dwutygodnik internetowy
18.06.2012
magazyn papierowy


Trust of God Hair Saloon

W Ghanie żyją dwadzieścia trzy miliony ludzi wiary. Jednakże wyznań jest w tym kraju więcej, niż w całej Europie, do tego cały czas ich przybywa. Większość Ghanijczyków stanowią chrześcijanie niezliczonej ilości Kościołów, co piąty mieszkaniec jest muzułmaninem, a niewiele mniej oddaje cześć tradycyjnym Bóstwom. Mimo że każdy wierzy i modli się na swój sposób, to […]

W Ghanie żyją dwadzieścia trzy miliony ludzi wiary. Jednakże wyznań jest w tym kraju więcej, niż w całej Europie, do tego cały czas ich przybywa. Większość Ghanijczyków stanowią chrześcijanie niezliczonej ilości Kościołów, co piąty mieszkaniec jest muzułmaninem, a niewiele mniej oddaje cześć tradycyjnym Bóstwom. Mimo że każdy wierzy i modli się na swój sposób, to wiele ekspresji jest podobnych – wieczorami niosą się po miastach i wsiach przenikliwe krzyki wiernych, głębokie dźwięki djembe (bębny o kształcie kielicha, typowe dla Afryki Zachodniej), tamburyny, shekere (grzechotka z suchej i pustej tykwy, owinięta siatką z muszelkami), przeciągłe pomruki, transy, śpiewy. Wszędobylskie jest głośne nawoływanie próśb do Boga. Im donośniejsze, tym większa szansa, że Pan nas wysłucha.

 

Religia jest fundamentem życia w Ghanie – trudno jest tam wytłumaczyć, czym jest ateizm, brak wiary wykracza poza kategorie ludzkiej wyobraźni. Dlatego też w czterdziestotysięcznej rybackiej wiosce Moree, w której mieszkałam, na każdym rogu stała świątynia – im liczniejsi wyznawcy, tym większa. W środku każdej spotkać można było tłumy kolorowo ubranych ludzi, dźwięki tamburynów, tańce i las rąk wzniesionych do Boga. A ulice przed kościołami wypełnione były melodiami wielogodzinnych mszy, które w niedziele potrafiły trwać prawie pięć godzin.

 

O bogobojności mieszkańców świadczą nie tylko świątynie. Religią przeniknięta jest cała ghanijska przestrzeń publiczna – nazwy sklepików, stoiska na bazarach czy naklejki na samochodach. Ulice przepełnione są szyldami: „Bóg kocha modę”, „Klaszczmy Chrystusowi”, „Trust of God Hair Saloon”, „Innocent Blood Restaurant”, „Consuming Fire Fast Food”, a widziałam i „Jezus=master”. Podobne napisy spotkać można na samochodach, ciężarówkach, autobusach. Od razu wiadomo, czyj Bóg opiekuje się daną restauracją, a który mijanym samochodem. Choć dewocja nie przeszkadza naciągnąć przybysza, okraść obruni (obruni – w fanti, lokalnym języku Regionu Centralnego Ghany, oznacza białego, dosłownie obdartego ze skóry) czy, jak to się zdarza w miastach, przyłożyć broń do skroni i zawłaszczyć sobie portfel lub telefon.

 

 

W Polsce często podkreśla się nierozłączność wiary i tradycji. W Ghanie wspólnota ta ma zgoła inny wymiar. Wiara wiarą, a o tradycyjnych lokalnych bóstwach trzeba pamiętać. Wychodząc od fryzjera, większość ludzi zabiera ze sobą włosy. Trzeba być pewnym, że nikt nie potraktuje ich jako składnika magicznych wywarów. Są i bardziej drastyczne przypadki – słyszałam o wioskach, w których ugotowane dziecięce głowy stanowią najlepszy składnik lekarstw oraz specyfików gwarantujących rychłe wzbogacenie się. Papka z zębów lwa, pokruszonych kopyt żyrafy i futra małpy jest najlepszym antidotum na malarię, maść z pytona jest lekarstwem na stawy, a suszonych żab używa się jako środek na astmę.

 

A jak się zaopatrzyć w niezbędne do stworzenia wielu mikstur składniki? Trzeba wybrać się do Lome – stolicy sąsiedniego Togo. Jest tam targ Voodoo, gdzie magia miesza się z szarlatanerią, dzisiejsza wiara z wczorajszą tradycją. Targ ten jest jednym z największych i najbardziej znanych bazarów w Afryce Zachodniej. Można tam dostać głowy małp, bawole rogi, suszone kameleony, pazury szakali. A za odpowiednią kwotę, szaman opowie ci o przyszłości lub podsunie amulet, w który warto się zaopatrzyć.

 

 

Gdy mijasz głośną imprezę na ulicy, zachowaj ostrożność. To może być pogrzeb. Chowanie zmarłych odbywa się w weekendy – zaczyna w piątek i trwa hucznie przez trzy dni. Pierwszego dnia opłakuje się zmarłego. Przez wieś lub dzielnice, w której żył nieboszczyk, podąża za jego trumną czarno-czerwony pochód. Na pierwszą część ceremonii, wszyscy zaproszeni goście dostają specjalnie uszyte koszulki z podobizną zmarłego, później jednak zostają w swoich barwnych, świątecznych strojach. W niedzielę dominującym kolorem staje się biały, symbolizujący niewinność, szczęście i radość z tego, że dusza zmarłego prawdopodobnie jest już w niebie. Stroje są szyte z eleganckich materiałów, mężczyźni opasają je sobie wokół ciała (niczym starożytni Rzymianie), kobiety zakładają długie suknie.

 

Cała uroczystość jest niezmiernie kosztowna – oprócz wspomnianych koszulek, zamawiana jest orkiestra, krzesła, parasole i namioty, które stawiane są na ulicach (im bogatsza rodzina, tym ceremonia odbywa się bliżej centrum miasta lub wioski), transport dla gości z różnych części kraju, jedzenie i picie. Wielkość ceremonii jest wyznacznikiem statusu. Nagminnie spotyka się dzieci, których rodzice nie mają środków na posłanie ich do szkoły, ale którzy zapożyczają się, by wyprawić należyte pożegnanie zmarłemu dziadkowi i pokazać się gościom. Dzięki temu pogrzeby przeradzają się w masowe przyjęcia, gdzie bawi się cała wioska lub dzielnica. W ciągu dnia widać korowody tańczących i zarazem płaczących kobiet, często wymachujących ozdobnymi, dopasowanymi do stroju chustkami, a wieczorem już wszystkich śmiejących się i przytupujących w rytm muzyki. Niekoniecznie nabożnej, dozwolone są wszystkie rodzaje muzyki – od popularnego w Ghanie highlife-u, po reggae i ostre hip-hopy. Muzyka w Ghanie jest niezwykle ważna. Zarówno w życiu, jak i po śmierci. Tłum przekazuje sobie mikrofon – wielu opowiada o zmarłym, ale i zdarza się, że ktoś zanuci grany właśnie utwór. Późną nocą trudno odróżnić pogrzeb od zabawy w miejskich klubach.