dwutygodnik internetowy
02.06.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni

Państwo kradnie, a beneficjenci świadczeń społecznych to darmozjady. Prosty problem, prosta recepta: obniżyć podatki, zlikwidować prawo pracy i sprowadzić państwo do roli nocnego stróża.

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Wyborczy sukces Janusza Korwin-Mikkego to najbardziej sprawiedliwa cenzurka wystawiona polskiemu szkolnictwu. Ludzie uczeni rozwiązywania testów nie umieją problematyzować rzeczywistości społecznej, z ulgą przyjmują więc proste recepty JKM.

 

Różne są sposoby na leczenie kaca po wyborczym sukcesie Kongresu Nowej Prawicy, gdy – nie ma rady – na drugi dzień z samego rana trzeba dowlec się do studia i odpowiadać na pytania skonsternowanych dziennikarzy. Niektórzy twierdzą, że najlepiej działają liczby. Wiadomo przecież nie od dziś, że niska frekwencja premiuje partie o zdyscyplinowanym elektoracie. Jest to jednak unik. Tegoroczna frekwencja nie różniła się znacząco od naszej eurowyborczej średniej, tymczasem ani w roku 2004, ani tym bardziej w 2009 ugrupowanie Janusza Korwina-Mikke nie zbliżyło się do progu wyborczego. Jak to się stało, że ze stu pięćdziesięciu tysięcy ludzi, którzy oddali swój głos na KNP w wyborach parlamentarnych, zrobiło się ponad pół miliona? Liczymy i liczymy, a głowa boli coraz bardziej.

 

Mądrzejsi podpowiadają, że niezłym środkiem przeciwbólowym jest analiza ruchliwości elektoratu. Wymachują plikiem danych, z których wynika, że na KNP zagłosowało około stu tysięcy ludzi, którzy w 2011 roku poparli Ruch Palikota. O czym miałoby to świadczyć? Na przykład o tym, że – jak pisał Maciej Gdula – partia Korwina-Mikke tymczasowo przejęła elektorat antyestablishmentowy. Wyborcy opuścili jednego Janusza dla drugiego, ale gdy napatrzą się na prawicowy „festiwal pogardy dla cywilizacji” i gdy sam Palikot „przypomni sobie o ludziach, którzy widzieli w nim szansę na zmianę”, oni wrócą do niego jak owce niemające pasterza. Może być, że nadzieja wyrażona przez Gdulę jest niepłonna, jednak w grę wchodzi również bardziej mroczny scenariusz.

 

Gdyby w wyborach do Parlamentu Europejskiego udział wzięli wyłącznie ludzie w przedziale wiekowym 18–25, to Nowa Prawica zajęłaby pierwsze miejsce z prawie 30-procentowym poparciem (w tym przedziale mieści się 43% jej wyborców). Z pozoru przemawia to za stanowiskiem Gduli, bo przecież to właśnie młodzi, którzy trzy lata temu stanowili jedną trzecią wyborców Palikota, są w Polsce główną siłą antyestablishmentową. To zresztą pozwala komentatorom wytłumaczyć przepływ elektoratu od partii skrajnie lewicowej (w bardzo specyficznym tego słowa znaczeniu) do skrajnie prawicowej. Ale przecież jest jeszcze coś, co łączy Korwina-Mikke z Palikotem AD 2011, wziąwszy nawet w nawias lansowany przez niego wówczas podatek liniowy. Chodzi o programowy skrajny indywidualizm.

 

Jednym ze słabiej wyeksplorowanych źródeł sukcesu Nowej Prawicy jest kształt polskiego systemu edukacji. Można wręcz powiedzieć, że sukces ten stanowi najbardziej sprawiedliwą cenzurkę wystawioną naszemu szkolnictwu. Korwin-Mikke nie od dziś wygrywa w cuglach szkolne prawybory, a ostatnio również eurowybory zorganizowane przez Centrum Edukacji Obywatelskiej. Tłumaczy się to młodzieńczą skłonnością do zajmowania radykalnych postaw oraz związaną z brakiem doświadczenia nieumiejętnością problematyzowania rzeczywistości społecznej. Mówi się, że „oni z tego wyrosną”, i faktycznie, zazwyczaj wyrastali. Cóż jednak, jeśli wyrastać przestaną, a partia ich ulubieńca, którego ostatniej obecności w parlamencie nie mogą pamiętać, na dobre wyłoni się z mroków politycznego niebytu?

 

Polskie szkolnictwo kształci ludzi w taki sposób, by uwierzyli, że są kowalami swojego losu, a jak sobie pościelą, tak się wyśpią. Rankingi, na podstawie których jedne szkoły uznajemy za „dobre”, inne zaś za „złe” – jak twierdzi prof. Tomasz Szkudlarek – „służą nie tyle rzeczywistej ocenie jakości pracy szkoły, ile jej identyfikacji klasowej”. „Dobre” szkoły to po prostu te, które wygrywają rywalizację o uczniów pochodzących z rodzin o najwyższym kapitale kulturowym. Chcąc nie chcąc, „złe” szkoły obiecują swoim uczniom dokładnie to samo co „dobre”, lecz w przeciwieństwie do tamtych nie mogą swoich obietnic dochować. Uczniowie „dobrych” szkół wierzą Korwinowi-Mikke, ponieważ swój los mają w swoich rękach (i sądzą, że dotyczy to wszystkich), a uczniowie „złych” – ponieważ chcieliby go wziąć w swoje ręce, a nie mogą.

 

Zresztą sami uczniowie również rywalizują między sobą – o najlepsze wyniki w wystandaryzowanych testach. Tresura pod klucz uczy ich „wszystko widzieć osobno” i za każdym pytaniem domyślać się jednej prawdziwej odpowiedzi. To właśnie Korwin-Mikke żeruje na wykształconej w procesie edukacji niezdolności do spostrzegania skomplikowanych związków między różnymi aspektami rzeczywistości społecznej, oferując swoim wyznawcom same prawdziwe odpowiedzi: państwo kradnie, rządzą nim komuchy, a beneficjenci świadczeń społecznych to uzależnione od socjalu darmozjady. Prosty problem, prosta recepta: obniżyć podatki, zlikwidować prawo pracy i sprowadzić państwo do roli nocnego stróża. Trudna sytuacja drobnych przedsiębiorców – rodziców wielu uczniów i ich samych za kilka lat – tylko ten przekaz uwiarygodnia. Tak oto prymitywna koncepcja wolności w wydaniu KNP spotyka się z lansowaną przez publiczne szkoły zindywidualizowaną wizją sukcesu.

 

Nie licząc Mariusza Maksa Kolonko, jeden Korwin-Mikke „mówi, jak jest”. Mało tego, czyni to za pośrednictwem mediów społecznościowych, „masakrując” kolejnych lewaków w atmosferze radości ekspresyjnie manifestowanej przez lajkującą gawiedź. Tu również utrafił w dziesiątkę. Skrojona pod egzaminy testowe edukacja nie pomaga raczej krytycznie analizować wiarygodności komunikatów, które na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie logicznie spójnych. Rok temu profil Korwina-Mikke na Facebooku subskrybowało około stu tysięcy ludzi. Dziś, po eurowyborczym sukcesie, liczba subskrybentów zbliża się do czterystu tysięcy. Śmiejemy się z tego, bo połowa facebookowych fanów lidera KNP wciąż uczy się w gimnazjum? Niesłusznie. Za kilka lat wejdą oni w dorosłość i zorganizują sobie taką osiemnastkę, po której możemy się obudzić z jeszcze większym kacem.

 

Tekst jest publicystycznym rozwinięciem postu opublikowanego przez autora na Facebooku w dniu wyborów. Pierwotnie ukazał się w Magazynie Świątecznym 30.05.2014.



Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.