dwutygodnik internetowy
26.02.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Udźwiękowiony Mickiewicz. Spełniony sen Białoszewskiego?

Mickiewicz Haydamaków nie jest romantycznym kochankiem ani podmiotem lirycznym zaśpiewanej przez Grechutę „Niepewności”. Nie ma w nim też za wiele z mieszkańca kazamatów. To raczej buntowniczy bohater stepowego „easternu”.

haydamaky_stasiuk_fot. Cai Caslavinieri

materiały prasowe

Pomysł wspólnego wykonywania muzyki i poezji mało komu wyda się odkrywczy. W toku edukacji szkolnej nasze głowy opuchły obrazami aojdów, lirników i trubadurów wyśpiewujących rytmiczne strofy do akompaniamentu formingi, lutni czy bandury. Podobnie w świecie naukowym istnieje ogólna zgoda co do tezy o pierwotnej jedności słowa poetyckiego i muzyki.

A mimo to w powszechnej wyobraźni to poezja spisana triumfuje współcześnie nad wypowiedzianą. Cichą, intymną lekturę wielu uzna za najwłaściwszy sposób spotkania z literaturą. Z kolei słowo udźwiękowione uchodzi niekiedy wręcz za twórczość drugiej kategorii. Taką „nie-do-końca-literaturę”. (Kto nie wierzy, niech przypomni sobie dyskusję, jaka toczyła się w mediach społecznościowych przy okazji przyznania literackiej Nagrody Nobla w 2016 roku Bobowi Dylanowi).

Nie znaczy to jednak, że od kiedy dominującym medium wiersza stał się druk, muzyka i tradycyjna poezja nie idą już w parze. Idą, ale rzadko schodzą się jako równe partnerki. Ta pierwsza przydreptuje zazwyczaj w roli petentki. Druga – spogląda podejrzliwie i pyta: „Co ty właściwie masz mi do zaoferowania?”. Muzyka składa wtedy obietnice w rodzaju: „Nie stargam cię ja — nie! — Ja, u-wydatnię!…”. W praktyce wychodzi różnie.

*

Od kilku tygodni odbiorcy mogą słuchać nowej płyty zespołu Haydamaki. Członkowie kozak rockowej grupy z Ukrainy zaprosili do współpracy Andrzeja Stasiuka, by ten wyrecytował do specjalnych kompozycji zespołu… wiersze Adama Mickiewicza. I tak na krążek trafiło dziesięć utworów wieszcza – raz przeczytanych ciepłym barytonem, raz zaśpiewanych, z gitarami i sekcją dętą w tle. Ale czy jest w tym pomyśle grania pod Mickiewicza cokolwiek wyjątkowego?

*

Polska fonografia ubiegłego wieku zna wiele przypadków umuzycznienia wierszy, które swój pierwszy i, jak się zdaje, pełny kształt dostały zapisane na papierze. Czesław Niemen z przyjemnością sięgał po ciężkie Norwidy. Ewa Demarczyk śpiewała Baczyńskiego czy Tuwima. Gros twórczości Przemysława Gintrowskiego to monumentalne kompozycje do wierszy Herberta.

W muzyce rozrywkowej ostatniego dwudziestolecia także nie brakuje prób schwytania uznanych liryków w formę piosenki. Minuta szperania w pamięci i piętnaście sekund w okienku Google’a pozwalają mi przywołać wydaną przez Muzeum Powstania Warszawskiego płytę „Gajcy!”, album „Broniewski” z 2006 roku i „Wyspiański wyzwala” Polskiego Radia z 2008. Wszystkie trzy są kompilacjami piosenek bardziej i mniej znanych muzyków, zamówionymi do wierszy tytułowych twórców. Dalej – projekty „Poeci” i „Rymy częstochowskie”, angażujące środowisko hiphopowe, „Rozmowę z Piramidami”, mierzącą się z romantykami, czy leśmianowo-broniewskie „Kalambury” zespołu Pustki. A to tylko wierzchołek góry lodowej.

Niepokojąco często umuzycznienia polskich poetów zbiegają się z okrągłymi rocznicami ich śmierci i urodzin – jak gdyby sama wartość wierszy nie była wystarczającym powodem dla muzyków, by po nie sięgać. Autorzy takich „rocznicowych” płyt, programów, koncertów mają przeważnie na ustach górnolotne frazesy o „popularyzacji twórczości” poetki X, twórcy Y czy promocji poezji jako takiej.

*

Z najnowszym przedsięwzięciem Haydamaków i Andrzeja Stasiuka jest nieco inaczej. W jednym z wywiadów Stasiuk stwierdza wprost: „Jak ktoś żyje w polszczyźnie, […] to ten Mickiewicz jest w krwioobiegu. […] Nie trzeba go czytać. Wszyscy wiemy, że jesteśmy spod płaszcza Mickiewicza, że jakby się człowiek nie szarpał, to się z tego sznura nie urwie. I nie ma sensu”. Ich Mickiewicz został zagrany bez „szczytnych celów” i łopotu proporców – dla przyjemności. I to słychać: w gniewnej „Reducie Ordona”, w bujających się na jazzowo „Bajdarach”, rozgrzanej i transowo monotonnej „Alpuharze”. Poprzez szereg autorskich zabiegów formalnych Stasiuk z Haydamakami konstruują (choć może lepiej powiedzieć: odczytują) własnego Mickiewicza.

Pierwszym ze środków jest nieprzypadkowy dobór umuzycznionych utworów. Trzon albumu stanowią wybrane sonety krymskie – Od „Stepów akermańskich” po „Drogę nad przepaścią w Czufut-Kale”. Dostosowanie kunsztownej formy sonetu do warunków kilkuminutowej piosenki rockowej wymusiło na Haydamakach wprowadzenie fraz pełniących funkcję refrenów – wyimków z wierszy, zaśpiewanych przez Ołeksandra Jarmołę, lidera zespołu, w ukraińskich przekładach. Słowa Adama Mickiewicza przetłumaczone na ten język zyskują nową plastykę – stają się miększe i bardziej sprężyste.

Wszystko to zostało umieszczone wewnątrz ram instrumentalnych kompozycji; raz – inspirowanych bałkańskim folkiem z zachowanymi elementami nieparzystych podziałów rytmicznych, innym razem – podszytych hardrockiem z podwójną stopą perkusji i ciężkimi gitarami. Jeszcze kiedy indziej dadzą się w nich usłyszeć stalowe kwinty bluesa delty, momenty swingu, a jeśli wierzyć autorom, także wpływy muzyki tatarskiej.

Jakiego wieszcza opowiadają Haydamaki? Nie jest romantycznym kochankiem ani podmiotem lirycznym zaśpiewanej przez Grechutę „Niepewności”. Nie ma w nim też za wiele z mieszkańca kazamatów. To raczej buntowniczy bohater stepowego „easternu”. Jak to określił Stasiuk, muzycy Haydamaków „wysłali Mickiewicza na tatarskie stepy z tym jego zachwytem nad nowym światem, nad orientem”.

Taka wizja wydaje mi się, jako słuchaczowi, niezwykle atrakcyjna. Pociągająca do tego stopnia, że gdzieś z tyłu głowy mimowolnie zapala kontrolkę z krytycznym pytaniem: czy na pewno powinienem dać się porwać orientalizowanej awanturze sprzed dwóch stuleci, od tak, bez żadnych zastrzeżeń?

*

Płyta nie jest pozbawiona mankamentów. W trakcie słuchania można dostrzec ich całkiem sporo. Są to jednak w większości niedociągnięcia techniczne i drobne wykonawcze potknięcia, nad którymi nie chcę się długo rozpisywać. Od kakofonicznej, nieprzemyślanej solówki gitarowej w „Alpuharze”, przez fałsze, które pojawiają się wszędzie tam, gdzie Andrzej Stasiuk próbuje dodać do swojej recytacji nieco więcej melodii, po upiornie nierytmiczny wokal w „Upiorze”. Czy wreszcie nałożoną na ścieżki albumu agresywną kompresję, która psuje subtelne zmiany dynamiki i sprawia, że partie głośniejszych utworów tracą wiele ze swojej dzikiej energii. Wymieniam je wszystkie jako kontrapunkt dla dotychczasowego hurraoptymistycznego tonu felietonu. Ale również po to, żeby pokazać, jak wiele można wybaczyć płycie z duchem i z pomysłem.

*

Miron Białoszewski słynął między innymi z fascynacji oralnością i dźwięcznością literatury. Wbrew popularnym intuicjom twierdził, że „pełne bycie poezji to czytanie na głos, mówienie jej”. W ramach Teatru Osobnego eksperymentował z melodią, dynamiką i rytmiką wypowiadanego tekstu, zaś przez całe lata 70. nagrywał na taśmę magnetofonową autorskie odczyty swoich nowo powstałych tekstów i dzienników.

W pracy „O tym Mickiewiczu jak go mówię” z 1967 roku poeta wprost wzywa do głośnej lektury tekstów, upatrując w niej najlepszej formy odbioru słowa poetyckiego. Proponuje eksplorację szerokiego pogranicza recytacji i śpiewu. Ciche czytanie z kolei określa mianem „nieporozumienia”.

*

Wyciskając z sonetów krymskich tyle oralności, ile się tylko da, Haydamaki i Stasiuk godnie odpowiadają na apel Białoszewskiego. Mickiewicz wykonany w dwóch językach, wygrzmiany, wyszeptany, wymruczany i wyśpiewany mógłby bez dwóch zdań stać się tematem sennych fantazji autora „Chamowa”.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Łobodziński: Spóźniony Nobel dla Homera

Komu nie smakuje „Szprycer” Taco Hemingwaya?

Tropmy Młynarskiego