dwutygodnik internetowy
31.10.2016
magazyn papierowy


U nas też był Październik!

Media publiczne przez kilka dni bardzo mocno eksponowały obchody sześdziesiątej rocznicy węgierskiego powstania antykomunistycznego 1956 roku. I słusznie, to niezwykle doniosłe wydarzenie. Szkoda tylko, że przy okazji zapomniano, że dokładnie w tym samym czasie zmienił się ustrój w Polsce. Ale to wydarzenie bardzo niewygodne.

Ilustr.: Zuzia Wojda

ilustr.: Zuzia Wojda

Z off-u płyną marszowe dźwięki „Warszawianki 1905”. Panoramiczne ujęcie kamery z Placu Zamkowego na nowo wybudowaną trasę W-Z, którą płyną rzesze ludzi. Głos spikera: „Warszawa 24 października. Jeden z kilku niezapomnianych dni stolicy. Na wszystkich ulicach jeden kierunek ruchu na Plac Defilad, na wiec z nowym kierownictwem Partii. Na spotkanie z towarzyszem Gomułką”. Tak rozpoczyna się jeden z bardziej znanych i, co tu dużo mówić, przejmujących odcinków peerelowskiej Kroniki Filmowej. Ale zaraz, zaraz, jak to? Na wiec partyjny takie tłumy? Z pewnością musiały być zmuszone do „dobrowolnych” odruchów przez komunistów, z którymi przecież Polacy walczyli nieustannie od Żołnierzy Wyklętych aż po Lecha Kaczyńskiego. Niestety, chwilę dalej widzimy jak tłum wiwatuje, ewidentnie zupełnie spontanicznie, na cześć zbliżającego się do trybuny „Wiesława”. A następnie, to już dowód ostateczny, „rozlega się pieśń, której się nigdy na wiecach nie śpiewało”. I cały plac obiega śpiew „STO LAT, STO LAT, NIECH ŻYJE, ŻYJE NAM”. Uwiera, prawda? Niech kto chce oskarża mnie o obrazoburstwo, ale jeden tylko Jan Paweł II gromadził w naszej dwudziestowiecznej historii większe tłumy i wywoływał większy entuzjazm niż tego dnia Pierwszy Sekretarz PZPR.

Kipiało od dawna

Oczywiście: Październik nie narodził się w październiku. Atmosfera społecznego napięcia gęstniała już od ponad roku, a znacząco przybrała na sile po śmierci Bolesława Bieruta w lutym i, przede wszystkim, rozpowszechnieniu antystalinowskiego referatu Nikity Chruszczowa, który unaocznił licznym jeszcze „wierzącym” stalinistom skalę zbrodni sowieckiego totalitaryzmu. Powoli rozluźniał się sztywny gorset represji. Aresztowano niektórych twórców i moderatorów aparatu terroru i zapoczątkowano rewizje haniebnych wyroków. Polacy, po siedemnastu latach od 1939 roku, zaczęli widzieć światełko w tunelu mrocznej historii i zdaje się, że była to refleksja dość powszechna. Urząd Bezpieczeństwa notował bardzo wiele opinii w rodzaju: „Obecnie w Polsce odczuwa się prawdziwy wiew wolności” czy też „Polska stopniowo wyzwoli się spod ucisku Moskwy tak jak Jugosławia i wtedy nastąpi prawdziwa demokracja, a nie «sowiecka okupacja»”.

Do bardzo bolesnej weryfikacji tych wyobrażeń doszło pod koniec czerwca w Poznaniu, gdzie robotnicze protesty o podłożu ekonomicznym z akcentami politycznymi i religijnymi znalazły swój tragiczny koniec podczas zbrojnych pacyfikacji. Jednakże mimo słynnych gróźb Józefa Cyrankiewicza o odrąbywaniu ręki podniesionej na władzę ludową społeczny nacisk na zmiany wcale się nie załamał, a wręcz przeciwnie: zaczynał przybierać na sile w coraz większej liczbie ośrodków, w tym małych miastach i wsiach.

Ten okres, między pamiętnymi Czerwcem i Październikiem, jest chyba kluczowy. Wiele nam mówi nie tylko o olbrzymiej determinacji Polaków, aby wreszcie dojść do głosu we własnej sprawie, ale także o motywach, które nimi kierowały. W całym kraju pojawiały się pisma ulotne, napisy na ścianach, tworzyły się spontanicznie organizacje. Najważniejsze kwestie, które się przez nie przewijały, to: antyrosyjskość („Ruscy do domu!”), żądanie podniesienia stopy życiowej („chcemy chleba!”), odstąpienie od kolektywizacji rolnictwa i koniec prześladowań religii („Chcemy Boga w szkole!”). Znacznie mniej natomiast mówiono i pisano o końcu systemu socjalistycznego w ogóle czy tworzeniu nowych partii politycznych. Jako modelowy przykład przemian przewijał się Tito i jego „jugosławiańska droga do socjalizmu”.

Rewolucyjny zapał

Do kulminacji nastrojów doszło w pierwszych tygodniach października. Wiec gonił wiec. Wrzało w środowiskach robotniczych i uniwersyteckich, ale także i w mniejszych ośrodkach. Struktury partyjne i państwowe właściwie przestawały działać. Pojawiało się coraz więcej konkretnych postulatów: jawność życia publicznego, samorząd robotniczy, zniesienie cenzury, nowa, „prawdziwie rewolucyjna” organizacja młodzieżowa… Polska, a właściwie Polacy, wychodzili z podziemia. Nastąpiło coś, co powtórzyć się miało chyba jeszcze tylko raz, w 1980 roku: masowe przekonanie o konieczności i możliwości jawnego wygłaszania własnych opinii. Przekroczenie bariery strachu i pasywności. Można przewrotnie powiedzieć: był to jeden z największych triumfów polskiego społeczeństwa obywatelskiego.

Kluczowe wydarzenia miały miejsce w dniach 19–21 października, kiedy to trwały negocjacje między Gomułką i jego ekipą a przybyłymi w trybie nagłym z Moskwy najwyższymi przedstawicielami ZSRR z Nikitą Chruszczowem na czele. Dramatyzmu sytuacji dodawał fakt, że w kierunku Warszawy jechały radzieckie czołgi, a na Bałtyk wypłynęły okręty Czerwonej Armii. W tym samym czasie w wielu zakładach pracy w Polsce dzień i noc trwało „rewolucyjne czuwanie”. Najdonioślejszym przykładem jest tu postawa robotników Żerania, dowodzonych przez Lechosława Goździka, którzy zatarasowali północną drogę dojazdową do Warszawy i – jak wspomina obecny tam, wówczas dziewiętnastoletni Karol Modzelewski – planowali przy pomocy żelaznych odkuwek i butelek z benzyną zatrzymać drogę sowieckim czołgom. „Chcieli wywiesić na barykadzie pod przejazdem kolejowym dwie flagi, biało-czerwoną i czerwoną, a kiedy zbliżą się czołgi, odśpiewać «Międzynarodówkę» i «Mazurka Dąbrowskiego». Jeśli to będą Polscy żołnierze, to – mówili – zrozumieją i zawrócą, jeśli Sowieccy, podejmiemy walkę”. Modzelewski podkreślił, że nie wie, jak miała ta walka wyglądać, prawdopodobnie skończyłaby się jeszcze gorzej niż zryw powstańców 1944 roku.

Jednakże Gomułka przekonał Chruszczowa o niezbędności zmian. Został pierwszym sekretarzem, odbyła się feta na Placu Defilad, a następnie udało się stonować antyradzieckie nastroje społeczeństwa i nie dopuścić do wydarzeń analogicznych do tych w Budapeszcie. Mimo to jeszcze kilka dni w całym kraju trwało poruszenie. Jak czytamy w książce Machcewicza, na przykład w Węgorzewie 23 października odbył się wiec, w którym uczestniczyło około tysiąc mieszkańców, żądających zniesienia aparatu represji, likwidacji sklepów dla „osób uprzywilejowanych”, a także rehabilitacji akowców i zmian personalnych. Co znamienne: „na zakończenie odśpiewano pierwszą zwrotkę «Międzynarodówki», a następnie «Rotę»”.

Zmiana zupełnie zasadnicza

Z czasem demokratyczny zapał wygasał. Co prawda wybory parlamentarne w styczniu 1957 roku należy uznać za najbardziej demokratyczne w dziejach PRL, niemniej już niedługo potem władza zaczęła proces „normalizacji”: wyciszania ogniw wolnej myśli, „racjonalizowania” postulatów gospodarczych i politycznej konsolidacji. Dwa fakty wydają się jednak bezsporne.

Po pierwsze: w Polsce dokonała się zupełnie przełomowa zmiana. Po siedemnastu latach rządów bezpośredniej, nagiej przemocy i terroru, po eksplozji dwóch potwornych totalitaryzmów, do polskich domów, miast i wiosek wracał niezwykle ważny czynnik: spokój. Skończyły się masowe aresztowania, nie było już mowy o wywózkach ani potajemnych egzekucjach. Zamiast totalitarnej zasady, że nikt nie może być pewien, czy jutro nie zostanie ogłoszony wrogiem ludu, zaczęła obowiązywać zasada, że jeśli ktoś się nie „wychyla”, może spokojnie prowadzić życie prywatne. Oczywiście zmiana ta daleka była od spełniania wolnościowych aspiracji, jakie żywiła szczególnie polska inteligencja. Nie można jednak nie docenić jej przełomowości w kontekście traumy, jaką polskiemu społeczeństwu serwowano przez poprzednich kilkanaście lat.

Po drugie warto podkreślić, że lata 1956–1968 wielu uznaje dziś za „srebrny wiek polskiej kultury i nauki”. Ilość wybitnych uczonych wychowanych i tworzących w tym okresie oraz poziom dzieł sztuki, muzyki czy choćby widowisk telewizyjnych (Kabaret Starszych Panów!) stworzonych w tym popaździernikowym czasie do dziś nie ma sobie równych w naszej historii.

Oczywiście nie postuluję tu bynajmniej „rozgrzeszania” systemu realnego socjalizmu z jego deficytami wolności w niemal każdej sferze życia, niemniej bardzo niebezpieczna wydaje się dziś tendencja do „wrzucania do jednego worka” całego czterdziestopięciolecia Polski Ludowej. Obserwuję ją nie tylko w mediach i wypowiedziach czołowych polityków, ale i uczniów, którzy przychodzą na warsztaty w Domu Spotkań z Historią. Trzeba to podkreślić z całą mocą: ten system do 1956 roku był „permanentnie zbrodniczy”, natomiast od 1956 roku dokonywał już jedynie zbrodni „punktowych” (myślę tu przede wszystkim o latach 1970, 1976, 1981, a także pojedynczych morderstwach politycznych). Trzeba sobie powiedzieć jasno: październik 1956 roku zmienił w Polsce niemal wszystko.

Pamiętać nie wypada

Czemu więc brak jest jakichkolwiek państwowych obchodów? Dlaczego jedyna debata rocznicowa odbywa się w siedzibie opozycyjnego tygodnika? Czemu wreszcie publiczna telewizja, a następnie Prezydent RP bezczelnie (bo przecież świadomie!) kłamiąc, podają, że powstanie węgierskie rozpoczęło się od „demonstracji solidarności z robotnikami Poznania”, podczas gdy dziwnym trafem demonstracja ta zbiegła się niemal w czasie z„Wielkim Wiecem”? Odpowiedź jest jedna: polski Październik jest dziś z wielu względów niewygodny.

Bo jak tu wytłumaczyć, że na wielu demonstracjach nie tylko (wzorem wieców robotniczych z 1905 roku) śpiewano obok siebie pieśni socjalistyczne i religijne, ale i stawiano na równi w panteonie bohaterów Władysława Gomułkę i kardynała Stefana Wyszyńskiego? Jak zrozumieć, że ten ostatni, wróciwszy do Warszawy, nie zażądał od władz żadnych koncesji, poza tą oczywistą, aby pozostawić w gestii papieża kościelne decyzje personalne? Jak wreszcie pojąć to odstraszanie Sowietów czerwonymi flagami i przywiązanie do Tity?

To, co się wydarzyło w Październiku 1956 roku, wymyka się łatwym schematom. Rewolucyjny ruch Polaków był jednocześnie antyradziecki i prosocjalistyczny. Miał swój wydźwięk religijny, ale nie był on wcale ważniejszy od aspektu ekonomicznego. Wreszcie: był skuteczny dlatego, że oparł się ostatecznie o polskiego komunistę. Antystalinistę, ofiarę represji systemu, ale jednak zadeklarowanego komunistę, którego głównym celem był zawsze powrót do partii. Trudno wpasować te fakty w opowieść o nieustającym oporze zwykłych Polaków wobec władzy PZPR. Dlatego na wszelki wypadek lepiej tej jednej z najważniejszych rocznic w historii Polski nie obchodzić w ogóle. Rodzi za wiele pytań.

***

Cytaty za książkami „Polski Rok 1956” Pawła Machcewicza i „Zajeździmy kobyłę historii” Karola Modzelewskiego, a także notatkami z debaty „Polski październik. 60 lat”, która odbyła się w redakcji „POLITYKI” 25 października bieżącego roku.