dwutygodnik internetowy
3.12.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Turysta polski i bardzo hotelowa przygoda   

Nigdy wcześniej nie przebywałem w miejscu, które tak delikatnie łaskocze w kolonialne receptory. Niełatwo mi przyznać, że te łaskotki były przyjemne i że w ogóle mam taki ośrodek w mózgu.

ilustr.: Andrzej Dębowski

ilustr.: Andrzej Dębowski

Ósmego września przed południem przekroczyliśmy próg hotelu Galle Face. Rzadko ląduję w miejscu, którego odźwierny ma swoją stronę w Wikipedii. Zmarły w 2014 roku Pan Kottarapattu Chattu Kuttan przepracował w Galle Face 72 lata i jest jednym z najbardziej znanych pracowników hotelowych na świecie. Słynni oczywiście bywają też tutejsi goście. Przed nami mieszkali tu Mahatma Gandhi, Jurij Gagarin, Roger Moore, a nawet prawdziwy agent MI-6 F.W. Winterbotham. Arthur C. Clarke nie tylko mieszkał w Galle Face, ale kończył tu pisanie „Odysei kosmicznej”. Niektórzy goście płynnie przeszli już w hotelową ofertę. Che Guevara, Harrison Ford, Sting i Carrie Fisher kiedyś tutaj spali, a teraz od ich imion nazywają się drinki w jednym z hotelowych barów. 

***

Przyjazd do Galle Face okupiłem pewnym stresem. Nieco nawet większym niż ten, który odczuwam w restauracjach. Zupełnie nie wiedziałem, komu, za co i jaki należy się napiwek, a w związku z tym nie chciałem, żeby ktokolwiek dotykał mojego plecaka. Trzymałem go przy sobie przez cały czas, kiedy nas rejestrowałem, i myślałem naiwnie, że ten numer przejdzie. Że jeden plecak 60 litrów, drugi plecak 30 litrów, mały plecak żony i walizkę doniosę sam.

Jakieś dwa lata temu żona zrezygnowała z bycia backpackerką, bo ma kłopoty z kręgosłupem. Od tego momentu ja jestem backpackerem z dodatkową walizką. Sprawy z napiwkami nie ułatwiło to, że do pokoju odprowadzały nas aż trzy osoby. Co prawda odstawiły nas do windy i same poszły po schodach, jednak na trzecim piętrze były przed nami. To nie tak, że żałowałem pieniędzy na napiwki – zupełnie nie wiedziałem, jak je podzielić, ale żona po prostu zapytała, co i jak, odliczyła i uratowała mnie z opresji.

Dalsza część dnia upłynęła spokojnie.

***

Dziewiątego września rano zakradliśmy się do samochodu księcia Filipa, choć właściwie nie trzeba było się zakradać. Książę Filip stacjonował na Cejlonie w latach czterdziestych i jego pierwsze auto trzymane jest w hotelowym muzeum, znajdującym się nad ajurwedyjskim spa. Oprócz samochodu w muzeum znalazły się różne fotografie gwiazd-drinków i skorupy z minionych hotelowych epok. Najlepsza epoka już była i to właściwie jest sekret oferty tego miejsca. Wszystko TO już minęło, ale my, proszę państwa, mamy wehikuł czasu. Zapraszamy na nieco minioności. Troszkę złotego wieku. Albo happy hours w górnym barze.

Happy hours wbrew nazwie trwają tylko półtorej godziny. Podają wtedy małe, malusieńkie kanapeczki i proponują Che Guevarę lub Rogera Moore’a. Zapewne po to, żeby z alkoholem już zostać po szczęśliwych godzinach. Aż do wyjątkowo nieszczęśliwego poranka. No ale my z żoną tylko kanapeczki i te takie słodkie koreczki, a potem do widzenia, do jutra. Żona zadowolona, a ja nieco zakłopotany.

Nigdy wcześniej nie przebywałem w miejscu, które tak delikatnie łaskocze w kolonialne receptory. Niełatwo mi przyznać, że te łaskotki były przyjemne i że w ogóle mam taki ośrodek w mózgu. Natomiast te łaskotki są bardzo trudno uchwytne, no bo co – po prostu stary hotel, o którym wszyscy mówią: pojedź tam, a przeniesiesz się w czasie. A że ci wszyscy to akurat Brytyjczycy? No co ja poradzę.

Dekolonizacja tych części podświadomości, które wskazują miejsca na wakacje, to podstawowy obowiązek turysty, ale hotel Galle Face uśpił moją czujność. Przysięgam, że staram się kasować te swoje orientalne fantazje. Po to właśnie jadę i zderzam wyobraźnię z rzeczywistością, ale tu jednak delikatnie poległem.

***

Drugiego dnia nabrałem przekonania, że hotel Galle Face jest samowystarczalnym wszechświatem. Rzadko zdarza mi się tak silne uczucie. Kiedyś w młodości miałem je w Centrum Handlowym Promenada przy Ostrobramskiej, gdzie były Pizza Hut, Burger King i Dunkin Donuts, ale później długo, długo nic.

Przebywaliśmy jednak nie tylko w przeszłości, lecz także w filmie. Czerwone dywany, kręte korytarze i drewniane schody tak bardzo przypominały „Lśnienie” Kubricka, że ja chciałem się zgubić, a żona bała się sama wychodzić z pokoju. Poinformowałem ją, że idę na plażę, ale chodziłem po piętrach. Tak przez godzinę, aż mi się wszystko pięknie pomyliło. Była to frajda podobna do tej, jaką miałem w Cricolandzie pod Pałacem Kultury w roku 1993 albo w moskiewskim metrze, z którego kiedyś nie wyszedłem przez pół dnia.

W końcu jednak wyłoniłem się z hotelu i dopiero poczułem, że we wszechświecie Galle Face panuje idealna temperatura, a w Kolombo jest nie do życia. Jeśli spędza się cały dzień w idealnej temperaturze, to się o tym nie wie i tego nie docenia. Natychmiast zawróciłem. Taka niechęć do wychodzenia z hotelu dotychczas pojawiła się w moim życiu tylko raz – w hotelu Rooms w Kazbegi. Przestraszyłem się, że być może z wiekiem będę miał tak coraz częściej. Że może, kto wie, zacznę jeździć z walizką. Że skończy się, nim na dobre się zaczął, ten spóźniony czas przygody i za rogiem już czeka jedynie wygoda. I stres, jeśli idzie o napiwki.

Dziewiątego września po południu wyruszyłem jednak na wyprawę tuk-tukiem. Przebywałem około godziny w betonowej buddyjskiej świątyni w porcie. Do świątyni prowadzi kładka zawieszona na wysokości kilkudziesięciu metrów. Za pierwszym razem tak bardzo się bałem po niej przejść, że później przeszedłem jakieś dziesięć razy. To mi przypomniało, jak łatwo uzależniam się od czegokolwiek, a od adrenaliny to już w ogóle.

Kiedy wróciłem, zastałem żonę w trakcie przygotowań do zmiany pokoju. Dwóch pracowników było gotowych, żeby zgarnąć mój plecak i zapewne dostać za to napiwek. Zapytałem, czyja to sprawka, ale okazało się, że odgórna decyzja hotelu. Dyrekcja chciała, żeby goście nie musieli wąchać farby, którą malowana jest elewacja frontowa. Wyjrzałem przez okno i spytałem, czy to oznacza, że przesiedlają całe skrzydło, ale nie uzyskałem odpowiedzi.

Zrobiłem scenę o nazwie „brak sceny”. Czyli ciche usztywnienie i syczenie ultradźwiękiem. Milczące zbieranie gaci i upychanie ich w sposób rozpaczliwie zrezygnowany. Tym razem nie dałem nikomu taszczyć plecaka ani walizki, tylko wszystkie klamoty zaniosłem do nowego pokoju, który był większy i miał taras. Żona bardzo się ucieszyła i przez chwilę pomyślałem, że maczała w tym palce. Z tarasu widać było, owszem, ocean, ale nie słychać, bo tuż pod nami odbywała się próba konkursu Miss Earth. Przez godzinę patrzyłem na hotelowy telefon i trzy razy wychodziłem do recepcji, żeby zaraz jednak wrócić. Chciałem powiedzieć, że pokój z farbą był lepszy. Że się nie zgadzam. Żona jakby nigdy nic przeglądała hotelowe menu.

Usiadłem więc na tarasie, pod którym krzyczał typ prowadzący próbę konkursu. Bawiłem się iPhone’em i szykowałem się do przydzielenia najniższych ocen na Booking.com, ale niestety można to zrobić dopiero po wymeldowaniu.

Starałem się więc rozpuścić swoją złość, co w tych warunkach było nie lada wyzwaniem. Po pół godzinie jednak sięgnąłem po słuchawkę i usłyszałem, że próba skończy się o dziesiątej, więc za siedem minut. Dodatkowo zaproponowano mi posiłek. To mnie naprawdę zaskoczyło i po prostu się poddałem. O dziesiątej z minutami przyniesiono mi pomidorową z ryżem, która przypominała tę z Baru Mlecznego Sady albo Złota Kurka. Zupełnie nie wiedziałem, jak na to wpadli. Spojrzałem znacząco na żonę, ale ona wciąż przeglądała menu. Gdyby jeszcze przynieśli naleśniki z serem, ale bez cukru i śmietany, dałbym im najwyższe noty na TripAdvisorze.

Następnego poranka ważyły się losy hotelu Galle Face – o dziesiątej mieliśmy samolot i siedzieliśmy w dolnej jadalni na ostatnim śniadaniu.

***

Ja się dużo denerwuję, stresuję, analizuję, ciągle zmieniam zdanie, a żona po prostu czyta menu wszechświata i korzysta z pełnej dostępnej oferty. Pytana w samolotach, restauracjach i hotelach: „Kawa czy herbata?”, odpowiada, że i to, i to. I zawsze dostaje, a ja z teatralnym zmieszaniem mówię: „Woda, wystarczy kubeczek wody”. W jadalni hotelu Galle Face o szóstej pięćdziesiąt kelner podszedł i spytał:

— Kawa czy herbata?

— Kawa i herbata – odpowiedziała żona.

— W jednej filiżance?

Kwestię oceny hotelu pozostawiłem małżonce.

***

26 listopada nakładem Korporacji Ha!art ukazała się książka Juliusza Strachoty „Turysta polski w ZSRR”.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Wojciech Tochman: Bieda-turystyka, czyli z iPhonem na nędzarza

Koniec turystyki jaką znamy?

„Azja Express” – podróż do źródeł dominacji