dwutygodnik internetowy
03.02.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Toni Morrison, “Dom”

Dom nie ma może rozmachu pulitzerowskiej Umiłowanej. Ale ma bardzo dużo z nią wspólnego. Jest w tej powieści ta sama atmosfera, ta sama poruszająca fraza. I to samo pytanie: jak być wolnym? Frank Money wraca z wojny do domu. Nie jest to powrót bohatera – Korea to nie było coś, na co był przygotowany. Nawet […]

Dom nie ma może rozmachu pulitzerowskiej Umiłowanej. Ale ma bardzo dużo z nią wspólnego. Jest w tej powieści ta sama atmosfera, ta sama poruszająca fraza. I to samo pytanie: jak być wolnym?

Frank Money wraca z wojny do domu. Nie jest to powrót bohatera – Korea to nie było coś, na co był przygotowany. Nawet on, który łatwego dzieciństwa nie miał. Zamiast do rodzinnego Lotus, Frank trafia do szpitala psychiatrycznego. Dopiero bardzo lakoniczny list informujący go o kłopotach siostry mobilizuje go do działania. Jego podróż do Cee przez całą Amerykę jest pretekstem do obserwacji, które prowokują skojarzenia, z których z kolei Toni Morrison zręcznie plecie historię.

 

Po powrocie do kraju Money nie mógł włączyć się w nurt codzienności. Nie umiał ułożyć sobie życia z nową dziewczyną, Lily. Nie umiał znaleźć pracy. Kiedy na ubraniach ludzi wokół widział zbyt dużo czerwieni, świat zaczynał mu się wymykać spod kontroli. Kolory uciekały i zostawały tylko czerń i biel. Te fragmenty Morrison wplata w chaotyczną spowiedź Franka tak, że ubytki koloru stają się w niej symbolem szaleństwa. Szaleństwa prostych wyborów i prostych podziałów, które są tylko pozornie oczywiste.

 

Morrison pisze mocno symbolicznie. Fraza, jaką się posługuje, jest frazą swoiście religijną. Jest w niej metafizyczny zaśpiew. Daje to wrażenie powtarzalności i uniwersalności. Jakby za każdym razem była to ta sama paraboliczna opowieść. Morrison zresztą dąży do tego, by zamazać obraz świata, tudzież sprawić, żeby stał się on jeszcze bardziej umowny. I nawet jeśli pojawiają się w tekście konkretne odnośniki historyczne, wrażenie, że to mogło się wydarzyć przed chwilą, pozostaje. Ten efekt potęguje też opis postaci – przez ubiór, zachowanie. Nie ma w nim ani słowa o kolorze skóry czy włosów. Stanowi to wspaniały test dla percepcji – bohaterowie stają się znacznie bliżsi czytelnikowi. Nie ma wrażenia, że to są „ich problemy”, problemy jakiejś mniejszości (cokolwiek to znaczy). To są nasze problemy.

 

Gubienie czy też odrzucanie postawy niewolnika, kogoś gorszego, jest motywem przewodnim całej twórczości Toni Morrison. Tak jest też tutaj – w Domu zniewala niewiedza, zniewala wojna, zniewala w końcu płeć w jej kulturowym gorsecie. Cee nie może być wolna, dopóki nie stanie się kobietą – taką, jak te kobiety, które ratują jej zdrowie. Pełną, świadomą, wyposażoną w odwieczną kobiecą wiedzę, umiejącą walczyć o swoje. Frank nie będzie mężczyzną, dopóki nie upora się ze swoim demonem – symbolem tego, co w nas złe, mroczne, co sami przed sobą skrywamy. O czym nie chcemy pamiętać. Ale prawda musi czasem boleć, mówi autorka poprzez postać Cee.

 

Jest w tej mini-powieści jeszcze symboliczna postać babki – uosobienie samolubności, doprowadzającej do mentalnego zwyrodnienia i zaślepiającej nienawiści. Babka to ubóstwo, które upadla. Podobnie jak nielegalne „walki psów” odbywające się w opuszczonym domu. Walki, w których syn i ojciec muszą wybrać: jeden musi zabić drugiego, by przeżyć i móc odejść wolnym. Ale Morrison zdaje się mówić – nie można być wolnym, jeśli się nie przyzna samemu przed sobą do zła. Nie można być wolnym poprzez zło. Jak Frank, który nie będzie wolny, dopóki nie przyzna się sam przed sobą do tego, co właściwie stało się z małą Koreanką.
 
Toni Morrison. Dom. Wydawnictwo Świat Książki. 144 strony
 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.