dwutygodnik internetowy
25.07.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Umer: „Tak młodo jak teraz…”

Starsi Panowie kończąc cykl swoich programów prosili telewidzów, żeby zaopiekować się: po pierwsze Leonem (myszą nazwaną męskim imieniem, by nie zachodziła w ciążę) oraz ich piosenkami, bo te, którymi się nikt nie opiekuje, czezną, nicestwieją. I w jakimś sensie ja to już od wielu, wielu lat robię.

ilustr.: Andrzej Dębowski

ilustr.: Andrzej Dębowski

Z Magdą Umer rozmawia Andrzej Dębowski.

ANDRZEJ DĘBOWSKI: Jak na kogoś, kto przeżywa swoje „babie lato” starości – to pani określenie – jest pani niesłychanie aktywna. Nowy album co drugi rok, do tego spektakle: „Dużo kobiet, bo aż trzy”, „Scenki i obscenki Jeremiego Przybory”, „Biała bluzka” w pani adaptacji i reżyserii, teraz pracuje pani nad nową płytą – skąd napęd?

MAGDA UMER: Nie wiem, może to jakaś siła wyższa. Już dwadzieścia lat temu nagrałam płytę pod tytułem „Wszystko skończone” i myślałam, że to już naprawdę będzie zamknięty rozdział. Może dostaję po prostu ciekawe propozycje i trudno mi jest odmawiać.

W ostatnim kwartale ubiegłego roku ukazała się pani najnowsza płyta „Duety. Tak młodo jak teraz”. Czy z nią było podobnie?

Wydawnictwo MTJ, u którego nagrałam „Noce i sny” oraz „Wciąż się na coś czeka” znowu namawiało mnie na płytę. Tłumaczyłam im, że ja już o wszystkim zaśpiewałam i jeślibym się dała namówić, to tylko na coś takiego, co byłoby jakąś ciekawszą przygodą, na przykład duety.

Tak powstał album, na którym każdy z piętnastu utworów wykonuje pani w towarzystwie innego gościa. Są to między innymi Janusz Gajos, Piotr Fronczewski, Anna Maria Jopek, Krystyna Janda, Maciej Stuhr, Wojciech Waglewski, Staszek Sojka, Grzegorz Turnau, Artur Andrus, Piotr Machalica, Janusz Strobel.

Powiedziałam, że gdybym mogła zaśpiewać z ludźmi, których lubię i cenię, to może by mi się „chciało do tego zabrać”. A wydawcy zaproponowali, że mogę sobie wykonać, co chcę i z kim chcę. Dopiero wtedy „zachciało mi się chcieć” – praca nad albumem trwała dwa lata. Bardzo trudno jest rezygnować z takich wspaniałych propozycji, szczególnie w sytuacji, kiedy świat naokoło nie jest wspaniały. Jedyny ratunek to ucieczka w sztukę. Ona zwykle ratuje mnie przed mizerią tego świata.

Czyli traktuje pani twórczość jako ucieczkę, a nie komentarz do rzeczywistości?

Jako komentarz do nierzeczywistości. Uciekam w świat baśni. Moje piosenki, w przeciwieństwie do życia – nie są polityczne.

Łączy pani słowo „rzeczywistość” bezpośrednio z tym, co polityczne?

Nooo, rzeczywistość kojarzy się niemal wyłącznie z polityką, szczególnie ostatnimi laty, dlatego ja od tego strasznie uciekam. Był taki wspaniały aktor – waszemu pokoleniu pewnie już nieznany – grał tatę Pawła w „Wojnie domowej” – Kazimierz Rudzki. I on rzeczywistość nazywał „coraz bardziej nas otaczającą rzeczywistością”. A ja uważam, że teraz też jest coś takiego, że ta rzeczywistość coraz bardziej nas otacza. Okrąża. Ludzie na całym świecie zabijają się każdego dnia.

Więc gdzie uciekać? Lasy, morza, natura… Gdzieś z dala od agresji tego świata. Tam, gdzie można poczuć się człowiekiem wolnym, w każdym tego słowa znaczeniu – nie musieć robić niczego, co ci każą.Tylko to, o czym marzysz.

Przykładów postawy eskapistycznej jest też kilka w piosenkach na „Duetach” – przychodzi mi na myśl „Sama chciała” do słów Agnieszki Osieckiej.

Tu akurat jest Ucieczka ostateczna – odejście z tego świata.

Ale też sposób życia składający się z tych ucieczek od rzeczywistości…

Jest i historia bohaterki sztuki „Biała bluzka” i w pewnym sensie Agnieszki, w pewnym Elżbiety Czyżewskiej i też w jakimś sensie moja. Wszystkie piosenki, które śpiewam, to są takie piosenki – jakie sama chciałabym napisać, gdybym umiała. Uważam, że jeżeli słuchaczowi mam zająć trzy minuty, a życie jest strasznie króciutkie, to warto zająć czymś wyjątkowo pięknym. Nie warto robić rzeczy takich sobie, średnich.

Czym pozostałe piosenki „Duetów” zajmują słuchaczowi te trzyminutowe wycinki czasu?

Już mówię: „Ta ostatnia niedziela” – moja ukochana piosenka z dzieciństwa. Tata grał na fortepianie i śpiewał i ja pamiętam swoje młodziutkie szczęście z tego powodu. Niektóre takie przedwojenne piosenki – „Ostatnia niedziela”, „Nikt tylko ty”, „Już nigdy”, „Tango notturno” – są smutne i czasami nie na najwyższym poziomie literackim, ale mimo to ich muzyka i jakaś otoczka, świadomość, że to wszystko działo się przed tą straszliwą zagładą ludzkości – przed II wojną światową – sprawia, że mają w sobie coś niesamowitego. Kocham przedwojenne piosenki.

Piotr Fronczewski kiedyś śpiewał pięknie „Tę ostatnią niedzielę”. Ja to zapamiętałam i zamarzyłam sobie, aby jeszcze raz wykonać to – razem z nim.

„W żółtych płomieniach liści” – bardzo ważna piosenka.W 1969 roku zaśpiewała to Łucja Prus ze Skaldami, a potem bardzo wiele osób. Jak inne wielkie – ma wiele znaczeń. Nie tylko ludziom, którzy wiedzą, o co chodzi, musi mówić, że fraza „ci odlatują, ci zostają” znaczy: „ci emigrują, ci zostają” – jest też po prostu przepiękną piosenką o pożegnaniu kogoś bliskiego, o rozstaniu się z kimś bliskim na zawsze. Mistrzowski tekst Agnieszki Osieckiej i muzyka Andrzeja Zielińskiego.

Następna piosenka – „Tak młodo jak teraz” – tytułowa piosenka. Tekst Jasia Wołka, muzyka Włodka Nahornego. No co tu dużo mówić: wielka piosenka. A jednocześnie, na obecnym etapie mojego życia, jest mi szczególnie bliska. Marzyłabym, żebym umiała sama napisać taką piosenkę.

Czy wobec tego bliskość na danym etapie życia była kluczem spajającym utwory?

Tak, zawsze tak jest. Każda moja płyta jest „bliskością na tym etapie mojego życia”, sięgam na nim po takie, a nie inne piosenki. Agnieszka [Osiecka] kiedyś wspomniała w „Rozmowach w tańcu” – wywiadzie samej ze sobą – że nawet kiedy pisze o ośmioletnim chłopcu, to także pisze o sobie. Prawie każdy artysta – i nie wynika to z ekshibicjonizmu ani egoizmu – czuje się kimś wybranym, w takim sensie, że ma coś ważnego i pięknego do powiedzenia. A to jest zawsze najuczciwsze i najszczersze wtedy, kiedy opowiadamy o czymś, czego bezpośrednio lub pośrednio doświadczyliśmy. Gdyby ktoś te wszystkie piosenki, które zaśpiewałam, prześledził, to to byłaby chyba po prostu opowieść o moim skomplikowanym życiu.

W takim razie chciałbym zapytać właśnie o śpiewanie „przez siebie”. Jako jurorka festiwalu im. Jeremiego Przybory „Niebywalencja” pod koniec zeszłego roku była pani uczestniczką sytuacji, gdy któraś z konkursowiczek poprosiła o komentarz do swojego występu.

Spytała mnie: „Co ja takiego złego zrobiłam, że nie przeszłam do następnego etapu?”.

Jeśli dobrze pamiętam, to pani uzasadnienie brzmiało mniej więcej tak: „Za bardzo chciałaś pokazać, jak umiesz zaśpiewać, niż o czym śpiewasz. Ty byłaś w roli głównej, a nie piosenka”. Czy to w jakiś sposób nie przeczy temu, co pani przed chwilą powiedziała?

Nie, w jej wykonaniu na pierwszym miejscu było jej prestidigitatorstwo wykonawcze, tak zwany popis. Właściwie powiedziałam dokładnie coś innego – że ona bardziej zagrała tę piosenkę, niż ją przeżyła. W tak zwanej piosence aktorskiej głównym grzechem jest…

Aktorzenie?

Tak. Czyli po prostu używanie nieprawdopodobnej ilości środków wyrazu, podczas gdy należy z nich rezygnować. To nie aktor ma płakać, tylko ewentualny człowiek, który słucha. To nie aktor ma zarykiwać się ze śmiechu – tylko ewentualnie widz. I to jest taki podstawowy błąd młodego człowieka, który zaczyna, że on chce pokazać, że umie i to, i to, i to, a trzeba, umiejąc to wszystko, z tego zrezygnować. Bo w momencie, kiedy wychodzisz na scenę i opowiadasz piosenkę, to ta piosenka jest ważniejsza od ciebie. Cały czas tłumaczę to młodym ludziom.

Mnie to odgrywanie, nawet najlepsze, średnio interesuje. Jesteśmy małym krajem, który ma taką ilość genialnych poetów i genialnych aktorów, że naprawdę musi być już najwyższy poziom świata. Żeby ktoś umiał coś tak zagrać, że ja nie widzę tych szwów, że nie widzę tej fastrygi, że wchodzę w tę jego wstrząsającą kreację. Oczywiście są młodzi ludzie boleśnie doświadczeni przez życie i oni, jeśli są do tego przypadkowo utalentowani i mają odwagę i chęć występować przed ludźmi, których nie znają, bo to jest największa bariera, tworzą rzeczy niesamowite. Taki był Włodzimierz Wysocki w Rosji, a raczej w Związku Radzieckim, wiele lat temu, który swoją wielką niezgodę na świat, od najwcześniejszej młodości wykrzykiwał milionom i robił to w sposób nieprawdopodobny. Porywał tłumy. Czy Bułat Okudżawa, który robił to samo po cichu i dla mnie piękniej. Dla mnie cisza dużo bardziej krzyczy niż krzyk.

Śpiewa pani piosenki, które „sama pani chciałaby napisać, gdyby umiała”, ale są to w przeważającej większości utwory już wcześniej przez kogoś wykonywane.

W koncercie opolskim „Zielono mi” – nie wiem, czy pan go widział – z 1997 roku powiedziałam, że wspaniałe, wiecznie zielone piosenki są epizodem w życiu wykonawcy, epizodem w życiu człowieka i im są lepsze, tym dłuższe życie im się należy, choćby po to, aby trafiły do pokoleń młodszych, reprezentowanych dzisiaj przez pana.

Podobnie Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski w ostatnim Kabarecie Starszych Panów – „Zaopiekujcie się Leonem”. To był odcinek, w którym Starsi Panowie żegnali się z telewidzami. Byli zaproszeni przez tajemniczego prezesa Omegę na niemniej tajemniczą wyprawę i kończyli swój cykl programów. Prosili telewidzów, żeby zaopiekować się: po pierwsze Leonem (myszą samicą, nazwaną męskim imieniem, by nie zachodziła w ciążę) i jednocześnie powiedzieli, że proszą nas, aby opiekować się ich piosenkami, bo piosenki, którymi się nikt nie opiekuje, czezną, nicestwieją, przestają istnieć. I w jakimś sensie ja to już od wielu, wielu lat robię.

Rozumiem. A właśnie jako kustoszka tych zapomnianych piosenek…

Tak, jako kustosz. Bardzo mi odpowiada to określenie.

Jako kustosz spuścizny – chociażby właśnie po Przyborze czy Osieckiej – ma pani rodzaj projektu, marzenia, wizji tego, co w ich sprawie robić?

Tak, mam takie marzenie, w jakimś sensie mam je po każdym swoim koncercie: widzę przed sobą małą salę – wtedy jest mniejszy mój strach i lęk, ja się boję tłumów i czegoś takiego dużego. Tam oprócz ludzi w moim wieku, troszkę młodszych, troszkę starszych przychodzą ludzie w pana wieku i dla nich to są absolutnie nowe rzeczy. Dla mnie jest to wielkie szczęście dlatego, bo uważam, że to jest po prostu bardzo dobra literatura i bardzo dobra muzyka. Te piosenki są naszym skarbem narodowym i trzeba ich strzec.

A nie odnosi pani wrażenia, że tego rodzaju „udziedzictwowienie”, potraktowanie jak dobra narodowego, może w jakiś sposób przysłużyć się skostnieniu piosenek?

To zależy, jak się to zrobi. Ważne jest każde nowe świadome podejście do nich. Dam panu przykład: jest wielka, wspaniała piosenka, którą zaśpiewała pół wieku temu Basia Krafftówna,  a potem śpiewała Kalina Jędrusik. „Rzuć chuć”, prawda? Na mojej płycie śpiewam ją z Maćkiem Stuhrem. Postanowiliśmy zaśpiewać to jako coś w rodzaju rapu i mamy nową jakość. Mam nadzieję, że słowa docierają dużo przejrzyściej, a słowa są genialne.

Rozumiem. Więc Magda Umer eksperymentuje?

Także eksperymentuję. Tadeusz Różewicz napisał sztukę „Stara kobieta wysiaduje”, a ja mówię o sobie „stara kobieta wyśpiewuje” – po prostu dlatego, że mam ten wielki przywilej i to wielkie szczęście, że są ludzie, którzy chcą tego słuchać.

Większość z „wyśpiewywanych” przez panią utworów zdarza się pani umieszczać pod nazwą „smutnych piosenek”. Od siebie dodałbym, że ukazują one smutek jako ten, którego nie trzeba odganiać ani się wstydzić.

W ogóle nie trzeba. Nie dość, że nie trzeba, to jeszcze trzeba mieć taką świadomość, że jest cała masa ludzi, którym każdy mądry lekarz powie: „Kiedy przychodzi czas smutku, ty nie próbuj za wszelka cenę tańczyć, śpiewać, bawić się, szaleć, nie wiem, upić się, wziąć działkę heroiny – w każdym razie to cię nie uratuje. Poczekaj, przeczekaj zły czas, bo kiedyś minie”. Poza tym, gdyby takiego smutku nie przeżywali na przykład artyści, to nikt by nie napisał książki, nikt by nie namalował obrazu, nikt by niczego nie napisał. Bo smutek do pewnego stopnia, kiedy już nie jest taką poważną depresją, podczas której człowiek nie myje się przez pół roku i nie wstaje z łóżka, jest – szczególnie dla artystów – bardzo płodnym okresem. Oni wtedy mają ochotę tworzyć. Pewien rodzaj smutku jest darem dla pewnego typu wrażliwości. Trzeba się z nim zaprzyjaźnić po prostu. Oswoić go.

W innych krajach nazywają to Weltschmerzem i pigułki na to różne muszą brać”.

Właśnie przechodzimy do tematu medycyny. Bo za duży i za długi smutek staje się chorobą, to jest depresja endogenna. Ja jestem osobą, która już żyje sobie z tą choroba całe swoje życie, ale połowę tego życia nie wiedziałam o tym. Nie wiedziałam, dlaczego ja nagle jestem smutna, a potem wesoła, nagle coś mogę, a potem nie. Jak to wszystko pomogli mi zrozumieć mądrzy lekarze, to nabrałam siły. Zresztą zaczęłam brać normalne lekarstwa, a potem poczułam potrzebę pomocy tym ludziom, którzy jeszcze nie umieją nazwać tego, co się z nimi dzieje. Ja pamiętam, że wtedy zaśpiewałam piosenkę Stachury „Dajcie czasowi czas, bo bardzo, bardzo szkoda byłoby nas”. Chyba już od ćwierć wieku dostaję listy od młodych ludzi o tym, że te piosenki uratowały im życie albo były tak dla nich ważne na pewnym etapie, pomogły żyć. Ludzie, którzy nigdy na to nie chorowali, czasami w najlepszej wierze, każą wziąć się w garść własnym dzieciom na przykład, a oni chwilowo nie mają tej garści. Podobno teraz to jest epidemia. Miliony na to chorują. Także bardzo młodych ludzi.

I najbardziej bezradne są te młode osoby, które jeszcze nie wiedzą, co się z nimi dzieje i że po prostu to trzeba leczyć, bo serotonina nie dochodzi do mózgu. Jakby to dziwnie nie brzmiało – jesteśmy związkami chemicznymi i trzeba sobie pomagać.

Życie jest formą istnienia białka…

…ale w kominie czasem coś załka”, właśnie. Ja uważam, że te piosenki leczą, bardziej… I tu dochodzimy do tego, co można by nazwać misją. Ponieważ mnie leczyły na każdym etapie mojego życia, to wydaje mi się, że dzieląc się z ludźmi coraz młodszymi moją wrażliwością, gustem literackim czy muzycznym, jestem także kimś w rodzaju lekarza i pomagam ludziom piękniej przejść przez życie. Piękniej to nie znaczy weselej. Mądrzej. Tylko ważne jest, żeby też ratować się przed taką śmiertelną beznadzieją, przed nihilizmem, tego po prostu nie znoszę. I może w tej ucieczce od nihilizmu najbliżej mi jest do Boga Bolesława Leśmiana, Bergsona, księdza Jana Twardowskiego – dla nich Bóg był Naturą. Mieszkał w lesie, w trawie i jeziorze i w koniku polnym, w nas. Wszędzie.

A dla mnie dalej mieszka. Niepojęty i nieodgadniony.

***

Magda Umer – polska polonistka, piosenkarka, wykonawczyni poezji śpiewanej, dziennikarka, reżyser, scenarzystka, aktorka i autorka recitali.Członkini Rady Polskiej Fundacji Muzycznej. (za polską Wikipedią)