu na oddziałach szpitalnych, na których pracuje zbyt mało, zbyt słabo opłacanych i wspieranych pielęgniarek.

Równo dziesięć lat temu rozpoczął się protest pielęgniarek pod Kancelarią Premiera. Błyskawicznie przerodził się w pamiętne „białe miasteczko”. Rząd nie bardzo chciał porozumieć się z pielęgniarkami i pielęgniarzami. To wtedy padły obrzydliwe słowa premiera Kaczyńskiego o tym, że „niezjedzenie kolacji to jeszcze nie głodówka”. To wtedy ówczesny wojewoda mazowiecki, Jacek Sasin, próbował użyć kruczków prawnych, by doprowadzić do zakończenie protestu.

Całe miasteczko, jak się zdaje, było jednym z kluczowych akordów wieszczących zmianę polityczną, która nastąpiła w 2007 roku. Tyle tylko, że następna ekipa, która ugrała na „białym miasteczku”, ile mogła, niewiele zrobiła, by poprawić sytuację pielęgniarek. Nic dziwnego, że pięć lat później ponownie wyszły na ulice. Role się odwróciły – teraz to politycy PiS-u odwiedzali protestujących, a Donald Tusk był obiektem ataków. Pielęgniarki nie dostały też zgody na rozbicie miasteczka, bo, jak uzasadniał Bartosz Arłukowicz, „ulica nie jest dobrym miejscem do wymiany poglądów”, co od lat w ustach wszelkiej władzy stanowi sformułowanie-wytrych mające rozbroić każdą manifestację. Kolejne trzy lata później znów protestowały – wtedy już premierem była niedawna minister zdrowia, Ewa Kopacz, a ministrem Marian Zembala, który wsławił się dla odmiany bon motem o tym, że zwolniłby pracowników podejmujących strajk.

O tym wszystkim trzeba pamiętać – o tych czynach i tych słowach.

Ale dziś najważniejsze jest to, że PiS – po ponownym przejęciu władzy – również robi niewiele, by poprawić los pielęgniarek i pielęgniarzy. Zapowiadane są podwyżki, ale zbyt niskie i zbyt rozłożone w czasie, by wpłynąć radykalnie na sytuację (podobnie jak podwyżki, które wprowadzały poprzednie rządy – potrzebne, ale niewystarczające). A potrzeba radykalnych zmian, bo sytuacja jest dramatyczna i dotyczy nas wszystkich – nie tylko mnie jako męża studentki tego pięknego kierunku. To w nas wszystkich – pacjentów i pacjentki – uderzy taka polityka polskich władz. Pozbawione jakiegokolwiek znaczenia jest to, czy prowadzi ją partia „liberalna”, czy „prospołeczna”. To my będziemy wyć z bólu na oddziałach szpitalnych, na których pracuje zbyt mało, zbyt słabo opłacanych i wspieranych pielęgniarek. Będziemy pomstować na ich „znieczulicę” i „niesympatyczność”, nie rozumiejąc, że jedziemy na jednym i tym samym wózku – wózku niedofinansowania, braku zawodowych perspektyw i przepracowania.

Bo jak ma utrzymywać uśmiech na twarzy kobieta, która na dyżurze przechodzi średnio 30 kilometrów? Która tak często nie zna odpoczynku? Która cały czas musi utrzymywać stan podwyższonej koncentracji, bo każda jej pomyłka może zaważyć na ludzkim życiu i zdrowiu? Która sama ma pod opieką od dwudziestu do trzydziestu pacjentów? Która nawet jeśli robi wszystko najszybciej, jak potrafi, musi zdecydować, komu pomóc pierwszemu, bo nikt jej w tym nie wyręczy? Która musi dorabiać w innym miejscu, bo dla wielu z nich praca na pełen etat w państwowym szpitalu nie wystarcza, by żyć? Która często wcale nie ma etatu? Która, gdyby nie pracowała w więcej niż jednym miejscu, sprawiłaby, że należałoby pozamykać placówki, bo nie byłoby już dziś kim ich obstawić?

A będzie coraz gorzej. 2 procent polskich pielęgniarek ma mniej niż trzydzieści lat. Średnia wieku dobija do pięćdziesięciu i cały czas rośnie. Na tysiąc mieszkańców w niektórych województwach przypadają mniej niż cztery pielęgniarki (średnia europejska to dziesięć). Studentki i studenci już na pierwszym roku studiów myślą o wyjeździe i zapisują się na kursy języka niemieckiego lub norweskiego dla pielęgniarek. Lucyna Dargiewicz, przewodniczącą Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych dwa lata temu w wywiadzie dla Magazyn Kontakt mówiła jasno i klarownie: to „środowisko, które wymiera”.

Od lat nie dzieje się nic, co mogłoby wyraźnie zmienić sytuację. Pokutuje wiara, że niewielkie zmiany wystarczą. Ale to tak, jakby pielęgniarka używała plastra bez opatrunku zamiast bandaża i podawała paracetamol zamiast morfiny.

To nie jest wina pielęgniarek i pielęgniarzy. Dlatego jeśli będziecie kiedyś leżeć na szpitalnym łóżku, czekając na lek, kroplówkę, założenie cewnika, podstawienie kaczki, cokolwiek innego, nie przeklinajcie opiekujących się Wami pielęgniarek. Na ogół robią wszystko, co mogą. Kurwcie na wszystkich tych, którzy naprawdę są temu winni: Kaczyńskich, Tusków, Kopacz, Zembalów, Arłukowiczów, Szydło i Radziwiłłów. To oni mieli i mają w poważaniu Wasze leczenie i Wasz komfort przebywania w szpitalu. To oni symulują poważne reformy, gdy tak naprawdę robią wszystko, by podnieść płace jak najwolniej i jak najmniej. To oni mają w dupie same pielęgniarki.

To z ich powodu będziemy cierpieć, podczas gdy oni sami – gdy coś im się będzie działo – korzystać będą z uprzywilejowanego dostępu do opieki zdrowotnej w ministerialnych szpitalach lub prywatnej służbie zdrowia.

Ostatecznie Białe Miasteczko wygrało małą bitwę, ale ciągle przegrywa wojnę. Ale także to nie jest winą pielęgniarek. One także wtedy zrobiły wszystko, co mogły. Dla siebie i dla nas – ich pacjentów i pacjentek.