dwutygodnik internetowy
18.04.2016
magazyn papierowy


Terroryzm w Europie. Nowa jakość

To nie zwycięstwo taktyczne i nie zwycięstwo strategiczne rozstrzygają o współczesnych wojnach. To nie Clausewitz definiuje reguły współczesnej wojny, ale Twitter i Facebook. Terroryści to doskonale rozumieją.

Ilustr.: Iga Gosiewska

ilustr.: Iga Gosiewska

3 października 1985 roku z Genui wypłynął wycieczkowiec MS Achille Lauro z zamiarem odwiedzenia turystycznych portów Morza Śródziemnego. Dwa dni po odbiciu z Genui pewien steward wszedł bez pukania do jednej z kabin, niosąc pasażerom obiad. Zastał tam cztery osoby czyszczące broń automatyczną – terrorystów z organizacji Abu Abbasa. Wobec demaskacji palestyńscy terroryści zdecydowali się niezwłocznie przejąć cały statek. Mimo że pierwotnie zamierzali dopłynąć do izraelskiego portu Aszdod i wysadzić tamtejszy składów amunicji, podjęli próbę zawinięcia do któregoś z portów syryjskich. Władze syryjskie, pod naciskiem Amerykanów, nie wpuściły jednak statku do portu.

Wówczas terroryści zażądali uwolnienia z izraelskich więzień pięćdziesięciu bojowników palestyńskich i skierowali się do portu Said w Egipcie. Egipskie władze rozpoczęły negocjacje, a na miejscu pojawił się sam Abu Abbas, jeden z najbardziej poszukiwanych ludzi na świecie. Strona egipska nie wiedziała, że zaledwie parę dni wcześniej terroryści – chcąc zademonstrować swoją bezwzględność – rozstrzelali jednego z pasażerów, amerykańskiego milionera żydowskiego pochodzenia, a jego ciało wyrzucili do morza. Egipcjanie zawarli kompromis z Abbasem: porywacze mogą zejść na ląd, dostaną samolot, którym mają odlecieć do Libii, jednej z głównych baz terrorystów.

W tym samym czasie Amerykanie dowiedzieli się o śmierci swojego obywatela. Po chwili z lotniskowca Saratoga poderwano cztery myśliwce Tomcat, które przejęły samolot z porywaczami i zmusiły go do lądowania w bazie wojskowej na Sycylii. Na pokład samolotu wdarli się żołnierze amerykańskiej jednostki specjalnej SEALS, wyprowadzili czterech terrorystów i Abu Abbasa. Nagle zostali otoczeni przez włoskich Karabinierów, którzy w imieniu rządu włoskiego odebrali ich Sealsom. Dysponujący wydanym przez Kaddafiego paszportem dyplomatycznym, Abu Abbas bezpiecznie odleciał z Włoch. W rękach włoskiego wymiaru sprawiedliwości zostało czterech jego towarzyszy, których skazano na kilkudziesięcioletnie wyroki więzienia.

W odwecie za uwięzienie swoich członków w listopadzie tego samego roku frakcja rewolucyjna Abu Abbasa porwała samolot egipskich linii lotniczych. W wyniku nieprzemyślanych działań egipskich sił specjalnych na lotnisku na Malcie doszło do rzezi pięćdziesięciu czterech pasażerów. W grudniu tego samego roku miały miejsce dwa kolejne ataki. Pierwszy na lotnisku Leonarda Da Vinci w Rzymie, gdzie terroryści zastrzelili osiemnaście osób, a sto jedenaście zostało rannych. Drugi w Wiedniu, gdzie tego samego dnia doszło do ataku na pasażerów zmierzających do samolotu izraelskich linii lotniczych. Zginęły tam dwie osoby, czterdzieści siedem zostało rannych.

To tylko przykładowy incydent z wielu, jakie odbyły się w latach 70. i 80. Ocenia się, że w trakcie ówczesnych działań terrorystycznych zginęło nawet pięć tysięcy obywateli Europy. Dzisiaj, stojąc przed wyzwaniem terroryzmu, mamy poczucie, że grunt usuwa się nam spod nóg. Tymczasem Europejczycy mają za sobą dwudziestoletni okres, w którym ataki terrorystyczne na niewyobrażalną dzisiaj skalę były codziennością. Mieliśmy Baader-Meinhof w Niemczech, ataki terrorystyczne ETA w Hiszpanii i we Francji, wreszcie IRA w Irlandii oraz w Wielkiej Brytanii. Takie były realia tamtej epoki.

Wielu komentatorów zastanawia się, czy jesteśmy świadkami tego samego zjawiska, czy mamy do czynienia z jakościowo nowym problemem? Wszelkie podobieństwa i analogie historyczne między dzisiejszym terroryzmem w Europie a tym z lat 70. i 80. są moim zdaniem złudne. Obydwa podmioty tego konfliktu przeszły od tego czasu gruntowną przemianę. Spróbujmy zatem krótko scharakteryzować istotę tych zmian.

Islamska herezja

Terroryzm lat 70. i 80. miał oparcie w potężnym imperium, które szkoliło bojowników i zaopatrywało ich w broń. Tamta fala terroryzmu zakończyła się razem z Zimną Wojną, w efekcie upadku Związku Sowieckiego i jego sojuszników. Zmieniło się jednak coś jeszcze bardziej zasadniczego. Po stronie terrorystycznej mieliśmy wówczas do czynienia z różnego rodzaju patologicznymi formami walki narodowowyzwoleńczej, separatystycznej bądź walki o realizację haseł lewicowych (często jedno z drugim było połączone), ale o absolutnie świeckim charakterze. To narzucało konkretny sposób działania terrorystów. Mimo desperackiego zabijania zupełnie niewinnych ludzi ich cele były na wskroś polityczne, a więc podlegały kwantyfikacji politycznej. Wiadomo było, o co chodziło terrorystom – na przykład o wolną Palestynę czy zrzucenie zwierzchności Anglii lub Hiszpanii; albo o rewolucję komunistyczną wymierzoną w zachodni kapitalizm. To był jeden z przejawów konkurencji miedzy Wschodem i Zachodem.

Jeszcze Al-Kaida wpisywała się w tę logikę. Gdy analizujemy wytworzone przez nią teksty – łącznie ze słynnym posłaniem Osamy bin Ladena do Williama Perry’ego, sekretarza obrony USA w rządzie Clintona – to doskonale widać jakie jest ich przesłanie. Al-Kaida rozpętała wojnę, chcąc zmusić Amerykanów do wycofania swoich wojsk i korporacji z Ziemi Świętej Islamu oraz obalić reżim Saudów. To był wyraźny cel polityczny i jednoznacznie określeni wrogowie: Saudowie oraz popierający ich Amerykanie.

Daesh jest zupełnie innym tworem. Nie potrzebuje celów politycznych, ponieważ ich myślenie jest apokaliptyczne. Państwo Islamskie nie zostało powołane po to, żeby trwało i za jakiś czas znalazło sobie miejsce w rodzinie innych państw. Brak celów politycznych oraz apokaliptyczność powodują, że mamy do czynienia z nową pseudo-religią, która z punktu widzenia klasycznego islamu, nawet w wydaniu bliskim salafitom, jest niebywałą herezją i wynaturzeniem.

Drugim elementem jakościowej zmiany jest zupełnie nowa forma działania współczesnych terrorystów. Ludzie, którzy uprowadzali i zabijali przypadkowe ofiary, wysadzali samoloty i budynki, musieli liczyć się z tym, że zostaną zabici albo skazani na długotrwałe więzienie. Liczenie się ze śmiercią to jednak coś radykalnie innego od gotowości do przeprowadzenia ataku samobójczego.

Tradycja terroryzmu samobójczego w obrębie szeroko pojętej kultury islamskiej ma swoje bardzo dalekie antecedencje, sięgające czasów Asasynów z XII i XIII wieku. W ostatnim półwieczu obserwowaliśmy erupcję samobójców terrorystów wymierzoną w Izrael. Państwo żydowskie poradziło sobie z problemem zamachów samobójczych, wprowadzając do prawa pojęcie odpowiedzialności zbiorowej – za działanie samobójcy-terrorysty odpowiadała jego rodzina. Było to spowodowane miedzy innymi tym, że Iran płacił rodzinom, które były w stanie wyłonić z siebie samobójcę. Izrael dążył do tego, żeby ten biznes przestał się kalkulować; żeby nie opłacało się szukać czternastoletniej dziewczynki, która wejdzie do autobusu czy pizzerii i wysadzi się w powietrze, za co jej rodzina będzie mogła opływać w dostatek. W tym przypadku mieliśmy do czynienia z czystą transakcyjnością. Daesh posługuje się samobójcami w znacząco inny sposób. Tutaj nie ma pieniędzy dla rodzin. To nie jest biznes, to jest czysta wojna.

Takie podejście zmienia wszystko. Dla osób odpowiedzialnych za taktykę działań sił specjalnych i policyjnych terrorysta zmotywowany wyłącznie ideologicznie jest najtrudniejszym przeciwnikiem. Niezwykle trudno go odszukać i udaremnić jego plany. Inaczej niż w przypadku klasycznego aktu terrorystycznego uwięzienie zamachowca nie daje szans na negocjacje, bo nikomu szczególnie nie zależy na tym, żeby odzyskał wolność.

Wreszcie trzecia rzecz, która powoduje, że mamy do czynienia z jakościowo innym terroryzmem, to jego nowa siła napędowa. Możemy powiedzieć, że przesunięte do granic możliwości epatowanie okrucieństwem jest w gruncie rzeczy rodzajem nihilizmu. Mam jednak co do tego wątpliwości. Uważam, że główną motywacją do działania tego typu ugrupowań jest globalny resentyment. Za pomocą nowoczesnych środków komunikacji ludzie, którzy wiedzą, że ich życie nie zmieni się na lepsze przez najbliższe pokolenia, oglądają ludzi opływających – z ich punktu widzenia – w niewyobrażalny dostatek i szczęście. Efektem tej sytuacji są kolejne wielkie fale emigracyjne, ale też Daesh, oparty na niezwykle silnym resentymencie, którego apogeum jest chęć zniszczenia Zachodu. Niemiecki filozof Peter Sloterdijk w swojej pracy „Duma i czas” opisuje resentyment, którego efektem nie jest chęć zmiany własnej pozycji społecznej w ramach istniejącej struktury, ale unicestwienie aktualnego porządku. Z tym wiąże się podstawowe zagrożenie. Być może wypali się ono za jakiś czas, ale w najbliższym czasie będziemy konfrontowani z owocami tego resentymentu. Nie wystarczy zatem pokonać Daesh, bo negatywny odruch wobec Zachodu wciąż będzie istniał. To pokłosie, koszt globalizacji.

Absolutnym novum w porównaniu z latami 80. jest opanowanie nowych mediów przez przeciwników Zachodu. Internet, a w szczególności media społecznościowe – narzędzia mające wzmacniać podstawowe wartości i swobody obywatelskie – z wielkim sukcesem zostały wykorzystane przez terrorystów przeciwko Zachodowi. Daesh osiągnął mistrzostwo marketingowe i niebywałą zdolność pracy nad globalnym brandem. W kwestii technologicznej to jedna z najważniejszych zmian. Współczesne wojny bowiem tylko pozornie rozgrywają się na polu bitwy. One rozgrywają się na polu bitwy o tyle, o ile są w stanie wygenerować pewien obraz w globalnej sieci informacyjnej. Pole bitwy jest potrzebne dla obrazu, a nie odwrotnie. Owa zamiana ról jest najważniejszym elementem, który odróżnia nowe wojny od starych. To nie zwycięstwo taktyczne i nie zwycięstwo strategiczne rozstrzygają o współczesnych wojnach. To nie Clausewitz definiuje reguły współczesnej wojny, ale Twitter i Facebook. Terroryści to doskonale rozumieją.

Europa złapana w sieci

Równolegle do zmieniającego się charakteru terroryzmu wykuwała się nowa organizacja Europy. W latach 70. państwa zrzeszone we Wspólnocie Węgla i Stali, potem we wspólnotach europejskich i w NATO, były pełnokrwiste. W tym znaczeniu, że dysponowały wszystkimi możliwymi zasobami, jakie tradycyjnie przypisuje się państwu: miały swoją politykę emigracyjną, swoją politykę bezpieczeństwa i swoją dyplomację. I jeśli Włosi zdecydowali się na wypuszczenie Abu Abbasa, to dlatego, że przekazanie go Amerykanom mogłoby skutkować działaniami odwetowymi na terytorium włoskim, na co nie mieli ochoty.

Wraz z powstaniem Unii Europejskiej wiele naturalnych przywilejów państw zostało scedowanych na organizm ponadnarodowy. Mimo że Unia nie jest państwem, to zarządza państwami za pomocą prawa, norm i miękkiej siły, powstałej dzięki delegowaniu na rzecz Unii przez państwa członkowskie części ich suwerenności. Przy obecnym stopniu rozmycia państwowości żadne z państw europejskich nie jest w stanie samodzielnie poradzić sobie z terroryzmem na własnym terytorium. To było niezwykle trudne już w latach 80., teraz jest praktycznie niemożliwe.

Po stronie Unii Europejskiej mamy też do czynienia z dwudziestopięcioletnią dywidendą pokojową. Wiążą się z nią realne pieniądze, które są efektem długotrwałego pokoju na kontynencie i poczucia bezpieczeństwa jego mieszkańców. Ogromne środki budżetowe, zamiast na sektor zbrojeniowy czy sektor bezpieczeństwa, były przeznaczane na rozwój gospodarczy i różne społeczne programy rządowe. W ostatnim ćwierćwieczu to były biliony euro. Nie dziwi więc stopniowa likwidacja przez Holandię, Austrię, Belgię własnych sił pancernych. Te kraje po prostu nie widzą powodów, żeby je utrzymywać. Proces zaniku tradycyjnych armii postępuje nie tylko w wymiarze wojskowym. Republika Federalna Niemiec jest winna swoim landom około ośmiuset milionów euro z puli na bezpieczeństwo wewnętrzne, które zostały przeznaczone na inne cele. Dywidenda pokojowa doprowadziła w pewnym sensie do rozbrojenia Europy. Dzisiaj okazuje się, że ten dług jest nie do odrobienia.

Dużym błędem państw Unii Europejskiej było nierozpoznanie zagrożenia wynikającego z pogłębiającej się obcości kulturowo-etnicznej, ale przede wszystkim socjalnej pewnych grup społecznych. Dotyczy to wielu państw Zachodu, nie tylko Francji czy Belgii ze słynną już dzielnicą Molenbeck. W przeciągu zaledwie paru lat ta jedna z dzielnic Brukseli odpłynęła od państwa belgijskiego. Dopiero po zamachach zorientowano się, że coś jest nie w porządku.

Kolejnym akordem braku rozpoznania i zrozumienia zagrożenia w Europie jest trwająca wielka wędrówka ludów. Nie chcę wchodzić w dywagacje, w jakim stopniu tę fale migracyjną wywołała ingerencja Amerykanów i innych państw Zachodu na Bliskim Wschodzie. Z faktu, że coś się działo wcześniej, nie wynika bowiem przyzwolenie na nieszczęście tu i teraz. Wędrówka ludów wiąże się z problemami o szczególnym charakterze, bo tworzy bardzo niebezpieczne złożenie między europejskim przywiązaniem do humanitaryzmu i potrzebą pomocy ludziom, którzy szukają schronienia przed wojną, a falą terrorystów. W obecnym systemie prawnym jest to węzeł nie do rozwiązania. Trwają oczywiście próby, żeby oddzielić uchodźców od terrorystów, ziarno od plew. Na dłuższą metę jest to jednak niemożliwe. Istotą problemu nie jest zresztą zagrożenie terrorystyczne generowane przez uchodźców, a potem ich dzieci. Terroryzm rozwija się przecież głównie w drugim, bądź trzecim pokoleniu mniejszości kulturowych na terenie Europy.

Ostatnim elementem osłabiającym Europę w walce z terroryzmem jest pojawienie się nowych podmiotów władzy politycznej. W coraz mniejszym stopniu polityka uprawiana jest przez państwa narodowe, bo przechodzi w ręce konglomeratu aktorów politycznych, który tworzą korporacje, instytucje europejskie, miasta i poszczególne rodziny polityczne. Mamy do czynienia z siecią współzależności instytucji na bardzo różnych poziomach i o bardzo różnej sile sprawczej. Sieć ta jest na tyle gęsta, że bardzo trudno jest wyłonić jednego suwerena, zdolnego do wprowadzenia realnych zmian politycznych. Także tych, które pozwoliłyby rozwiązać problem terroryzmu na własnym terytorium.

Podróż do przeszłości

Można się zastanawiać, dlaczego akurat islam i Bliski Wschód mają być nośnikami antyzachodniego resentymentu. Żyjemy w czasach, w których nikt już nie czyta starych historyków, ale pozwolę sobie sięgnąć do książki, która została napisana na początku lat 50. ubiegłego wieku przez brytyjskiego polihistora Arnolda Toynbee. W poświęconym islamowi rozdziale swojej  pracy „Cywilizacja w czasie próby” wydanym tuż po wojnie napisał:

„Panislamizm wprawdzie drzemie – ale musimy liczyć się z taką ewentualnością, że jeśli kiedyś kosmopolityczny proletariat «zokcydentalizowanego» świata zbuntuje się przeciwko zachodniej dominacji i zażąda antyzachodniego przywództwa, śpiący może się ocknąć. Wołanie to może mieć nieobliczalne skutki psychologiczne w postaci wywołania wojującego ducha islamu, ponieważ mogłoby obudzić echa heroicznej epoki muzułmanów. W przeszłości islam dwukrotnie był znakiem, pod którym społeczność Wschodu powstawała zwycięsko przeciwko zachodniemu najeźdźcy […]. Jeśli obecna sytuacja ludzkości miałaby doprowadzić do wojny, islam mógłby zostać wezwany do ponownego odegrania swojej historycznej roli”.

Tych kilka zdań sprzed prawie siedemdziesięciu lat o wiele trafniej moim zdaniem nazywa to, z czym mamy w tej chwili do czynienia na bliskim Wschodzie, niż najbardziej wyrafinowane analizy polityczne. Globalizacja przyniosła niebywały rozkwit Zachodowi. Dzisiaj widzimy stronę kosztów.

Mam wrażenie, że Unia Europejska stoi przed bardzo trudnym wyborem. Może wejść w logikę stanu wyjątkowego, wyprowadzić wojsko na ulice i zawiesić część praw obywatelskich. W ten sposób zbudzimy jednak demony populizmu, ponieważ nie da się za pomocą wojska opanować problemu terroryzmu. Przed lotniskiem w Brukseli stali żołnierze, ale nie pokrzyżowało to planów ataku. Stan wyjątkowy i wojsko na dłuższą metę mogą tylko pokazać swoją nieskuteczność i otworzyć drogę do władzy skrajnej prawicy i populistom.

Jest też alternatywa: Unia Europejska może uciec w prywatny sektor i oddelegować mu kolejną część swoich uprawnień. Jeszcze bardziej poluźnić gorset, który nadaje państwu kształt i wpuścić sektor prywatny w logistyczne oraz technologiczne działania, zarezerwowane do tej pory dla rządu. Obawiam się, że po pewnym czasie wymusi to na państwie bezpośrednie zaangażowanie najemników. Możliwe, że nadchodzi czas najemników, co przenosi nas w okolice wojny trzydziestoletniej. Dzisiejsze relacje między obywatelem, państwem a prywatnym wojownikiem, który teraz przyjmuje postać wielkiej korporacji, mają podobny kształt jak w pierwszej połowie XVII wieku.

Nie widzę trzeciej drogi, aczkolwiek trzeba przyznać, że Europa wielokrotnie wykazywała się niezwykłą odpornością na wyzwania, które – wydawałoby się – muszą ją zmieść politycznie czy cywilizacyjnie z powierzchni ziemi. Należy mieć nadzieję, że tym razem będzie podobnie. Jedno nie ulega wątpliwości – już nie będzie tak, jak było.

***

Zapis wykładu Bartłomieja Sienkiewicza, wygłoszonego 7 kwietnia 2016 roku w ramach seminarium „Kryzys Europy”.