dwutygodnik internetowy
23.10.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Van Gogh! To ten, co sobie obciął ucho!

„Twój Vincent” to coś więcej niż setki tysięcy malarskich klatek filmowych. To idąca pod prąd stereotypom historia niezwykłego człowieka. Całego, nie tylko ucha.

materiały prasowe

materiały prasowe

Pod wirującym kołem słońca

Jaskrawe, oszalałe nędze

Żółć bezlitosna, żółć bez końca

Jak starą twarz wyżłobił pędzel

W świecie co jak patelni dno

Ludzie podobni czarnym muchom

U dołu podpis : Vincent van Gogh

 

Van Gogh! To ten, co sobie obciął ucho!

[…]

Jonasz Kofta, „Wernisaż”

 „Vincent van Gogh namalował przez niespełna 10 lat ponad 800 obrazów. Tylko jeden z nich został sprzedany za życia artysty”. Ilekroć dowiaduję się o tym, jak kolejni wielbieni dziś artyści, których dzieła sprzedawane są za miliony dolarów, umierali w skrajnym ubóstwie i zapomnieniu, w aurze skandalu, który wywołali swoją twórczością, myślę o szokującej nas dziś sztuce współczesnej i zachodzę w głowę, czy my też się czasem tak mylimy. Bo w końcu van Gogh, artysta kanoniczny, ten, który w kilka lat na zawsze zrewolucjonizował historię malarstwa, za życia sprzedał  j e d e n  obraz.

Zacytowana informacja wybrzmiewa bardzo mocno na koniec filmu polsko-brytyjskiej produkcji, który ma być hołdem dla holenderskiego wizjonera. „Twój Vincent”, który miał swoją światową premierę w czerwcu tego roku, powstawał od niemal dekady. W podobnym czasie van Gogh zdążył namalować wszystkie swoje najsłynniejsze obrazy – jego największa aktywność artystyczna przypadła na samą końcówkę życia – odkąd w wieku niespełna trzydziestu lat postanowił całkowicie poświęcić się malarstwu olejnemu. Odwagę twórców, Doroty Kobieli i Hugh Welchmana, porównywać można z odwagą samego malarza. Dokonali oni bowiem przełomu w kinematografii – „Twój Vincent” to pierwszy na świecie pełnometrażowy film w całości wykonany w technologii animacji malarskiej.

43 sekundy w pół roku

Sama technika nie jest niczym rewolucyjnym, jednak nikt do tej pory nie zdobył się na zastosowanie jej w pełnym metrażu. Pierwotnie w istocie miała być to kilkuminutowa animacja, jednak Welchman namawiał do rozszerzenia jej do półtoragodzinnego filmu fabularnego. Pomysł ten – jakkolwiek szalony – spotkał się z aprobatą setek ludzi i otrzymał niezbędne wsparcie finansowe. Mimo chwil zwątpienia duet polsko-brytyjski doprowadził projekt do szczęśliwego końca.

Dlaczego szalony? Bo żeby uzyskać sekundę animacji, artyści musieli namalować dwanaście klatek. Dwanaście faz ruchu, żeby uzyskać jedną sekundę półtoragodzinnego filmu! Van Gogh, jako artysta bardzo płodny, potrafił namalować jeden obraz w ciągu doby. Ponad setka malarzy–animatorów często w jeden dzień uzyskiwała zaledwie jedną sekundę filmu. W skrajnych przypadkach, jak wspomina jeden z malarzy, Łukasz Gordon, szczególnie skomplikowane ujęcie 43-sekundowe powstawało przez pół roku. Co skłoniło zatem twórców „Twojego Vincenta” do tak syzyfowej pracy?

Jak mówią wszyscy zaangażowani w film, wysiłek włożony w produkcję stał się wielkim malarskim hołdem na cześć holenderskiego artysty. 65 tysięcy klatek filmowych ręcznie namalowanych przez ponad 120 artystów powstających przez dziewięć lat. Te liczby niewątpliwie robią wrażenie. Jednak ani przez chwilę projekcji nie nasuwa się myśl, że jest to przerost formy nad treścią. Poruszenie pełnych koloru i ekspresji migocących obrazów van Gogha i uzyskany efekt wart był każdej minuty pracy.

Van Gogh–szaleniec vs. Van Gogh–człowiek

Jak spytać o van Gogha, większość skojarzy dwa podstawowe fakty: obciął sobie ucho i namalował „Słoneczniki”. Mało kto będzie w stanie wymienić więcej niż trzy obrazy. Jak trafnie uwypuklił to Jonasz Kofta w wierszu „Wernisaż”, sprowadzamy niezwykle wrażliwą na piękno, bogatą osobowość jednego z największych malarzy historii do nieszczęsnego szaleńca, który zakochał się w prostytutce. Z tym właśnie krzywdzącym stereotypem walczą twórcy „Twojego Vincenta”. Chcą zobaczyć w nim człowieka, skrzywdzonego, żyjącego od dzieciństwa w przekonaniu, że nie dorasta do wyobrażeń swoich rodziców, nie spełnia ich oczekiwań i nosi na sobie piętno „tego drugiego”, bo jego starszy o rok brat Vincent urodził się martwy i matka patrzyła na drugiego Vincenta przez pryzmat pierworodnego. Kobiela i Welchman chcą podkreślić jego geniusz, zaznaczając, że zaczął malować bardzo późno, ale nie przestawał ani na chwilę, był pracoholikiem i malował zawsze – w deszczu, słońcu, za dnia i w nocy. Tylko w ten sposób udało mu się namalować 870 obrazów w tak krótkim czasie. Przywiązywał ogromną wagę do światła, portretował bliskie osoby, malował pejzaże. Był bacznym obserwatorem rzeczywistości. By móc pozyskać materiały, zadłużał się u brata Theo, który jako jeden z niewielu wierzył w jego talent. Bliska relacja dwóch braci została już wyeksploatowana w innych dziełach popkultury. W „Twoim Vincencie” również pojawia się Theo, jednak braterska relacja nie dominuje fabuły filmu.

Kobielę i Welchmana zainspirowały liczne listy, które van Gogh wysyłał do brata. To właśnie dostarczenie ostatniego listu artysty – już pośmiertnie – staje się osią kompozycyjną scenariusza. Armand Roulin, syn listonosza, przyjaciela Vincenta, poproszony przez swojego ojca wyrusza w drogę, by ostatni list napisany przez niedawno zmarłego malarza dostał się w ręce adresata. Przy tej okazji poznaje ludzi bliskich van Goghowi i tych, którzy byli naocznymi świadkami jego ostatnich tygodni życia. Niespodziewanie Roulin wchodzi też w rolę detektywa – próbuje poznać prawdę o śmierci malarza, bo oficjalna teza o jego samobójstwie zostaje podana w wątpliwość. Dzięki konwencji śledztwa film nie tylko stanowi estetyczną ucztę dla oczu, ale również trzyma w napięciu niczym dobry kryminał.

70 lat polskiej animacji

Choć ze względów promocyjnych „Loving Vincent” został nakręcony w języku angielskim, nieoceniony jest polski wkład w powstawanie filmu. Nie tylko autorką scenariusza i reżyserką jest Dorota Kobiela, a współautorem Jacek Dehnel, ale przede wszystkim to dzięki polskim malarzom powstały tysiące obrazów, które posłużyły do stworzenia filmu. W inicjatywę od samego początku wierzyło wrocławskie Centrum Technologii Audiowizualnych i to właśnie we Wrocławiu powstała większość obrazów. Welchman zapytany na konferencji prasowej o powód, dla którego to malarze z Polski stanowią większość spośród ponad setki zaangażowanych artystów, odpowiada, że to tutaj studenci wydziałów sztuk pięknych mogą specjalizować się w malarstwie olejnym – w Wielkiej Brytanii jest to jedna z dziedzin sztuki, które zgłębiają studenci, jednak specjalizacji jako takiej zwyczajnie nie ma. Zdaniem Welchmana to właśnie polscy studenci mają znakomity warsztat malarski.

Dodatkowo premiera „Twojego Vincenta” zbiegła się w czasie z dość szczególną rocznicą – w tym roku obchodzone jest siedemdziesięciolecie polskiego filmu animowanego. Z tej okazji w Muzeum Kinematografii w Łodzi do końca roku oglądać można wystawę poświęconą twórcy filmów animowanych Danielowi Szczechurze, a jej otwarciu towarzyszył przedpremierowy pokaz filmu Kobieli.

Dzięki polskim malarzom film zyskał zupełnie nową, doskonałą jakość. Niestety nie można powiedzieć tego o polskiej wersji językowej – choć wśród osób podkładających głos znalazły się tuzy polskiego kina (Danuta Stenka, Jerzy Stuhr, Maciej Stuhr, Robert Więckiewicz, Olga Frycz), jak i nowe gwiazdy (Zofia Wichłacz), to polski dubbing pozostawia wiele do życzenia. Jest wyjątkowo sztuczny i sprawia wrażenie, jakoby był to lektor podzielony na głosy, co stanowczo psuje odbiór filmu – tak pięknego zarówno wizualnie, jak i dźwiękowo (muzykę do filmu skomponował Clint Mansell, bo Dorota Kobiela wyobrażała sobie tylko i wyłącznie jego jako autora ścieżki dźwiękowej).

Czy artyście wszystko wolno?

Co film o Vincencie van Goghu mówi do nas dzisiaj, niespełna 130 lat po jego śmierci? To nie tylko próba przełamania stereotypowego spojrzenia na tę postać. Nie tylko podaje w wątpliwość tezę na temat jego samobójczej śmierci. Nie tylko jest hołdem na cześć tak niedocenionego za życia artysty. To film, który zwraca skrzywdzonemu jego zapomniane przez historię „ja”, a dzięki temu indywidualnemu, ciepłemu spojrzeniu może uwrażliwić nas na osoby wokół. W ten sposób broni się też jako film uniwersalny. Bo nie jest tajemnicą, że jest w oczywisty sposób van Goghowi przyjazny – nazwać go tendencyjnym to być może za dużo, ale z pewnością ukazuje artystę głównie w pozytywnym świetle jako niezrozumianego introwertycznego geniusza. I nawet jeśli miejscami idealizuje bezkompromisowego Holendra, który bez wątpienia był człowiekiem trudnym, to przede wszystkim jest próbą zrozumienia sposobu bycia malarza, jest życzliwym spojrzeniem na człowieka pokiereszowanego przez los (przez trudne relacje rodzinne, sytuację materialną, chorobę psychiczną), dzięki czemu może wywołać głębokie wzruszenie – w tym leży ogromna siła filmu. Być może po seansie niektórzy przestaną kojarzyć van Gogha z obciętym uchem, Tolouse-Lautrec’a jedynie z jego niskim wzrostem, Utrilla z pijaństwem, a najpierw zaczniemy zastanawiać się nad tym, jakie przesłanie ma ich twórczość i dlaczego malowali tak, a nie inaczej. Może też „Twój Vincent” pomoże nam przychylniejszym okiem i z pewną dozą pokory spojrzeć na sztukę, której nie rozumiemy bądź uważamy za obrazoburczą, zrywającą ze wszystkimi przyjętymi normami. Czy artysta świadomie sięga po prowokację, czy maluje szczerze, prosto z serca – jak van Gogh, który dzięki swoim zamaszystym pociągnięciom pędzla został okrzyknięty pionierem sztuki nowoczesnej?

***

Zaczęliśmy liczbami, na nich więc też skończmy. Film zdobył już nagrodę publiczności na dwóch festiwalach i dostaje kolejne nominacje. Został sprzedany do 135 krajów. Walczy o Oscara. Jeśli zostanie nominowany i – miejmy nadzieję – nagrodzony, stanie się to dokładnie dziesięć lat po powstaniu pomysłu na ten filmowo-malarski hołd. „Zależało nam, by film tworzyli malarze, a nie animatorzy. Wiedzieliśmy, że będzie trzeba zatrudnić do tego dziesiątki artystów, którzy zmierzą się z tytaniczną pracą. Jednak im dłużej debatowaliśmy o detalach, tym bardziej byliśmy przekonani, że to może się udać” – komentuje Dorota Kobiela. Udało się bez wątpienia, choć budżet na cały film był pewnie niewiele wyższy niż to, co Pixar mógłby przeznaczyć na same napisy końcowe. Tym bardziej miejmy nadzieję, że ten ogromny wysiłek zostanie jak najszerzej doceniony.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.