dwutygodnik internetowy
24.11.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

“Telegaz”

Bąkowskiemu tymczasem nie zależy na odkrywaniu czy głębi. Wystarczy mu czysto powierzchowny, beznamiętny opis tego co widzi za oknem lub w galerii handlowej. To oswajanie przez nazywanie.

foto: IV Międzynarodowy Festiwal Sztuki Efemerycznej w Sokołowsku - Konteksty 2014

„Telegaz” po rozpyleniu wywołuje z jednej strony nerwowość, poczucie nieokreślonego zagrożenia, stres, a z drugiej – kompletną alienację. To jasne od samego początku, już otwierający album utwór „Zasypianie z nerwów” zapowiada trudną, ale ciekawą przeprawę.

Co ma zrobić artysta żyjący na prowincji? Z jednej strony może trwać i tworzyć, tam gdzie się urodził. Czasem może mieć to szczęście, że trafi mu się nawet lokalna scena, żywa i twórcza na tyle, by dać odpór sile przyciągania centrum. To historia takich miast, jak Sheffield czy Bristol, boksujących zawsze powyżej swojej wagi. W latach 80. w socjalistycznym Sheffield, jakby w opozycji do londyńskiej sceny punkowej, narodziły się przecież gwiazdy, takie jak The Human League czy Vice Versa, którzy już jako ABC podbili listy przebojów albumem „The Lexicon of Love”. Dziś w niedużym Bristolu kolektyw Young Echo rozsadza scenę klubową od środka. Ich kolektywny set DJ-ski podczas tegorocznej edycji Unsoundu był jednym z najmocniejszych punktów festiwalu, podobnie zresztą jak solowy występ Vessela, jednego z dziesięciu członków młodego kolektywu.

 

Jakkolwiek romantyczna byłaby ta wizja niewielkich miejscowych scen o silnej artystycznej tożsamości, więcej jest w niej mitu i naiwnych chęci niż rzeczywistych możliwości. Smutna prawda jest taka, że w konkurencji z kulturalnymi centrami, peryferia nie mają szans. Niedawno Lubomir Grzelak, który nagrywa jako Lutto Lento, opowiedział mi, jak przestał organizować koncerty muzyki alternatywnej we Wrocławiu. Po zamknięciu Falanstra i squatu Centrum Reanimacji Kultury po prostu nie miał gdzie tego robić. Tymczasem „w Warszawie, gdy zamyka się jedno miejsce, otwierają się trzy nowe” .- mówił Lubomir. Dlatego też w końcu zdecydował się na przeprowadzkę, tak samo zresztą jak wielu jego znajomych.

 

Ostatnio do tego grona dołączył Wojciech Bąkowski, artysta wizualny, performer i muzyk, najbardziej znany chyba z Niwei, wspólnego projektu z producentem Dawidem Szczęsnym. Jego najnowszy album nie ma jednak nic wspólnego ani z quasi-hip-hopową Niweą, ani z mrocznym spoken wordem z solowego „Kształtu”. „Telegaz”, wydany nakładem DUNNO, obiecującej wytwórni prowadzonej przez Lubomira Grzelaka i Filipa Lecha, jest absolutnie wyjątkowym zapisem pierwszych dni spędzonych w Warszawie, rodzajem psychogeograficznej eksploracji nowego otoczenia i ostrożną próbą oswojenia go.

Nie jest to łatwe, bo i same emocje łączące się z nieznanym miejscem są nieprzyjemne. „Telegaz” po rozpyleniu wywołuje z jednej strony nerwowość, poczucie nieokreślonego zagrożenia, stres, a z drugiej – kompletną alienację. To jasne od samego początku, już otwierający album utwór „Zasypianie z nerwów” zapowiada trudną, ale ciekawą przeprawę. Instrumentalna miniatura złożona ze strzępów saksofonu, nieskoordynowanych uderzeń perkusji, tanich klawiszy, odgłosów telefonicznego dzwonka i ptasich śpiewów niepokoi jak pukanie do drzwi o piątej nad ranem. W świecie Bąkowskiego nawet muzak brzmi mrocznie. Usłyszana w Arkadii bądź w innym centrum handlowym wesoła i miałka brzmieniowa tapeta zmienia się w ścieżkę dźwiękową z horroru o inwazji zombie („Ruchome schody”). Wszystko za pomocą kilku prostych, ale efektywnych narzędzi: radykalnego rozmieszczenia brzmień w panoramie stereo czy kilku sugestywnych dźwięków, na przykład wszechobecnych odgłosów wibracji telefonów, wrzuconych tu i tam. Paleta brzmień może i jest ograniczona, ale ta oszczędność jest przekonująca i sugestywna.

Warstwa dźwiękowa służy jako tło dla psychogeograficznych eksploracji Bąkowskiego, który na bazie nowych widoków i wrażeń na bieżąco tworzy swoją własną mapę Warszawy. Dziwna jednak ta psychogeografia, jakby odwrócona. W końcu sytuacjonistom – to nie oni wymyślili to pojęcie, ale i tak są z nim najczęściej kojarzeni – chodziło o odkrywanie miasta na nowo, „odbanalizowanie” go, choćby przez ukazanie jego ezoterycznego oblicza dostępnego wtajemniczonym. Na scenie muzycznej tą strategią posługuje się psychodeliczno-ezoteryczny English Heretic. Na albumie „Anti-Heroes” przedstawił wywrotową wariację na temat brytyjskich „niebieskich tabliczek” upamiętniających relację miejsc z ważnymi osobami czy wydarzeniami. Heretic przeciwstawił im własne „czarne tabliczki” łączące lokalizacje na przedmieściach Londynu z wyimaginowanymi psychopatami – jednym z nich był Robert Vaughan, jeden z bohaterów „Kraksy” J.G. Ballarda.

 

Bąkowskiemu tymczasem nie zależy na odkrywaniu czy głębi. Wystarczy mu czysto powierzchowny, beznamiętny opis tego co widzi za oknem lub w galerii handlowej. To oswajanie przez nazywanie. „Szkło, stal, polipropylen/ Cropp, HM, Leroy Merlin” – wylicza w „Ruchomych schodach”. A jednak ta strategia nie wydaje się sprawdzać, bo czasem z tego całego banału i tak wychyla się coś niebezpiecznego. Wśród domowych rekwizytów nagle pojawia się jakiś tajemniczy „telegaz”, który przywołuje na myśl halucynacje Maxa Renna z „Wideodromu”.

 

Obowiązkowa płyta dla wszystkich wyobcowanych mieszczuchów.

 

„Telegaz” Wojciecha Bąkowskiego ukaże się nakładem wytwórni DUNNO 8 grudnia 2014 roku

 

  • asdadsa

    to te plyte juz mozna kupic? gdzie?