dwutygodnik internetowy
24.02.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

To nie jest w porządku!

Powszechna dziś forma opowiadania o Powstaniu i walce Żołnierzy Wyklętych, wywołuje u dzisiejszych dwunastolatków dreszczyk zazdrości, że to nie im przyszło żyć w tak ciekawych i bohaterskich czasach. Tę edukację historyczną trzeba zmienić. Z szacunku do ofiar, a także z troski o najmłodszych i dobro wspólne.

fot. z akcji "Przywróćmy Małemu Powstańcowi dzieciństwo" zorganizowanej przez "Kontakt" w 2011 r.

Jutro Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Będziemy wspominać młodych ludzi, którzy polegli w nierównej i beznadziejnej walce. Obok oficjalnych uroczystości organizowana jest gra przeznaczona dla najmłodszych, w których mogą oni wcielić się w rolę bohaterów święta. To element nierozsądnego systemu przekazywania pamięci historycznej, który domaga się protestu i zmiany.
 
Zapraszamy całe rodziny do wspólnej zabawy i partyzanckiej przygody zorganizowanej z okazji Narodowego Dnia Żołnierzy Wyklętych. By choć przez chwilę zostać „chłopcem z lasu”, łącznikiem, sanitariuszką lub łączniczką. (…) Tuż obok biura zawodów będzie można odebrać kartę patrolową i całą rodziną ruszyć leśnym szlakiem! Baw się, realizuj zadania, zbieraj pieczątki i wiedzę o „Chłopcach z Lasu”. Taki anons można znaleźć, pośród szeregu innych, często ciekawych inicjatyw, na stronie internetowej obchodów Dnia Żołnierzy Wyklętych. Wydarzenie zorganizowane przez Fundację Wolność i Demokracja wpisujące się w nurt zamieniający najbardziej tragiczne wydarzenia naszej historii w wesoły festyn. Wobec takich działań nie można stać obojętnie. Ze względu na pamięć ofiar i z dbałości o świadomość historyczną najmłodszych Polaków.
 
Zabawa zamiast płaczu
 
Nic chyba nie może wzbudzić w Warszawiaku większego smutku i poczucia bezradności, niż spacer po wojskowych Powązkach w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Po wejściu do którejkolwiek z kwater, na sosnowych i kamiennych krzyżach można odczytać podobnie brzmiące inskrypcje, „chor. Michał N., lat. 17, zginął 22 VIII 1944”, „szer. Stefan T., lat. 18, zginął 16 IX 1944 r.”., „NN. lat ok. 16.”. Najmłodszy, znany akurat z imienia i nazwiska Witold Modelski, kapral batalionu AK „Parasol”, zginął w wieku lat dwunastu. Gdyby miał więcej szczęścia do daty urodzenia, uczyłby się w piątej klasie podstawówki. Odłóżmy na bok spór o polityczną czy wojskową ocenę Powstania. Niezależnie od niej chciejmy wyznać z bolesną szczerością, że posyłanie dzieci na front, nieważne czy to w charakterze żołnierzy, sanitariuszy, czy listonoszy, jest bodaj najpotworniejszą tragedią, jaka może spotkać naród. A zarazem, to pewnie najtrudniejsze, straszliwą winą dorosłych, którzy je do walki posyłają. Myślę że dziś, gdy Polska jest sygnatariuszem Konwencji o Prawach Dziecka, która zawiera „prawo do nierekrutowania do wojska”, jest to teza, która nie powinna u nikogo wzbudzać najmniejszych wątpliwości.
 
Czy jednak taki, zdawałoby się moralnie oczywisty, przekaz kierujemy dziś w stronę najmłodszych? Niestety nie. Na tym samym cmentarzu chłopcy i dziewczynki w powstańczych opaskach i panterkach z uśmiechem na ustach zachęcają do wsparcia kwesty na odnowę grobów „swoich starszych kolegów”. Przed główną bramą wejściową możemy znaleźć stoiska z atrapami powstańczych Stenów i granatów domowej roboty, przed które najmłodsi zwykle licznie zaciągają rodziców i dziadków, którzy (chwała im za to!) przyprowadzają ich w tym szczególnym dniu w miejsce pamięci.
 
Co więcej, istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że jeśli nauczycielowi historii uda się w VI klasie dobrnąć z realizacją programu do lekcji poświęconych II Wojnie Światowej, te same dzieci przeczytają w podręczniku dziarski tekst o tym, jak mali chłopcy w czterdziestym czwartym próbowali zawyżać swój wiek, aby załapać się do powstańczych batalionów. Nie będzie to dla nich pewnie pierwsze zetknięcie z historią o „dzielnych małych żołnierzach”. Nawet jeśli nie pochodzą z Warszawy, jest duża szansa, że w czasie wycieczki do stolicy przewodnik zaprowadzi ich pod Pomnik Małego Powstańca. Możliwe, że w szkolnej świetlicy, bądź w domu zdarzyło im się zagrać w bijącą rekordy popularności grę „Mali Powstańcy”, która polega na dostarczaniu przesyłek pocztowych między dzielnicami płonącej Warszawy i ukrywaniu się przed Niemcami. Jest chyba oczywiste, jakie piętno na systemie wartości ucznia wywiera tak prowadzona edukacja historyczna.
 
Wspólnota małych powstańców
 
Żeby było jasne – nawet przez myśl mi nie przeszło, że należy zaprzestać kultywowania pamięci o Powstaniu czy wysiłku Żołnierzy Wyklętych, jak i o ich młodych czy małych uczestnikach. Wręcz przeciwnie, są to ważni bohaterowie naszej historii, a pielęgnacja wspólnej pamięci jest jednym z podstawowych elementów budowania tożsamości narodowej. Cała sztuka i mądrość polega jednak na tym, by dbaniu o dobre imię bohaterów, tych szczęśliwych i tych tragicznych, sprzyjała głębsza refleksja nad ich spuścizną. Obawiam się, że jesteśmy od niej dalecy urządzając przebieranki w miejscu, które wielu nazwa warszawską ścianą płaczu. Nie przeprowadzimy jej wymieniając po przecinku „wspólną zabawę” i „partyzancką przygodę”!
 
Na świat małego dziecka najmocniej oddziałują proste obrazy i wyraziste symbole. Może lepiej, żeby w swoim dzieciństwie o Powstaniu nie wiedziało nic, niż aby kojarzyło je z wesołą twarzą lekko zdyszanego powstańczego listonosza? Może lepiej, żeby kojarzyło jedynie rzędy krzyży? A może zaczekać z rozmową o tragedii 1944 roku (i lat następnych) do momentu, w którym człowiek jest już na tyle dojrzały, że posiada zdolność do krytycznego myślenia? Obecnie powszechna forma opowiadania dzieciom o straszliwych wydarzeniach Sierpnia i Września, która jest jak widać rozszerzana także na lata powojenne, wywołuje u obecnych dwunastolatków raczej dreszczyk zazdrości, że to nie im przyszło żyć w tak ciekawych i bohaterskich czasach. Nie postuluję, by udzielać im skomplikowanych i zniuansowanych lekcji historii, apeluję tylko, by koszmaru nie przedstawiać jako sielanki, gdyż jest to kłamstwo.
 
Powszechnie uważa się, że wiedza historyczna sprzyja budowaniu u młodych postaw patriotycznych. Słusznie, na pewno zwiększa świadomość przynależności do wspólnoty i dumę z niektórych jej osiągnięć. Jeszcze lepiej, jeśli pobudza nas do odpowiedzialności za dobro wspólne i działań na jej rzecz. Tym większym zagrożeniem jest, jeśli głównym wzorcem takich działań jest powszechnie gloryfikowany, beznadziejny (co nie znaczy, że nie szlachetny) wysiłek zbrojny, który doprowadził do śmierci niemal całego pokolenia młodych Polaków.
 
Już nie zostanie agronomem
,,Ciemny” a ,,Świt” – księgowym
“Marusia” – matką ,,Grom” – poetą
posiwia śnieg ich młode głowy

tak o losie Żołnierzy Wyklętych pisał Zbigniew Herbert w często cytowanym wierszu „Wilki”. I ta utrata życia całego pokolenia, brak możliwości realizowania przez jego członków osobistych ambicji, jak i konstruktywnej pracy dla dobra Polski, powinna być najboleśniejszym przesłaniem 1 Sierpnia, czy 1 Marca.
 
Nigdy więcej
 
Od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas, Panie! brzmią wezwania starej ludowej modlitwy. Wspomnienie tych dobrze znanych słów nasuwa refleksję, że edukacja najmłodszych w duchu kojarzenia wojny i walki z zabawą ma w sobie coś zatraceńczego. Jest paradoksem, że budujemy kult nierównego wysiłku zbrojnego w czasach, których największym szczęściem jest długotrwały pokój. Jednoczesne głoszenie hasła „nigdy więcej wojny” i gloryfikacja „Małych Powstańców” jest dysonansem poznawczym, który może rodzić poważne konsekwencje.
 
To prawda, że współczesna Polska jest krajem dalekim od ideału. Jej mankamenty, takie jak wielkie obszary wykluczenia, brak równości szans, czy niskie zaufanie między obywatelami, można by wymieniać godzinami. Faktem jest jednak, że podstawowe cele walki pokoleń Polaków, niepodległość i suwerenność kraju, zostały osiągnięte. O ile potrzebujemy więc dziś niezwykle zaangażowania na rzecz wspólnego dobra i przemyślenia na nowo wielu kwestii (nie zapominajmy, że w deklaracji programowej AK była mowa m.in. o „usunięciu krzywdzących dysproporcji socjalnych”), o tyle paradygmat „Polski Walczącej”, a zwłaszcza walczącej zbrojnie, nie jest nam, jako wzorzec działania, potrzebny. Jeśli więc pobudzamy w najmłodszych obywatelach przekonanie, że najlepszym, co można oddać Ojczyźnie jest wysiłek militarny, narażamy ich na poczucie nieustannego niespełnienia, a zarazem przyczyniamy się do potencjalnego wzrostu społecznych napięć.
 
***
 
Z pewnością warto wziąć udział w sobotnich obchodach Dnia Pamięci. Nawet jeśli nasza ocena działań Żołnierzy Wyklętych nie jest bezkrytyczna, zapalmy świeczkę na ich grobach, a nawet weźmy udział w biegu, który ich upamiętnia. Tym zaś, którzy zamierzają uczestniczyć w „partyzanckiej przygodzie”, polecam słowa Wiesława Chrzanowskiego, uczestnika Powstania Warszawskiego i stalinowskiego więźnia, a w III RP założyciela Związku Chrześcijańsko-Narodowego i Marszałka Sejmu, który dowiedziawszy się, że na jego wieczór autorski ma przybyć grupa młodych rekonstruktorów historycznych i urządzić przemarsz, poprosił swojego sekretarza: Zrób coś z tym, ale tak, żeby nie poczuli się urażeni. Nie zgadzam się. Jeśli przyjdą, to beze mnie, żadnego wieczoru autorskiego nie będzie. Ja widziałem takich chłopców, ale prawdziwych, i wiem, co się z nimi działo. To nie było w porządku…
 
 
Tu przeczytasz o akcji “Kontaktu” z 2011 roku pt. “Przywróćmy dzieciństwo Małemu Powstańcowi”.
 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.
 

  • anuszka

    A propos “partyzanckiej przygody”:
    http://jedyniesluszne.blox.pl/2014/02/Szczepionka-przypominajaca.html
    Pod tym linkiem jest film, jak snajperzy przez bite 40 minut strzelali do obrońców Majdanu jak do kaczek.
    Przy całej mojej sympatii dla przemian na Ukrainie – nieporadność tych młodych ludzi bawiących się w wojenkę i ginących od prawdziwych kul jeży mi włos na głowie. Ten film powinni oglądać wszyscy Polacy jako szczepionkę na “partyzanckie przygody”.

    • Piotr Wieremiejczuk

      Może gdyby wcześniej bawili się w “uciekaj przez snajperem” tylu by nie zginęło…

  • Piotr Wieremiejczuk

    Generalnie spoko – wyważony tekst. Ale uważam, że początek interesowania Powstaniem czy Żołnierzami Wyklętymi w wieku lat 18 to może być za późno. Ci ludzie mają w głowie wtedy melanż, maturę i milion innych rzeczy na głowie. Dzieciom trzeba zaserwować nie dysonans poznawczy a grę, dzięki której zainteresują się tematem nawet najbardziej powierzchownie. One potrzebują skojarzyć swoją zadyszkę i świetną zabawę ze słowami “Powstanie Warszawskie”. Później przyjdzie czas na odwracanie skojarzeń – przyjdzie czas na zainteresowanie się losami wydarzenia, które dobrze im się kojarzy.

    Ja w wieku lat 14 czy 15 brałem udział w rekonstrukcji walk na Woli – zapierdzielałem jak mały samochodzik z MP-40 (bo akurat trafiłem do plutonu SS :D ) i “strzelaliśmy się” – była to świetna zabawa, za którą przyszła zaduma.

    • Stanisław Zakroczymski

      Piotrek, cieszę się, że uważasz tekst za wyważony. Mój zamiar był taki by nie jątrzyć a wskazać na największy moim zdaniem problem, jaki jest związany z jutrzejszym świętem (i nie tylko). Obawiam się, że nie zrozumiałeś mnie dobrze. “Dysonansem poznawczym” nazywam sytuację, w której z jednej strony w dominującym w naszej kulturze (również, a może przede wszystkim dzięki wpływowi etyki chrześcijańskiej) przekazem jest system wartości, w którym pokój jest jedną z ważniejszych (a śmiem twierdzić, że co najmniej od 1945 roku najważniejszych) wartości, z drugiej natomiast kultywuje się pamięć młodych i małych ofiar wojny, wplątanych w nierówną i tragiczną walkę poprzez ich naśladownictwo (bo za takie należy nazwać organizację tego rodzaju zabaw). Otóż moim zdaniem naszym obowiązkiem jest wpajać najmłodszym przekonanie o szkodliwości wojny i jakiejkolwiek przemocy. Należy go realizować nawet za cenę niższej świadomości historycznej (w niektórych aspektach) choć ja akurat jestem przekonany (również jako wychowawca KIKowski z pewnym doświadczeniem w tej kwestii), że te dwie wartości wcale się nie wykluczają.

      Szanuję Twoje przekonanie o pożyteczności rekonstrukcji, jednak nie podzielam go, podobnie jak Wiesław Chrzanowski (notabene jeden z najwybitniejszych powojennych przedstawicieli myśli narodowej, co powinno sytuować Go jako bliższego Tobie niż mi). Nie wiem jak Ty, ale na ulicach Woli, gdzie zbrodniarze hitlerowscy wymordowali kilkadziesiąt tysięcy bezbronnych mieszkańców mojego miasta wolałbym nigdy już nie widzieć munduru SS. Nawet jako teatralnego kostiumu.

      pozdrawiam i dziękuję za komentarz,

      sz

  • Inteligent

    Końcowy rozdział “Drogi powrotnej” Remarque’a – powinno się czytać w szkole.

  • Jaro

    Tekst w porządku choć nie wszystko mi się podoba – np jeśli chodzi o grupy rekonstrukcyjne. Co roku biorę udział w Biegu Powstania Warszawskiego – jest to taki mój mały hołd. Przy okazji organizaowane są też pokazy historyczne – także przez najmłodszych. Od dziecka mój dziadek (powstaniec ujęty w wykazie na stronie muzeum PW) wpajał mi elementy patriotyczne. Gdyby w tych czasach słuchając rzeczy, o których nie miałem jako dziecko szerszego pojęcia była możliwość uczestniczenia w takich rekonstrukcjach zapewne sam by ze mną przychodził aby w lepszy sposób niż jego słowa przekazać mi historię i zaszczepić zainteresowanie. Przyznam, że czasami nie rozumiałem opowieści o tym gdzie stały czołgi a gdzie bronione były barykady i gdzie zginęli przyjaciele… ale nasiąkałem tymi historiami i dzisiaj rozumiem te treści i dążę do zgłębiania nowej wiedzy. Podczas przytoczonego przeze mnie biegu w wydarzeniu biora udział powstańcy – niestety z roku na rok coraz mniejszą ilością. Miałem okazję zamienić kilka słów bo zazwyczaj zostają na dekorację choć wiem jaki w ich wieku to wysiłek. Prosze mi uwierzyć, że nigdy nie usłyszałem zastrzeżeń co do rekonstrukcji a wręcz wielką aporbatę, że dzieci “bawiąc” się w to wpajane mają wartości historyczne, patriotyczne oraz szacunek dla poległych. W ubiegłym roku czekałem na biegnących krótszy dystans przyjaciół i po pokazie grupy rekonstrukcyjnej widziałem jak dziecko pytało się mamy o szczegóły a ta z cierpliwością wyjaśniała – że dzieci nie bawią się w wojnę. że przez to chcą przypomnieć żyjącym jak wojna zmienia świat i ludzi itd itp.

    Rozumiem, że forma przekazywania wiedzy w sposób przytoczonej tutaj zabawy w “chłopca z lasu” może jest trochę niefortunna. Bo gdzie zabrniemy dalej? Zabawa w szpital polowy albo w rozstrzelanie więźniów? Moim zdaniem trzeba potraktować to jako potknięcie organizatorów ale nie z powodu ignorancji ale raczej z chęci przyciągnięcia i zainteresowania tematem jak największej liczby osób. Bo nie ukrywajmy temat Żołnierzy Wyklętych do niedawna był na marginesie i dopiero teraz widać więcej inicjatyw mających na celu upamiętnienie tego okresu.

  • Maciej Onyszkiewicz

    Szanowny Panie Stanisławie,

    Z dużą nadzieją czekałem na Pana tekst. Najwyższą odrazę wzbudza we mnie przedstawianie dramatu młodych (i nie tylko) żołnierzy jako uroczej zabawy. Od dawna intuicyjnie czuję, że jest coś skandalicznego w rekonstrukcjach historycznych przedstawiających czyny zbrojne. Ale tak naprawdę brakuje mi mocnych argumentów przemawiających za skandalicznością podobnych inscenizacji. Liczyłem na to, że ten artykuł mnie w takowe wyposaży. Niestety w moim przekonaniu nie przytoczył Pan żadnego naprawdę przekonującego argumentu, a po niektórych wątkach prześlizgnął się pan jak po skórce od banana. Pisze Pan na przykład: “Jednoczesne głoszenie hasła „nigdy więcej wojny” i gloryfikacja „Małych Powstańców” jest dysonansem poznawczym, który może rodzić poważne konsekwencje.” Nie przekonuje mnie to – cześć oddawana “Małym Powstańcom” to nie kult wojny, a obrony wartości pomimo ogromnych kosztów. Nie znaczy to, że Mali Powstańcy nie byli ofiarami potwornych decyzji dorosłych po obu stronach konfliktu, ale naprawdę nikt organizując rekonstrukcje historyczne nie wzywa do przekreślenia wartości pokoju!

    W innym miejscu pisze Pan: “Jeśli więc pobudzamy w najmłodszych obywatelach przekonanie, że najlepszym, co można oddać Ojczyźnie jest wysiłek militarny, narażamy ich na poczucie nieustannego niespełnienia, a zarazem przyczyniamy się do potencjalnego wzrostu społecznych napięć.”, a w jeszcze innym: “Jest chyba oczywiste, jakie piętno na systemie wartości ucznia wywiera tak prowadzona edukacja historyczna.” Dla mnie nie jest oczywiste, chętnie przeczytałbym na ten temat jakąś pogłębioną analizę. Naprawdę myśli Pan, że rekonstrukcje historyczne wpływają na wzrost społecznych napięć? Nie znam wyników badań na ten temat, ale jakoś nie widzę tego zagrożenia. Sam jako dziecko bawiłem się żołnierzykami i pistoletami-atrapami i (o zgrozo!) grywałem na komputerze w gry poświęcone przeróżnym wojnom. Nie mam poczucia, żeby w istotny sposób wpłynęło to na moje niespełnienie, ani kult walki zbrojnej i pragnienie sprawdzenia się w ogniu walki. Przeciwnie dziś uważam się za pacyfistę.

    Podsumowując – zgadzam się z Pańskimi intuicjami, ale nie przemawiają do mnie Pańskie argumenty. Chętnie usłyszałbym jakieś bardziej przekonujące, gdyż temat uważam za ważny.

    Mimo mojej krytyki kieruję do Pana wyrazy mojej głębokiej i szczerej sympatii.

    • Stanisław Zakroczymski

      Szanowny Panie Macieju,

      Dziękuję za Pana cenne uwagi. Jestem świadom, że zapewne w pełni Pana nie przekonam, jednak mam szczerą nadzieję wyjaśnić kilka Pańskich wątpliwości co do spójności i sensowności moich tez.
      Po pierwsze, trzeba jeszcze raz poczynić pewne subtelne rozróżnienie, którego chyba Pan nie wychwycił, a które może okazać się pomocne przy obronie moich argumentów. Otóż, nigdzie w tekście nie piszę ani o “kulcie wojny” ani też o “kulcie walki zbrojnej”, a o “kulcie nierównego wysiłku zbrojnego”. Tym różnią się pomniki Małego Powstańca od pomników grunwaldzkich, tym różnią się zabawy w “partyzancką przygodę” od gier internetowych o tematyce mafijnej, bądź inscenizacji bitwy pod Ostrołęką (za którymi też nie przepadam, ale to temat na inną rozmowę). Ten właśnie kult, w połączeniu z faktem, że podmiotem tej walki były małe dzieci, uważam za “zatraceńczy”, gdyż w przyjętej narracji nie są one ofiarami, lecz szczególnymi bohaterami wojennymi.
      Co zaś się tyczy cytatu, który Pan przywołał, to parafraza mojego sformułowania “gloryfikacja Małych Powstańców” w postaci “kult wojny” jest chyba zdecydowanie daleko idąca. Dziwię się, że nie widzi Pan sprzeczności w fakcie, że głównym przesłaniem dotyczącym patriotyzmu, jakie kieruje się do najmłodszych jest patriotyzm w postaci oddania życia w beznadziejnej walce, podczas gdy uznaje się pokój za wartość nadrzędną.
      Po drugie, (podkreślam to już któryś raz w różnych polemikach potekstowym) nie

  • Jacek Dobrowolski

    Pomnik Małego Powstańca – to fałsz historyczny, bo broni w ’44 było mało i nie dawano jej nikomu kto nie skończył 16 lat. Mówią o tym zawodowi przewodnicy po Warszawie, ale często nie wiedzą nauczyciele. Jest to wyraz naszego kompleksu martyrologicznego niewinnej ofiary. Podobna figura, ale dziewczynki ze stenem stoi na grobie na Powązkach. Jest też płaskorzeźba “Reduta Matki Boskiej” w al. Solidarności między Trasą WZ a Pl. Bankowym na której Matka Boska trzyma ciało martwego powstańca, który ma w ręku karabin. Kształcenie młodzieży na ofiarę przez Kościół i koła kombatanckie jest aberracją. Wynika to z fiksacji na krwawej ofierze Chrystusa, a nie na Jego Zmartwychwstaniu, na opacznym rozumieniu nauk Tego, który tylko półtora dnia konał na krzyżu a zmartwychwstał na całą wieczność – Najradośniejszy. Sakralizacja cierpienia to zabieg narcystyczny i regresywny a kult krwi zraszającej polska ziemię ma cechy magicznego rytuału płodnościowego. “Polegnij Syneczku, polegnij, to zboże urośnie wysokie”

  • Elżbieta Tracewicz

    Nie zgadzam się z twierdzeniem, że z mówieniem dzieciom o Małych Powstańcach należy czekać, gdy będą “starsze”.

    Dlaczego miałoby to być tabu? Dlaczego mamy dzieci chronić przed wiedzą o losach własnego narodu, o Orlętach Lwowskich czy Małych Powstańcach? Czy Pawka Morozow byłby lepszym wzorem na życie? Dostarczamy im wiedzę o narkotykach, seksie bez miłości, dewiacjach, zbrodniach (choćby poprzez TV i filmy w internecie), pornografii, wojnach i kataklizmach w różnych częściach świata, a zarazem mamy zatajać przed nimi wiedzę o bohaterstwie młodych/małych dziewcząt i chłopców gotowych ginąc za własny kraj, rodziców, wolność, język i kulturę? Czy mamy “chronić” je przed wiedzą o Powstańcach, aby gdy dorosną myśleli tylko o własnym przysłowiowym “brzuchu”, gotowi zdradzać w imię własnego dobrobytu?

    Mali Powstańcy zasługują na to, aby wiedzieli o nich żyjący w naszych czasach ich rówieśnicy. Pamiętam gdy po raz pierwszy przeczytałam “Kamienie na Szaniec” (miałam może 12-13 lat). Moja reakcją – poza odczuciem grozy i łzami wylanymi nad losem Szarych Szeregów – było wzięcie się za “Zośkę i Parasol”, podziw dla tych młodych ludzi, ale także pojawiło się POCZUCIE ODPOWIEDZIALNOŚCI za swoją rolę w wolnej od wojny Polsce, radość, że nie trzeba ginąć, ale także, że należy walczyć, gdy zajdzie taka potrzeba i ginąć, gdy innego wyjścia nie ma, i nie zdradzić, choćby miało to uratować życie. Także wcześnie, bo chyba w wieku 15 lat dowiedziałam się o Orlętach Lwowskich. Tak bardzo im współczułam, gdy śpiewali (jak wierzyłam) “O mamo otrzyj oczy, z uśmiechem do mnie mów, ta krew co z piersi broczy to za nasz drogi Lwów”. Czy to źle? Czy za wcześnie? Gdy miałam 10 lat, mój Ojciec nauczył mnie śpiewać “Czerwone Maki na Monte Casino” i powiedział, abym nigdy nigdzie poza domem i przy nikim obcym tej piosenki nie śpiewała, ale uczy mnie, bo chce abym znała tę piosenkę, bo tam, we Włoszech ginęli Polacy za Polskę. Do dziś pamiętam wszystkie zwrotki tej pieśni.

    Dzieciom należy mówić, że są szczęśliwe, bo żyją w wolnej Polsce, także dzięki takim ludziom jak Mali Powstańcy i Orlęta Lwowskie, że są szczęśliwe, bo wolne od losu polskich dzieci wywożonych na Syberii, na zniemczenie czy do obozów, że Polska to Wielka Rzecz, wspólna odpowiedzialność, “wspólny zbiorowy obowiązek”, że są sprawy ważniejsze od życia.

    Co do gier mam mieszane odczucia. Osobiście może wolałabym zadumę nad grobami. Każda zabawa dziecka ma swój wymiar edukacyjny. Wszystko zależy od tych, którzy takie zabawy opracowują i realizują.