dwutygodnik internetowy
18.04.2016
magazyn papierowy


Teatr 21. Parę myśli o spotkaniach

Misja Teatru ma podwójny zwrot: pozwala wykluczonym znaleźć swoje miejsce, ale i uprzywilejowanym spojrzeć na świat ich oczami.

fot. Bartłomiej Trzeszkowski

fot. Bartłomiej Trzeszkowski

Scenę Instytutu Teatralnego zalewa światło. Za złotą kurtyną majaczą sylwetki aktorów. Rytmiczne bicie bębnów wzmaga uderzenia serca. Wszystko błyszczy i migoce: zaraz zacznie się show. Wbiegają kolejno, w strojach bogaczy z różnych epok. – Co kupisz za swoją pierwszą stówę? – pyta mistrzyni ceremonii, reżyserka Justyna Sobczyk, ubrana w marynarkę o, a jakże, złotych naramiennikach. Padają różne odpowiedzi. Skuter. Laptopa. Zegarek. Pojadę na wycieczkę. Słowem – zdobędę wszystko to, co pozostaje poza moim zasięgiem.

Nie chodzi tu wcale o finanse, a przynajmniej nie tylko. Teatr 21 jest tworzony przez osoby z zespołem Downa, a także z autyzmem. Nazwa pochodzi od dwudziestej pierwszej pary chromosomów, tej, do której dokleja się nadmiarowy, powodując mutację. Spektakl, o którym mowa, „Upadki”, to kolejna sztuka z serii poświęconej sytuacji społecznej ludzi zepchniętych na margines z powodu swojej inności. Motywem przewodnim jest tu pieniądz, podobnie jak w „Statku miłości” potrzeba kochania i bycia kochanym, a w „Klaunach” problematyka życia rodzinnego. Teatr 21 zalicza się do tak zwanych teatrów inkluzywnych, to znaczy włączających – angażujących tych, którzy z powodu swoich niepełnosprawności zostali wykluczeni z normalnej aktywności w społeczeństwie.

Pieniądze to nie wszystko

Początkowo zarabiał tylko, dobrze znany z roli Maćka w serialu „Klan”, Piotr Swend, dostający gażę za grę w telewizji. Potem pojawił się pomysł, by za pracę w teatrze wynagrodzenie otrzymywali także inni aktorzy. „Pierwsza stówa” istniała więc również poza scenariuszem. W „Upadkach” urosła do metafory materialnego uzależnienia ludzi z zespołem Downa, ich braku samowystarczalności, który oczywiście nie jest całkowicie przezwyciężalny, ale też nie podlega zwykle namysłowi. Podczas spektaklu pada na przykład pytanie: „Kto z Państwa udzieli nam kredytu?”. Wbrew temu, że odpowiedź wydaje się oczywista (nikt nie zdobył się na podniesienie ręki), dopiero takie przerysowanie sprawy pozwala zrozumieć, w jak różnych znajdujemy się sytuacjach. To, co dla nas oczywiste – osobowość prawna, społeczna, obywatelskie swobody, mniejsze lub większe perspektywy rozwoju – staje się niedostępne. Inkluzywność teatru ma więc podwójny zwrot: pozwala wykluczonym znaleźć swoje miejsce, ale i uprzywilejowanym spojrzeć na świat ich oczami.

Sponsorem „Upadków” jest Narodowy Bank Polski. Chwalebne więc (dla obu stron), że Justynie Sobczyk udało się zrobić spektakl o tym, iż pieniądz nie jest w życiu najważniejszy. Poznajemy historię wyrażającą przekonanie, że wszystkie niedostatki potrafi wypełnić miłość, bez której wypchany trzos niewiele jest wart. Przesłanie to mogłoby się wydawać przesłodzone i banalne, gdyby nie gorycz kontekstu. Wszystko, co dla nas w kulturze pod względem instytucjonalnym wydarza się „naprawdę” – śluby, transakcje handlowe, kariera zawodowa – dla ludzi z zespołem Downa musi dziać się niejako „na niby”, w teatrze. Są oni co więcej świadomi pewnej sztuczności świata, w którym żyją, i to wrażenie potrafią przenosić na poczucie własnej wartości. Najboleśniejszym momentem spektaklu, mogącym łatwo wywołać wyrzuty sumienia, było stwierdzenie jednego z aktorów, że „ludzie mogą zarabiać, a oni nie”. „A ci z zespołem Downa to nie ludzie?”, zapytała Justyna Sobczyk. „Czasem tak, czasem nie”, usłyszała w odpowiedzi.

Wsłuchać się w głos innych

Przesłanie „Upadków” jest tym mniej banalne, że czułość, wrażliwość i szczerość, których doświadcza się ze strony ludzi z zespołem Downa, rzeczywiście stanowią tę największą wartość, coś, czego my moglibyśmy im często tylko pozazdrościć. Wielu pełnosprawnych współpracowników Teatru 21 zaznacza, że zaczynali tę przygodę z zupełnie niewłaściwymi wyobrażeniami – lękiem, że nie zostaną zrozumiani, że świat, w który wchodzą, okaże się obcy. Tymczasem kontakt z aktorami jest bezpośredni, a podczas prób wykazują się niezwykłą koncentracją. Mają do tego, co robią, poważny stosunek. Dla wielu z nich praca w teatrze jest nauką myślenia zespołowego – choćby dostrzegania, że należy odłożyć to, czego się akurat w danej chwili chce, ze względu na wspólny cel.

Zespołowość ma wielkie znaczenie dla misji teatru. Choć Justyna Sobczyk oraz Justyna Lipko-Konieczna są głównymi autorkami ram scenariusza, w istotnej mierze powstaje on wspólnie. Jest efektem rozmów z aktorami, którzy chcą wyrazić to, co dla nich ważne. Nie ma też, oczywiście, formy skostniałego tekstu, lecz pozwala na pewną improwizację, swobodę wypowiedzi. Kierunek rozwoju spektaklu wypływa z aktualnych potrzeb. Tak na przykład pomysł na formę „odcinkową” (po tytule dopisywany jest numer części, ponieważ kolejne sztuki tworzą pewną całość) wzięła się stąd, że Piotr Swend grał w serialu, a pozostali członkowie zespołu zdecydowali, że chcą ideę historii w kolejnych odsłonach przenieść do swojej twórczości.

fot. Bartłomiej Trzeszkowski

fot. Bartłomiej Trzeszkowski

Magia teatru

Mamy do czynienia ze wspólnotą w pełnym słowa tego znaczeniu – z ludźmi, których łączą wspólna historia, więzi, problemy i zadania. Wszystkie korzyści psychiczne, które płyną dla aktorów z pracy w tym teatrze, mają jednak, mimo wszystko, znaczenie poboczne. – Nie chodzi tu o artterapię – mówi Katarzyna Pawłowska, producentka “Upadków” i koordynatorka projektów edukacyjnych zespołu. – Naszym głównym celem jest po prostu działalność artystyczna, tak profesjonalna, jak to możliwe. Nasz teatr jest pod pewnymi względami inny, ale prawdziwy: skupiamy się zwyczajnie na przygotowaniu spektaklu. Oczywiście walorom terapeutycznym trudno zaprzeczyć i bywa, że widać je bardzo wyraźnie. Jeden z naszych aktorów, zanim zaczął teatralną przygodę, właściwie nie mówił. Przebywanie z ludźmi o podobnych problemach, współpraca, ćwiczenie tekstu – wszystko to w jakiś sposób go otworzyło. Na tyle, że i poza sceną zaczął wypowiadać pierwsze, zrozumiałe zdania.

– Ludzie zauważają, co się dzieje dzięki teatrowi, i dlatego często słyszymy pytania, czy można do nas dołączyć – mówi dalej Pawłowska. – Niestety nasza drużyna jest co do zasady zamknięta. Motywujemy to głównie tym, że tworzą ją ludzie już w jakiś sposób ze sobą związani, co w tym wypadku ma niebagatelne znaczenie. O Teatrze 21 zaczęło być głośno niedawno, ale działa od kilkunastu lat i wśród aktorów wielu jest takich, którzy grają w nim niemal od początku. Trudno wprowadzać w prawie rodzinny świat nowe postaci. Samo to zainteresowanie świadczy jednak o tym, jak bardzo takie przedsięwzięcia są potrzebne i oczekiwane. 21 nie jest zresztą jedynym teatrem inkluzywnym w Polsce; ma może najdłuższy staż i z jakichś przyczyn cieszy się największą uwagą mediów.

Przesuwać granice

Uwaga ta zdecydowanie nie jest czymś przypadkowym, ponieważ oprócz misji Teatr 21 posiada też konkretne osiągnięcia i wciąż poszerza pole swojej działalności. Zespół wyjeżdża nawet na zagraniczne festiwale, między innymi do Niemiec czy Czech. Wyjazdy takie są zawsze okazją, by aktorzy mogli uzyskać odrobinę więcej swobody niż na co dzień. – Jest dla nas bardzo ważne, by nie traktować ich protekcjonalnie – zaznacza Katarzyna Pawłowska. – To oczywiste, że wymagają opieki, ale ostatecznie to też są dorośli ludzie. Nie widzę powodu, by odmawiać im prawa do paru łyków alkoholu czy chwili samotności. Trzeba uważać, żeby troska nie zmieniła się w niewolę. Wiem, że takie wyjazdy pomagają również nabrać dystansu rodzicom, którzy widzą, że ich dzieci mają swoje własne życie: przyjaźnie, sukcesy, nadzieje. Dostrzegają w ten sposób, że ich wieloletni, często heroiczny, wysiłek nie poszedł na marne.

Działalność Teatru 21 jest niezwykle intensywna, stale pojawiają się nowe inicjatywy. Oprócz wspomnianych już tu tytułów zespół przygotowuje właśnie akcję performatywną „Pesach”, która odbędzie się w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN i przypomni historię przejścia Narodu Wybranego przez Morze Czerwone. Przyjmie ona formę spaceru korytarzami gmachu, a przewodnikami będą właśnie aktorzy. W tym niecodziennym wydarzeniu można będzie uczestniczyć 26 kwietnia o 19.00 oraz 27 i 28 kwietnia o 20.15. Co więcej, twórcy Teatru 21 wraz z aktorami prowadzą teraz w Instytucie Teatralnym jedyne w swoim rodzaju comiesięczne warsztaty dla dzieci. Ich celem jest nie tylko rozwój artystyczny, ale także burzenie murów i zacieranie granic – oswajanie z innością, udowadnianie, że świat osób z zespołem Downa wcale nie jest smutny czy straszny. Wręcz przeciwnie: jest to rzeczywistość niezafałszowanych uczuć i prawdziwego, bezinteresownego kontaktu. Taka pedagogika teatru, wpisująca się w główną misję zespołu 21, ma przecierać nowe szlaki do innej, przygarniającej wszystkich sztuki. Pierwsze zajęcia już się odbyły, ale zainteresowani wciąż mają szansę zapisać swoje pociechy na następne.

O budowaniu dróg

Ostatnie wystawienie „Upadków” połączone było z promocją albumowej książki pod tytułem „21 myśli o teatrze”. Fotografie Grzegorza Pressa stanowią artystyczną dokumentację tego, co wydarza się podczas prób i spektakli, a towarzyszą im wprowadzający tekst Justyny Lipko-Koniecznej i Eweliny Godlewskiej-Byliniak oraz, co najważniejsze, przemyślenia samych aktorów. Z zebranych cytatów można wnioskować, że teatr jest dla nich nie tylko wyzwaniem i sposobem na wyrażanie siebie, ale przede wszystkim miejscem, w którym doświadczają przyjaźni. Rozmowa wokół książki, która odbyła się po spektaklu, potwierdza te intuicje. Opowieść aktorów koncentrowała się na wspólnych doświadczeniach, na tym, co razem przeżyli.

Można by pomyśleć, że Justynie Sobczyk przyświeca odpowiednio rozumiane hasło „Teatr mój widzę ogromny”, ale jednocześnie nie ma w tym imperialnych dążeń. – Chyba trzeba pogodzić się z tym, że tak to już zostanie i nigdy nie będziemy w centrum – powiedziała na podsumowanie  promocyjnego spotkania. – Pytanie, czy rzeczywiście trzeba się tam pchać. Możemy mieć swoje miejsce na uboczu. Ważne, aby budować drogi, które pozwolą wszystkim bez trudu do nas z tego centrum dotrzeć.

I w tym tkwi zapewne sedno sprawy. Mówienie o pełnoprawności sztuki osób niepełnosprawnych, jak to zostało trafnie ujęte w nazwie któregoś z teatralnych projektów, jest konieczne, by do tych dróg dokładać kolejne kostki bruku. Jedna z dwudziestu jeden myśli brzmi: „Aktor przychodzi do teatru i widz przychodzi do teatru”. Trzeba zabiegać o to, by te teatralne spotkania były łatwo dostępne. Zawsze bowiem powracamy z nich odmienieni.

***

Wszelkie szczegółowe informacje na temat książki, warsztatów oraz samej historii i działalności teatru można znaleźć na stronie www.teatr21.pl .