dwutygodnik internetowy
3.12.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Teoria bezwzględności

Trafiłem ostatnio na wywiad Tomasza Sawczuka z Anną Gromadą w Kulturze Liberalnej. I się żachnąłem.

ilustr.: Zuzanna Wicha

ilustr.: Zuzanna Wicha

Rozmowa dotyczy świeżego raportu o nierównościach edukacyjnych w Europie. Raport zacny, wywiad też niezły, serdecznie polecam.

Na początku dyskusji Sawczuk jednak pyta:

– Polska zajęła w nim [rankingu równości edukacji] szóste miejsce na 41 krajów. To chyba dobry wynik?

Choć rozmówczyni próbuje sproblematyzować temat, redaktor Sawczuk powtarza jeszcze dwukrotnie:

– I, powtórzę, mamy w tym rankingu szóste miejsce.

– Przecież miejsce jest dobre, po co komplikować sytuację?

Zapewne nie tylko ja wyczuwam w tym zawziętym powtarzaniu prowokacyjną nutę, więc nie o Sawczuku chciałbym pisać, a o sposobie myślenia, który w pytaniu naśladuje – i który, niestety, jest dość powszechny. Odwoływanie się do naszej pozycji w rankingach to codzienność, czy mówimy o nakładach na naukę, zdrowie, płacach, czy cenach paliw. Nie jest to raczej polska specyfika, a zjawisko typowe dla krajów peryferii i półperyferii, dla których wiecznym punktem odniesienia jest jakieś centrum i jakiś Zachód. Liczymy więc zawzięcie, kiedy dogonimy Europę, w czym przodujemy, jakim procentem niemieckich dochodów dysponujemy i czy prześcignęliśmy już jakiś kraj starej Unii.

Problem pojawia się wtedy, kiedy taka „polityka sportowa” wjedzie za mocno i zaczniemy myśleć tylko o tym, którzy jesteśmy w rankingu, jak nam idą rozgrywki ligowe i czy mamy szanse na baraże. Tracimy wtedy z oczu realne problemy na rzecz miar i wskaźników. Zawężamy sobie horyzonty wyobraźni politycznej, przestajemy zastanawiać się nad tym, jak zbudować świat, w którym nie będzie segregacji w szkołach na ubogich i bogatych, nie będzie bezdomności albo konieczności zadłużenia się na trzydzieści lat, żeby osiągnąć podstawową stabilność życiową. Zamiast tego myślimy o tym, jak utrzymać stopę wzrostu gospodarczego powyżej czterech procent rocznie (a nad tym, co to tak naprawdę znaczy, uwierzcie mi, już od dawna nikt się nie zastanawia).

Wiemy więc, na przykład, że nierówności dochodowe i majątkowe są w Polsce, w porównaniu z Europą, przeciętne. Można uznać, że nie mamy się czym martwić. W rankingu nie plasujemy się najgorzej, są w naszej europejskiej klasie znacznie gorsi uczniowie, którzy na lekcje sprawiedliwości społecznej nigdy nie odrabiają prac domowych. Niech oni się martwią, a my podciągnijmy się z innych przedmiotów. Umyka nam jednak to, że choć może nasza klasa ma opinię najlepszej w szkole, to chodzimy do bardzo słabej szkoły. A celem nie powinna być dobra pozycja, ale opanowanie materiału.

I to idzie nam, jak na razie, bardzo słabo. Kiedy pytają nas na kartkówce, ile osób eksmituje się na bruk każdego roku, ile osób zamarza podczas zimy, ile osób cierpi ubóstwo, umiemy tylko wydukać: „mniej niż w …”.

Tymczasem poprawna odpowiedź powinna brzmieć: zero. I tego najbardziej brakuje mi w dzisiejszych politycznych dyskusjach – jasnego moralnego osądu i bezwzględnego celu. Dla skrajnego ubóstwa, dla niedożywienia, dla bezdomności, dla wielu innych form przemocy systemowej, której ofiar nie sposób policzyć. Jedynym właściwym celem jest bezwzględne zero.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Prof. Tarkowska: Ubóstwo bez miary

Ubodzy są ciałem Chrystusa

Sprawiedliwość dla ubogich