dwutygodnik internetowy
27.02.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Trumpofobia w Oaxace? Notatki terenowe z południowego Meksyku

Otwarcie rasistowska retoryka, jakiej używa amerykański prezydent uderza w poczucie godności obywateli Meksyku i ich dumy narodowej, a zapowiadane zmiany polityczne zwiastują poważne zagrożenia dla funkcjonowania wielu rodzin, społeczności, a nawet suwerenności kraju.

Speedy-Gonzalez-Slowpoke-Rodriguez-Trump-Wall-2017-01-Bertelli

źródło: www.speedyscousin.com

Zapiski ze stycznia 2017:

Kilka dni przed styczniowym „Marszem Kobiet na Waszyngton” jechałam w mieście Oaxaca taksówką. Kurs jak zwykle do nowej siedziby centrum badawczego, w którym od kilku miesięcy przebywam na stypendium naukowym. CIESAS-Pacífico Sur przeniosło się na wzgórze na obrzeża miasta, nie dociera tu żaden środek komunikacji miejskiej, każdą podróż taksówką zaczynam więc od ustalania trasy. Tym razem trafił mi się wyjątkowo rozmowny kierowca. Kiedy już wyjaśni­­­­łam, jak dotrzeć pod wskazany adres oraz czym się zajmuję tu w Oaxace (nie było to jakieś karkołomne zadanie, w Meksyku antropologia jest dyscypliną rozpoznawalną), przyszedł czas na small talk. Zwyczajowo na pierwszy ogień idzie tráfico, czyli gdzie, jak i dlaczego miasto danego dnia się korkuje – tu jak zwykle zdziwienie, że nie psioczę na ciągle protestujących na ulicach nauczycieli czy blokady stacji benzynowych związane z podwyżkami cen benzyny. Kolejny dyżurny temat to pogoda, że poranki chłodne, ale ogólnie klimat w dolinach Oaxaki przyjemny. Po tej krótkiej rozgrzewce pyta mnie otwarcie: „I co z tym Waszym Trumpem”? Mężczyzna ożywia się zdecydowanie, kiedy okazuje się, że chociaż biała, wykształcona i schludnie ubrana (jadę na seminarium), nie jestem gringą, nie przyjechałam ze Stanów Zjednoczonych, chociaż – i tu się zgadzamy – zmiany w amerykańskiej polityce będą miały konsekwencje globalne, więc dotkną zarówno jego, jak i mnie. Zatrzymujemy się na światłach i wtedy wyciąga telefon, żeby pokazać mi rysunek satyryczny – ten sam, który oglądałam już w mediach społecznościowych, popijając poranną kawę. Donald Trump klęczy przy ścianie i przy mysiej dziurze ustawia mur, tymczasem Speedy Gonzales – postać z popularnych od lat 50. XX wieku programów Warner Brothers – stoi mu już na ramieniu, podparty pod boki, z triumfalnym wyrazem twarzy. Amerykański prezydent zupełnie jak kot Sylvester (el gringo pussygato, który w kreskówce pilnuje płotu na granicy meksykańsko-amerykańskiej i stojącej za nim fabryki sera przed wygłodzonymi gryzoniami zza Rio Grande) zostaje przechytrzony przez biedną, ale sprytną „najszybszą meksykańską mysz”.

„¡Trump está completamente loco! To skończony świr! – Śmieje się mój rozmówca – Jak sobie bez nas poradzi, kto tam będzie pracował!? Ostro też wkurza muzułmanów, to może się go pozbędą? No, ale co my z tym możemy zrobić? Na razie trzeba czekać, bardziej wspierać lokalny przemysł, kupować to, co meksykańskie, zapomnieć o McDonaldzie i pizzy, zamiast tego jeść nasze memelas (regionalna specjalność: tortille z pastą z fasoli i serem)”. I tak przeszliśmy do kolejnego etapu zażyłości: rozmowa toczy się wokół miejscowego jedzenia, wypadów za miasto, wymieniamy się namiarami na jadłodajnie, w których można zjeść najlepszy żółty sos mole i tak dalej. Szybko okazuje się, że coś tam jednak o kuchni regionu wiem. Pada jeszcze dyżurne pytanie, czy lubię ostre potrawy (tutejsze chile de agua wyciska siódme poty!), kiedy okazuje się, że tak, taksówkarz pyta w końcu, skąd jestem. Zanim dojedziemy na miejsce, dowiem się jeszcze, że jest fanem papieża Polaka („to był ten prawdziwy papież!”), natomiast już nie bardzo papieża Franciszka, który jest co prawda w porządku, ale to Argentyńczyk przecież, więc na pewno – w opinii mojego rozmówcy – arogancki jak wszyscy jego krajanie!

***

Jak co tydzień w piątek wybieram się na największy w mieście targ Central de Abastos. Tym razem w towarzystwie Poncho – rodowitego oaxaqeńczyka, męża mojej amerykańskiej przyjaciółki i Bena – Kanadyjczyka, od dłuższego czasu zawodowo związanego z Meksykiem i od kilku lat mieszkańca Oaxaki. To moi sprawdzeni kumple od „jedzeniowych wypadów”. Wiemy dobrze, gdzie sprzedają swoje sezonowe produkty zjeżdżające z gór Indianki, gdzie jest najlepszy ser, kawa z kooperatyw, no i jak przystało na prawdziwych smakoszy, gdzie po zakupach zjeść najlepsze memelas. Zmęczeni styczniowym słońcem przysiadamy w jednej z tanich jadłodajni i tym razem jesteśmy tu jedynymi cudzoziemcami, jest wczesna pora obiadowa, czekając na zamówienie, rozmawiamy po hiszpańsku i popijamy piwo Corona. Po raz pierwszy robimy to prawie z dumą, po tym jak firma wypuściła do sieci spot reklamowy América es grande w odpowiedzi na wyborczy slogan Trumpa Let’s make America great again. Przypomina w niej, że Ameryka to nie tylko Stany Zjednoczone, że to wielokulturowy i wieloetniczny kontynent sięgający „od bieguna do bieguna”, że „wszyscy jesteśmy Amerykanami i Ameryka zawsze była wielka”! Clip kończy się wezwaniem ¡desfronterízate! – odrzuć granice! ¡Salud!

Po chwili do naszego stolika podchodzi rosły mężczyzna w średnim wieku, ubrany w jeansy i koszulkę polo. W pierwszym odruchu myślę, że poprosi nas o drobne na obiad, ale on przeprasza nas za to, że przeszkadza w rozmowie, i od razu pyta, jak najszybciej dostać się do Kanady, najlepiej statkiem. Wyjaśnia, że ma tam już znajomych i nawet praca by się od razu znalazła, bo jest construction worker, pracował już w Stanach, ale teraz chciałby spróbować bardziej na północy. Nasz kanadyjski kolega natychmiast i całkiem swobodnie podejmuje temat, wspomina o polityce rządu kanadyjskiego, o programach, w ramach których oferuje kontrakty i tak dalej. Po chwili włączam się do rozmowy, proponuję, żeby mężczyzna się do nas przysiadł i wypił piwo. Ten jednak grzecznie się wymawia. Pytam, dlaczego wziął nas za Kanadyjczyków, skoro rozmawialiśmy po hiszpańsku. Bo wyglądaliście na buena onda (czyli przyjaźnie nastawionych), Kanadyjczycy to mili ludzie. Ale ja nie jestem Kanadyjką, jestem z Europy, z Polski. Nasz rozmówca nieco się konfunduje, ale zaraz odpowiada: No tak! Ale nie jesteś gringa, więc na jedno wychodzi! Śmiejemy się, mężczyzna podaje moim towarzyszom rękę, mnie żegna skinieniem głowy. Odchodzi, a my dostajemy w końcu zamówione memelas. Przy obiedzie Ben wyjaśnia, że to nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni, kiedy jest zagadywany przez przygodnie spotkanych mężczyzn (czasem łamaną angielszczyzną) o to, jak bezpiecznie i szybko dostać się do Kanady. Wydaje się, że to coraz popularniejszy kierunek migracji z Oaxaki. Nie po raz pierwszy też spotykamy się tu z opinią, że Kanadyjczycy to wyjątkowo mili ludzie, żartujemy nawet, że to część auto-stereotypu a media darling premier, Justin Trudeau, to kluczowy element marki narodowej.

***

Następnego dnia, 21 stycznia, wpadamy na siebie z Benem i Poncho ponownie, w centrum miasta, podczas protestu w geście solidarności z waszyngtońskim marszem kobiet. Demonstrację w Oaxace zorganizowała tutejsza społeczność expatów, pokolenie baby-boomers, weteranki i weterani amerykańskich ruchów obywatelskich. Zbiórka przed południem, na ulicy Alcalá nazywanej tu też Pasażem Turystycznym, przed siedzibą amerykańskiego konsulatu. Większość protestujących to Amerykanki i Amerykanie (mieszkający na stałe w mieście lub spędzających tu zwyczajowo zimę), są też inni cudzoziemcy, w tym turyści (sezon turystyczny w pełni), nieco Meksykanów z organizacji pozarządowych, dziennikarze, spotkałam też tutejszych antropologów. Kilka osób niesie transparenty: „Ameryka to jedna rodzina!”, „Marsz w solidarności z Meksykanami!”, „Trump to nie jest mój prezydent”, „Nie dla muru!”, „Prawa kobiet prawami człowieka”, widzę t-shirty z politycznymi hasłami, atmosfera nieco piknikowa, grupa jest całkiem spora (około tysiąca osób), wielu uczestników się zna, przyjaźni, protestuje w „podgrupach”.

Ruszamy w kierunku rynku (zócalo). Choć trasa nie jest długa, to wybór miejsca pikiety i trasy marszu strategiczny i ujawniający uprzywilejowany status maszerujących. Oaxaca to miasto protestów, z całego stanu zjeżdżają tu przedstawiciele różnych organizacji i ruchów społecznych, żeby manifestować niezadowolenie z polityki rządów (stanowego czy federalnego), ale najczęściej ma to miejsce na obrzeżach miasta. Jedynie nauczyciele z osławionej Sekcji 22 zwykle okupują kolonialne centrum (próba usunięcia szkolnych związkowców z zócalo była iskrą zapalną powstania ludowego w 2006 roku). Maszerujemy trasą, którą na ogół pokonują turyści (w szczycie sezonu bywa bardzo zatłoczona), ale też coraz częściej w tradycyjnych paradach (calendas) zamożni Meksykanie (zwykle z miasta Meksyk czy z bogatszej północy), którzy przyjeżdżają do kolonialnej Oaxaki, żeby wziąć udział w ceremonii ślubnej w najbardziej prestiżowym miejscu, w barokowym kościele Santo Domingo.

Manifestacja w Oaxace to siostrzany marsz kobiet (w grupie protestujących jedną trzecią stanowili jednak mężczyźni). Chociaż w przestrzeni protestu hasła potępiające politykę Trumpa wobec migrantów i Meksyku były najbardziej widoczne, to przy lunchu, na który wybrałam się z dwiema znajomymi, emerytowanymi, amerykańskimi antropolożkami, rozmawiamy głównie o mizoginizmie Trumpa, o emocjach jakie wywołuje (wściekłość, zażenowanie, strach), o pierwszej damie (kim jest? czy cierpi na tak zwany „syndrom sztokholmski”?), a także szerzej o prawach kobiet, w tym reprodukcyjnych. Padają też oczywiście pytania o Czarny Protest w Polsce kilka miesięcy wcześniej. Rozmowa toczy się po hiszpańsku, obie Amerykanki spędziły wiele lat na badaniach terenowych w Meksyku, głównie w Oaxace. Czasem tylko wtrącamy coś po angielsku. Popijamy piwo Corona, oczywiście. ¡Salud!

Frijoleros, snow birds i inni…

Kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa towarzyszył w Meksyku wysyp satyrycznych rysunków ze Speedy Gonzalezem i innymi popkulturowymi wcieleniami tej postaci. W mediach społecznościowych pojawiła się na przykład popularna piosenka grupy Molotov „Frijolero” (fasolarz – to pogardliwe określenie meksykańskiego migranta), tym razem jako podkład muzyczny do krótkiego filmu będącego kompilacją scen z różnych odcinków kreskówki. Zakazany przez Cartoon Network na fali poprawności politycznej w latach 90. Speedy Gonzales szybko jednak wrócił do ramówki kanału, zmianę decyzji wymogły protesty ze strony społeczności latynoskiej w Stanach. „Najszybsza meksykańska mysz” stała się bowiem kulturowym bohaterem po obu stronach Rio Grande. Uosabia – w przeciwieństwie do innych bohaterów kreskówki – same pozytywne cechy, z którymi meksykańscy (i nie tylko) migranci chcą się identyfikować. Jest inteligentny, sprytny i szybki, co daje mu murowaną przewagę nad gapowatym el gringo pussycat, w którego strzela ciętymi ripostami. Obdarzony poczuciem humoru, lojalny, przyjacielski, czarujący „wobec dam” Speedy Gonzalez jest, co najważniejsze, pracowity.

„Czy ja wyglądam na nielegalnego? Złap mnie jeżeli potrafisz” – rzuca na jednym z rysunków Speedy w stronę amerykańskiego prezydenta. Satyra jest sprawdzonym sposobem na frustrację, poczucie strachu, niepewności, ale też obszarem symbolicznego protestu. W Meksyku ten rodzaj oporu ma długą tradycję, jest stale obecny w politycznej kulturze kraju. Obśmiewany bezlitośnie Trump jest uważany za niebezpiecznego wariata, nie znaczy to bynajmniej, że Meksykanie go lekceważą. Otwarcie rasistowska retoryka, jakiej używa amerykański prezydent, nazywając nielegalnych migrantów z południa kryminalistami (złodziejami, gwałcicielami i mordercami), uderza w poczucie godności obywateli i dumy narodowej, a zapowiadane zmiany polityczne zwiastują poważne zagrożenia dla funkcjonowania wielu rodzin, społeczności, a nawet suwerenności kraju.

Widmo Trumpa i jego nieobliczalnych pomysłów politycznych wisi również nad Oaxacą. Ten południowy stan Meksyku, powszechnie przedstawiany jako najbardziej indiański, więc tradycyjny (w niepoprawnej politycznie wersji gospodarczo i społecznie niedorozwinięty czy wręcz zacofany), etnicznie i lingwistycznie zróżnicowany (osiem regionów, osiemnaście grup etnicznych, ponad dwadzieścia języków), górzysty i przez to niedostępny (a więc kulturowo najbardziej autentyczny, z zachowaną jeszcze bioróżnorodnością) i tak dalej. Wszystko to składa się na wizerunek Oaxaki jako nieco tajemniczej, zatrzymanej w czasie krainy, raju turystycznego dla tych bardziej „wymagających” oraz „intelektualnie i kulturowo zorientowanych” podróżników z zagranicy. Dla Meksykanów z bardziej zwesternizowanej północy kraju wyprawa do Oaxaki (czy Chiapas) to okazja do konfrontacji z indiańskim komponentem meksykańskości, wewnętrznym „innym” czy nawet „obcym”. To podróż do tego (nie)prawdziwego, „głębokiego” Meksyku.

Malowniczo położona u zbiegu trzech dolin, kolonialna stolica stanu (w której od kilku lat prowadzę badania etnograficzne) wraz ze strefą archeologiczną Monte Albán (od 1987 roku na liście światowego dziedzictwa UNESCO) kusi doskonałym klimatem (miasto wiecznej wiosny!), ciekawym rynkiem sztuki (polecane muzea i galerie sztuki), szerokim wyborem rękodzieła (wytwarzanego w okolicznych pueblos), siecią pre-kolumbijskich targów. Bioróżnorodność i zróżnicowanie kulturowe dały podstawy bogatym tradycjom kulinarnym, stąd Oaxaca, reklamowana jako „serce meksykańskiej gastronomii”, przyciąga foodies i ekspertów kulinarnych z całego świata.  Jest jeszcze medycyna indiańska, jazda konna, turystyka rowerowa, kursy tkania, hiking, zawsze można też w kilka godzin przemieścić się nad Pacyfik, na prawie dziewicze plaże… W ostatnich dekadach turystyka kulturowa stała się jednym z głównych filarów tutejszej gospodarki, a podlegające szybkiej gentryfikacji miasto Oaxaca (wraz z okolicznymi pueblos) stało się użytecznym w promocji stanu fetyszem towarowym i kulturowym.

„Jedziesz znów do Oaxaki? Takiej to dobrze!”. W Oaxace żyje się stosunkowo tanio, a jakość życia jest w dalszym ciągu wysoka – często słyszę takie opinie od fuereños (ludzi nie-stąd). Miasto i okoliczne Doliny Centralne od dawna przyciągają Meksykanów z innych części kraju i cudzoziemców, przede wszystkim ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. Przybysze z północy spędzają tu część roku (zwykle zimę, w przypadku tak zwanych snow birds, których „drugich domów” przyjeżdżają pilnować w porze deszczowej mniej zamożni), coraz częściej przenoszą się też na stałe, kiedy pracują z domu lub po przejściu na emeryturę. Kolejna grupa uprzywilejowanych imigrantów to pracownicy organizacji pozarządowych – Oaxaca to jeden z najuboższych stanów w kraju, z nad wyraz dobrze rozwiniętym przemysłem pomocowo-rozwojowym, dającym zatrudnienie wykształconym Meksykanom i cudzoziemcom, oferującym ponadto wiele programów opartych na wolontariacie dla emerytowanych gringos czy studentów podczas gap year. Wielokulturowa Oaxaca to też tradycyjnie mekka dla antropologów wszelakiej maści, jest nas tu prawdziwe zatrzęsienie, czynnych i emerytowanych, krajowych i zagranicznych. Życie akademickie kwitnie: prezentacje książek, sympozja, konferencje. Poza ośrodkami akademickimi w mieście działa również niezależny Welte Institute for Oaxacan Studies – biblioteka i długo przed pojawieniem się Internetu baza wypadowo-kontaktowa dla zachodnich antropologów.

Al otro lado…

To, czego nie widać na pierwszy rzut oka, co przesłania sfolkloryzowana i zgentryfikowana na potrzeby turystyki stolica stanu i jej bezpośrednie okolice, to powszechność  migracji zarobkowych (w obrębie kraju i za granicę) stanowiących o fizycznym przetrwaniu i rozwoju lokalnych społeczności, nawet tych czerpiących spore korzyści z handlu rękodziełem czy z turystyki. W Dolinach Centralnych i innych częściach stanu (La Mixteca czy Sierra Norte) przemieszczenia w poszukiwaniu pracy i dochodu mają długą tradycję, od kilku dekad nasila się też przepływ nieudokumentowanych imigrantów z krajów Ameryki Centralnej. Zjawiska związane z mobilnością biednych i zmarginalizowanych Meksykanów czy Salwadorczyków (upadek rolnictwa, przemoc, degradacja środowiska i tak dalej) są skrzętnie pomijane w uromantyczniających Oaxakę materiałach promocyjnych i literaturze popularnej, za to intensywnie obecne w badaniach etnograficznych antropologów, nawet jeżeli migracja czy szerzej mobilność nie stanowi głównego przedmiotu naszych zainteresowań. Ponadto status badaczy społecznych jako uprzywilejowanych imigrantów okresowych zawsze wpływa na kontekst i przebieg prowadzonych obserwacji, co pokazują chociażby moje zapiski terenowe.

Mieszkańcy Oaxaki przemieszczają się w poszukiwaniu pracy od początku XX wieku, w pierwszych dekadach były to przede wszystkim migracje w obrębie stanu (na przykład do miasta Oaxaca), kraju (sezonowe do Chiapas, w okresie zbiorów kawy czy trzciny cukrowej), wraz z uprzemysłowieniem do większych miast (na przykład do miasta Meksyk, gdzie kobiety wyjeżdżały i wyjeżdżają, by pracować jako służące). Powstanie sieci dróg oraz rozwój turystyki, a co za tym idzie sektora usług, wyznaczyło nowe szlaki migracyjne – do kurortów na wybrzeżach: Acapulco, Cancún czy w ostatnich dekadach do regionu Los Cabos. Pojawienie się agrobiznesu na północy kraju spowodowało z kolei migrację „zbędnych” robotników rolnych do dużych gospodarstw w stanie Sinaloa czy Baja California, mniejsze grupy mieszkańców, a właściwie mieszkanek Oaxaki znalazły zatrudnienie w pasie montowni (maquiladoras) przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi.

Migrację z Oaxaki do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowały w 1942 roku programy Braceros – umowy międzyrządowe mające na celu sprowadzenie taniej siły roboczej do pracy w gospodarstwach rolnych, gdzie Meksykanie (tylko mężczyźni) mieli zastąpić zmobilizowanych do wojska „amerykańskich chłopców”. W różnej formie kontraktowanie robotników rolnych przetrwało do 1964 roku, dało początek sieciom migracyjnym i zmianom społeczno-kulturowym, które w konsekwencji doprowadziły do powstania specyficznej „kultury migracji” w Dolinach Centralnych czy regionie La Mixteca. Kolejne, duże grupy Oaxakeńczyków opuściły stan w wyniku kryzysu ekonomicznego lat 80. XX wieku oraz następstw tak zwanych „reform strukturalnych”, które Meksykowi i innym krajom regionu narzuciły międzynarodowe organizacje finansowe. Dalsze neoliberalne przekształcenia gospodarki (zwłaszcza w obszarze rolnictwa) oraz zmiany w konstytucji (prywatyzacja ejido – ziem wspólnotowych, czyli w praktyce cofnięcie porewolucyjnej reformy rolnej z lat 30. i 40.) zostały wprowadzone przed podpisaniem układu o Wolnym Handlu między Stanami Zjednoczonymi, Kanadą i Meksykiem (NAFTA) w 1994 roku. Ich skutki szczególnie dotkliwie odczuła rolnicza Oaxaca. Nowe fale migracji zasiliły istniejące już skupiska migrantów na południowym zachodzie Stanów, najbardziej w Kalifornii (okolice Los Angeles, nazywane Oaxacalifornią) czy w stanie Illinois. Kryzysy w Stanach jednoczonych – polityczny po 11 września 2001 i ekonomiczny w 2008 roku – przyniosły pogorszenie atmosfery wokół latynoskich imigrantów, szczególnie nieudokumentowanych, polityka migracyjna została zaostrzona, nasiliły się deportacje (oficjalnie miały dotyczyć tylko osób karanych). Chociaż tempo migracji znacząco wyhamowało, przepływ ludzi, pieniędzy czy przedmiotów (na przykład paczek z jedzeniem) nie ustał, wyprawa al otro lado, czyli za granicę ze Stanami (a coraz częściej bezpośrednio do Kanady), nadal pozostaje podstawową strategią polepszenia standardu życia wielu gospodarstw domowych i podtrzymania relacji społecznych w lokalnych wspólnotach.

Meksykańska prowincja, której stan Oaxaca zdaje się modelowym przykładem, „indiański, biedny i zacofany”, okazuje się nad wyraz zglobalizowaną przestrzenią: nawet najbardziej senne pueblos od dekad stanowią element skomplikowanych transnarodowych, transgranicznych czy translokalnych układów na osi globalna Północ–Południe. Meksykanie w poszukiwaniu pracy i godnych warunków życia przemieszczają się stale, choć większość z coraz większym trudem między Oaxaką a Los Angeles czy Chicago, za to północnoamerykańskie snow birds coraz łatwiej i częściej przylatują, żeby przezimować, korzystając z oferty turystyki wypoczynkowej na południu Meksyku. Dla imigrantów z Ameryki Centralnej, którzy przemierzają stan na dachu pociągu towarowego, łodzią wzdłuż wybrzeża czy na piechotę, Oaxaca to kolejny, niebezpieczny etap podróży. Poznane na przestrzeni lat pracy badawczej zaprzyjaźnione antropolożki kursują regularnie, szybko i bezpiecznie między Oaxaką a Albuquerque, Berlinem czy Warszawą. Nawet idylliczna Oaxaca uwikłana jest w sieć uwarstwionych klasowo, rasowo i politycznie globalnych przepływów oraz powiększających się nierówności społecznych.

Mur w naszych głowach…

Utkwił mi w pamięci spot, który widziałam w meksykańskiej telewizji wiele lat temu (na pewno już po 11 września 2001), tak zwana reklama społeczna, sponsorowana przez jedną z meksykańskich agend rządowych. Skromnie wyglądające mieszkanie, starsza kobieta czule całuje i błogosławi stojącego przed nią młodego mężczyznę, najprawdopodobniej matka żegna syna przed drogą. Chłopak ubrany w kurtkę, wysokie buty (botas), w czapce bejsbolówce, w ręku trzyma niewielki plecak. W następnym ujęciu widzimy grupę podobnie wyglądających mężczyzn i kilka kobiet przemierzających pustkowie. Głos z offu mówi: „Jeżeli wybierasz się al otro lado (na drugą stronę), pamiętaj, żeby zabrać wystarczającą ilość wody, buty z grubą podeszwą i ciepłe ubranie. Chroń głowę przed słońcem i podążaj za liniami wysokiego napięcia. Zachowaj bezpieczeństwo!”. Reklama doradza, jak najbezpieczniej przejść przez „zieloną” granicę między Stanami a Meksykiem, czyli przekroczyć rzekę Rio Grande/Bravo (stąd nielegalnych imigrantów nazywa się mojados czy wetbacks – zmoczonymi) lub przebyć pustynię w Arizonie, gdzie na piechurów czekają jadowite pająki i węże, udar słoneczny, odwodnienie, nieuczciwi coyotes (przemytnicy) porzucający grupę czy migra (słynące z brutalności patrole amerykańskiej straży granicznej), a zdarza się, że farmer z bronią czy inne formy przemocy, takie jak gwałt. Wiele młodych kobiet, szczególnie tych z Ameryki Centralnej, przed wyruszeniem w drogę zaczyna brać tabletki antykoncepcyjne, by zabezpieczyć się przed niechcianą ciążą z gwałtu. Tego rodzaju ryzyko wliczają w ludzkie koszty migracji.

Meksykański rząd polega na wysiłku migrantów, w większości młodych mężczyzn. Przekazy pieniężne (remesas) płynące głównie ze Stanów Zjednoczonych to od wielu lat drugie – po ropie naftowej, a przed turystyką – źródło dochodu narodowego kraju. Szacuje się, że do Meksyku corocznie trafia w ten sposób 25 miliardów dolarów. Mężczyźni–migranci są więc gloryfikowani, pozostające w społecznościach ich żony, matki czy siostry „wspierane”, ale też dyscyplinowane przez różnego rodzaju programy rozwojowo-pomocowe. Badania socjologiczne pokazują, że w ostatnich dekadach na obszarach silnie zmarginalizowanych to właśnie remesas i rządowe zapomogi pieniężne stanowią o przeżyciu wspólnot, podtrzymaniu tkanki społecznej i  przetrwaniu miejscowych kultur. W Oaxace to między innymi zachowanie rozbudowanego systemu fiest – z którego słynie ten stan – a także miejscowych form samorządności, w ramach których od mężczyzn, a także coraz częściej kobiet oczekuje się nieodpłatnego pełnienia funkcji w lokalnych władzach, przynajmniej przez rok.

W zeszłorocznej kampanii prezydenckiej Donald Trump zapowiadał wprowadzenie zmian w relacjach z południowym sąsiadem. Najbardziej nośna medialnie okazała się groźba postawienia muru wzdłuż granicy, zapory przed dalszym napływem niechcianych Latynosów. Jego koszty mieliby ponieść sami Meksykanie. Ponownie w zagranicznych mediach natykam się na stare powiedzenie: Pobre de México tan lejos de Dios y tan cerca de los Estados Unidos (Biedny ten Meksyk! Tak daleko od Boga, a tak blisko Stanów Zjednoczonych). Tymczasem w Meksyku mur to old news. Na granicy ze Stanami Zjednoczonymi stoi od dawna: wysokie ściany czy zasieki, a tam, gdzie fizycznie ich jeszcze nie ma, trzeba pokonać rzekę lub niebezpieczną pustynię. Niejednokrotnie o wiele trudniejsze okazuje się dotarcie do strefy przygranicznej i przetrwanie w jej kulturze chaosu, bezkarności i przyzwolenia dla przemocy. Wyczerpująco ją charakteryzuje Ed Vulliamy w reportażu „Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy”: ubóstwo, slumsy wokół maquiladoras (montowni sprzętu) pozbawione podstawowej infrastruktury, brak wody, niedziałające instytucje państwa, wszechobecna korupcja, przemyt broni i narkotyków, handel żywym towarem, feminicios – masowe zabójstwa ubogich, młodych kobiet w Ciudad Juarez. Żeby tu dotrzeć, trzeba jednak pokonać wiele innych przeszkód: zdobyć środki na podróż, na przerzut przez granicę, zdobyć kontakty i wypracować sieci wsparcia po drugiej stronie. Wędrówka z Ameryki Łacińskiej do zasobnych krajów na północy kontynentu jest z roku na rok jest coraz bardziej kosztowna i obarczona coraz większym ryzykiem.

Doniesienia o zagradzaniu dróg, stawianiu murów, tworzeniu zapór są nośne medialnie, budzą natychmiastowy odzew, organizują niezadowolenie społeczne i mobilizują do działania. Zapowiedź postawienia szczelnego muru na granicy z Meksykiem robi wrażenie, odciąga jednak uwagę od strukturalnych i historycznie zdeterminowanych przyczyn obecnego międzynarodowego kryzysu migracyjnego na granicy między obydwoma państwami, gdzie obok migrantów z Ameryki Centralnej (tu dużą grupę stanowią matki z dziećmi) koczują Haitańczycy czy coraz liczniejsi Kubańczycy. Obecny impas ma korzenie w nierównych relacjach gospodarczych w obrębie układu NAFTA oraz bardziej ogólnie długotrwałej obecności ekonomicznej i politycznej Stanów Zjednoczonych w krajach Ameryki Łacińskiej i na Karaibach. Według szacunków Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji corocznie przez terytorium Meksyku przechodzi do pięciuset tysięcy nielegalnych migrantów, większość (około 90 procent) pochodzi z Ameryki Środkowej.

Państwa w tej części kontynentu są nieraz nazywane „republikami bananowymi”. Pogardliwe, acz lapidarne określenie trafnie oddaje skutki obecności amerykańskiego agrobiznesu i politycznych wpływów Stanów Zjednoczonych w regionie. Przyczyn intensywnych migracji ekonomicznych i uchodźstwa politycznego ostatnich dekad z Ameryki Środkowej należy szukać w następstwach wojen domowych drugiej połowy XX wieku: traumy społecznej, zapaści gospodarczej, przemocy, postępującej degradacji środowiska przyrodniczego, kryzysu żywnościowego i tak dalej. Następstwom konfliktów politycznych, w których Stany Zjednoczone odgrywały zawsze znacząca rolę, towarzyszą po dziś dzień neokolonialne praktyki gospodarcze. Wystarczy wspomnieć przykład Gwatemali, gdzie obrona ekonomicznych interesów amerykańskiej United Fruit Company (UFCO) doprowadziła w 1954 roku do (inspirowanego przez CIA) zamachu stanu, w wyniku którego został obalony demokratycznie wybrany rząd Jacobo Árbenza Guzmána i udaremniona reforma rolna.  Zaostrzający się kryzys polityczny doprowadził w efekcie do wybuchu ponad trzydziestoletniej (1960–1996) wojny domowej, w trakcie której najbardziej ucierpiały społeczności indiańskie – doszło do ludobójstwa Majów. Zdewastowany społecznie i gospodarczo kraj padł łupem wolnorynkowej globalizacji w najgorszym wydaniu: pojawiły się szwalnie i montownie sprzętu, w których zatrudnienie znajdują głównie młode Indianki (najtańsza z możliwych siła robocza), a wielkie latyfundia przestawiły się na najbardziej opłacalną, ekstensywną produkcję kardamonu, trzciny cukrowej czy palmy oleistej, stawiając pod znakiem zapytania suwerenność żywnościową Gwatemali. Uprawa bananów w dalszym ciągu dominuje na dużych połaciach kraju. Na plantacjach Chiquita Brands (spadkobierczyni UFCO) czy Del Monte warunki pracy są niehumanitarne, a prawa pracownicze i prawa człowieka nagminnie łamane. Raporty organizacji praw człowieka i śledztwa dziennikarskie pod wizerunkiem społecznie odpowiedzialnego biznesu kreowanego przez bananowych gigantów ujawniają stare, ugruntowane praktyki w nowym, zglobalizowanym wydaniu. Bezrolni, biedni i niedożywieni Gwatemalczycy coraz częściej w drodze na północ widzą jedyną nadzieję na poprawę kondycji swoich rodzin i społeczności.

W Oaxace wprowadzenie polityk związanych z NAFTA spowodowało zapaść rolnictwa, wzmożenie migracji i wyludnienie wielu obszarów stanu. Przyniosło też dalsze zagrożenie dla środowiska naturalnego. Wystarczy wyjechać z kosmopolitycznej stolicy na południe, do Regionu Istmo de Tehuantepec. Powitają nas wszechobecne graffiti: ¡No a la Mina! (nie dla kopalni!), ¡Si a la vida, no a la mina! (tak dla życia, nie dla kopalni!), ¡La sed de oro nos deja sin agua! (pragnienie złota pozbawia nas wody!). Takimi hasłami naznaczone są przystanki autobusowe, ściany budynków, banery przy drogach. To reakcja na politykę rządu stanowego, który w ostatnich latach – bez konsultacji z mieszkańcami – udzielił piętnastu koncesji na eksploatację złóż naturalnych (srebra, złota i cynku, rudy żelaza czy miedzi) i działania amerykańskich oraz kanadyjskich firm wydobywczych obejmują teraz 8 procent terytorium stanu. Ułatwiając inwestycje zagraniczne w ramach układu NAFTA, kolejne meksykańskie ekipy rządzące stawiają pod znakiem zapytania istnienie wielu wspólnot, miasteczek i rezerwatów przyrody. Odkrywkowe wydobycie surowców oznacza nieuchronną degradację środowiska, wysuszenie okolicznych rzek, kwaśne deszcze choroby, w końcu opuszczenie wsi i miasteczek. Aktywiści z Istmo w swoich kampaniach przypominają, że w żadnym kraju Ameryki Łacińskiej obecność transnarodowych firm górniczych nie przyniosła korzyści miejscowej ludności (poza wąską grupą skorumpowanych elit) ani krajowi (obdarzeni ulgami inwestorzy zagraniczni płacą minimalne podatki), za to realne zagrożenia w postaci nieodwracalnych zmian w środowisku naturalnym, fal wewnętrznych uchodźców, a tym samym potencjalnych migrantów. Na mitingach padają przykłady udanych mobilizacji w obronie wody i środowiska, w tym peruwiańskiego regionu Cajamarca, gdzie kilka lat temu masowe protesty miejscowej ludności powstrzymały dewastujące dla środowiska działania amerykańskiej Newmont Mining Corp.  Słuchać gromkie ¡Sí, se puede! (naprawdę można!) – hasło ukute w latach 70. XX wieku w Stanach Zjednoczonych przez strajkujących pod wodzą Oskara Chaveza meksykańskich robotników rolnych.

Ostatnie tygodnie to w Meksyku czas masowych protestów wobec zapowiadanych przez Donalda Trumpa zmian w polityce migracyjnej. Meksykanie demonstrują swoje niezadowolenie i zaniepokojenie doniesieniami z północy, zmobilizowani przez otwarcie ksenofobiczny wydźwięk posunięć nowej administracji. Wielu jednak zgodziłoby się z opinią związanego z WikiLeaks Juliana Assanga wyrażoną niedawno w wywiadzie dla argentyńskiego dziennika Pagina12, że „Obama był wilkiem w owczej skórze, a Trump to po prostu wilk w wilczej skórze”. Podczas dwóch prezydenckich kadencji demokraty Baracka Obamy, wybranego w dużej mierze głosami latynoskiej mniejszości, sytuacja prawna i społeczna tej grupy wyborców nie poprawiła się, natomiast nasiliły się deportacje indocumentados. Administracja Obamy odesłała z terytorium Stanów Zjednoczonych ponad dwa i pół miliona osób, więcej niż podczas rządów jakiegokolwiek innego amerykańskiego prezydenta w historii, w tym zdecydowana większość z nich to obywatele Meksyku. A Meksykanie obdarzeni są wyjątkowo dobrą pamięcią historyczną. Nieczuli zupełnie na marketing polityczny wokół byłej amerykańskiej pary prezydenckiej czy międzynarodowo oklaskiwanego kanadyjskiego premiera, wiedzą, że NAFTA to w istocie układ Dawida z dwoma Goliatami.

Anty-Trumpowe wystąpienia stanowią jedynie część fali sprzeciwu, jaka przetacza się w ostatnich miesiącach przez cały kraj. Agendę zorganizowanej w mieście Meksyk 12 lutego manifestacji trafnie streszcza jedno z haseł: „Zagrożenie w Waszyngtonie, ale wróg w Los Pinos” (rezydencja prezydenta). Meksykanie tłumnie protestują przeciwko polityce wywodzącego się z Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej rządu, prowadzącej do dalszej prywatyzacji gospodarki, szczególnie wydobycia ropy naftowej i następujących po nim podwyżek cen benzyny (gasolinazo) oraz wszechobecnej korupcji, żądają wyjaśnienia zniknięcia 43 studentów z Ayontzinapy i tym samym ujawnienia związków elit politycznych ze zorganizowaną przestępczością. Wielu intelektualistów, aktywistów i  polityków lewicy widzi w obecnym kryzysie relacji ze Stanami Zjednoczonymi szansę na renegocjacje układu NAFTA, uniezależnienie się gospodarcze (media donoszą o wzrastającej wymianie handlowej z Chinami, Unią Europejską czy Japonią – ostatnio głośno było o dużym transporcie awokado wysłanym zamiast do Stanów, za Pacyfik), wyhamowanie procesów neoliberalizacji (w kolejności miałyby być sprywatyzowane służba zdrowia i woda, zapowiadano dalsze cięcia w edukacji) oraz większą solidarność i współpracę z krajami Ameryki Łacińskiej. W wywiadzie dla meksykańskiego miesięcznika Proceso ksiądz Alejandro Solalinde, wywodzący się z nurtu teologii wyzwolenia, wieloletni obrońca praw nielegalnych imigrantów (założyciel schroniska dla indocumentados w Oaxace, w regionie Istmo) mówi wprost: „Odpuścili nam, znów jesteśmy wolni i trzeba wykorzystać ten czas, żeby powrócić do Meksyku, konsumować nasze produkty i pozbyć się tego brudnego i skorumpowanego rządu […]. Dopóki mamy Trumpa, będziemy budować kraj dla nas samych, nasz kraj jest bogaty, ale rządzony przez tych zdrajców i sprzedawczyków”. Nie jest to głos odosobniony ani też wyjątkowo jak na meksykańską opozycję radykalny. Trump na północy może przynieść szanse na tak wyczekiwaną zmianę polityczną na południu kontynentu.

***

Tymczasem w Oaxace znajomi gring@s organizują protesty na odległość (obecnie to akcja pocztówkowa), omawiają „dzień bez imigranta” i spekulują o możliwości secesji stanu Kalifornia. Nieliczne w mieście Starbucksy dalej okupuje tutejsza klasa średnia, a miasto jak zwykle zakorkowane anty-rządowymi protestami. Wszyscy przygotowujemy się do obchodów karnawału. W Dolinach Centralnych słynie z nich społeczność San Martín Tilcajete, gdzie w tegorocznym pochodzie diabłów z pewnością nie zabraknie figury Donalda Trumpa. Utalentowani miejscowi rzemieślnicy (wielu z doświadczeniem migracji al otro lado) kończą już zapewne produkcję odpowiednich, przerażających masek.

Autorka w latach 2014–2016 prowadziła badania w ramach grantu Narodowego Centrum Nauki „Turystyka kulinarna, gender i (re)konstrukcja lokalnych kultur jedzenia w południowym Meksyku (stan Oaxaca)”. Projekt został sfinansowany ze środków Narodowego Centrum nauki przyznanych na podstawie decyzji numer DEC-2012/07/D/HS3/03814

  • Agnieszka Wesoła

    Bardzo ciekawy tekst <3