dwutygodnik internetowy
22.08.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Tam i teraz. Widokówka z Grecji

Kryzys migracyjny od dłuższego czasu przestał stanowić problem, który trafia na pierwsze strony gazet. Nie zmienia to faktu, że niektórym wolontariuszom, z którymi współpracowałyśmy podczas naszego pobytu w Salonikach, towarzyszy poczucie, że są częścią wydarzenia, o którym za dwadzieścia lat dzieci będą się uczyć w szkole.

Po zlikwidowaniu obozu w Idomeni, w którym przebywało do maja około piętnastu tysięcy uchodźców, utworzonych zostało kilkanaście innych, mniejszych, wokół Salonik. Trudno określić, ile ich dokładnie jest i ile osób w nich mieszka. Część uchodźców stara się przedostać przez granicę z pomocą przemytników i fałszywych dokumentów. Liczba samych obozów również jest dynamiczna: podczas naszego pobytu z jednego z obozów wymaszerowało około czterystu Jazydów. Na facebookowych konwersacjach wolontariuszy pojawiły się apele o pomoc ludziom, którzy siedzą na środku pola, bez jedzenia, bez środków higienicznych i bez wiedzy o tym, co stanie się z nimi dalej. Dzień później został dla nich utworzony osobny obóz, w okolicy Serres, około stu kilometrów od Salonik. Po raz kolejny w przeciągu kilku miesięcy przeniesieni zostali do innych namiotów w środku niczego.

Protest przeciwko nieludzkim warunkom życiowymi w obozie Softex (fot. Erika Rudash)

Protest przeciwko nieludzkim warunkom życiowymi w obozie Softex (fot. Erika Rudash)

Sytuacja ilustruje jeden z podstawowych problemów wynikających z zamykania na niewielkiej przestrzeni, bez jakichkolwiek możliwości pracy, nauki czy zabawy, osób o różnym pochodzeniu narodowościowym, etnicznym czy religijnym. Nie pomaga chaos panujący w relacjach między armią, policją, rządem i organizacjami pozarządowymi. Brakuje jedzenia, bo posiłki, które uchodźcy otrzymują od armii, są niewystarczające: większość dzieci, które stanowią najliczniejszą grupę w obozach, jest niedożywiona, a karmiące kobiety tracą mleko. Brakuje podstawowych środków czystości, pomocy medycznej. W upalnej Grecji doskwiera niedobór zimnej wody, która pomogłaby przetrwać lato. Nie wspominając nawet o tym, że brakuje książek, zabawek i materiałów do nauki.

Obóz dla uchodźców w Serres, Grecja. (fot. Erika Rudash)

Obóz dla uchodźców w Serres, Grecja. (fot. Erika Rudash)

My friend, my friend

Jednym z obozów, które odwiedziłyśmy, był Softex – położony około dziesięciu kilometrów od centrum Salonik. Softex jest obozem kierowanym przez wojsko, dlatego trudno się tam dostać, nawet ciężarówkom rządowym. Mieszka w nim około tysiąca ośmiuset osób. Pojechaliśmy tam dostarczyć jedzenie – gdy po posiłkach przygotowywanych przez wojsko duża część obozu się pochorowała (znajdowanie w jedzeniu robaków nie należy do rzadkości), wybuchł strajk głodowy, uchodźcy przyjmowali jedzenie tylko od wolontariuszy. Pertraktacje z wojskiem i dystrybucja jedzenia trwała kilka godzin, podczas których my bawiłyśmy się z dzieciakami. Nauczyłyśmy je grać w anse kabanse (później w innym obozie okazało się, że niektóre dzieci znają tę grę z niemal identyczną przyśpiewką), obejrzałyśmy pięćdziesiąt razy tę samą sztuczkę magiczną ze znikającym kamykiem (podłoże Softexu wysypane jest żwirem, kamienie są chyba najpopularniejszymi zabawkami) i trochę rozmawiałyśmy. Dzieci często mówią po angielsku lepiej od dorosłych, wiele z nich nauczyło się języka w ciągu kilku miesięcy pobytu w Grecji. Ci, którzy mówią gorzej, i tak umieją powiedzieć kilka podstawowych rzeczy: swoje imię, wiek, pokazać na siebie palcem i powiedzieć „Me, Idomeni, 5 months, here 3 months” oraz zaśpiewać „no food, no water, open the borders”. Albo pokazać na mężczyzn przepychających się w kolejkach i powiedzieć „crazy”.

Potem się ściemnia, więc siadamy w kółku na kocu. Jeden chłopiec znika – myślimy, że poszedł zjeść, w końcu nie jedli nic lub prawie nic od dwóch dni. Po chwili wraca z dwoma paczuszkami orzechów, które nam podaje. Próby odmowy zdają się na nic. Jak wytłumaczyć, że my nie chodzimy głodne, że jesteśmy tu tylko na chwilę i za kilka dni wrócimy do Warszawy, do rodziny, do normalnego życia, a to oni muszą się martwić o to, co jutro włożą do ust? „My friend, my friend, for you”.

W dniu, w którym wyjechałyśmy, w ósmym dniu strajku głodowego, część uchodźców wyszła z Softexu i przemaszerowała do centrum miasta, by zaprotestować. Zmieniony został dostawca pożywienia i ludzie w Softexie znów jedzą.

Pakowanie rzeczy do dystrybucji w obozach (fot. Erika Rudash)

Pakowanie rzeczy do dystrybucji w obozach (fot. Erika Rudash)

Niewidoczny park

W centrum miasta, tuż za stacją kolejową, znajduje się niewielki park, plac zabaw i boisko do koszykówki. Płot otaczający teren jest ozdobiony kilkoma wypranymi koszulkami, na niewielkich zacienionych skrawkach rozłożone są koce. Afgańskim uchodźcom, którzy wolą czekać w parku na przemytników, niż liczyć na wątpliwe przeniesienie z obozów, nie pozwala się rozkładać namiotów. Raz na kilka dni pojawia się policja, która rozpędza grupę. Z trzystu osób, które spotkałyśmy tam w pierwszych dniach naszego pobytu, pod koniec zostało około sześćdziesięciu. Nikt nie wie, gdzie jest reszta. Czy udało im się przekroczyć granicę? Czy zostali w obozach? Czy przemytnicy wozili ich kilkanaście godzin wokół miasta, aby wysadzić ich w środku pola, mówiąc: idźcie tędy, znajdziecie drogę, jesteśmy w Niemczech?

Tak jak obozy, zlokalizowane od kilku do kilkudziesięciu kilometrów poza miastem, park położony tuż przy stacji jest niewidoczny. Chociaż odwiedzają go również greckie rodziny, zachowana zostaje niewidzialna granica dzieląca go na połowę obsadzoną afgańskimi rodzinami na kocach i tę, na której Grecy (często również przybysze sprzed lat, na przykład z Gruzji) grają w gry czy odmawiają różaniec. Poza wolontariuszami nikogo nie interesują historie o Afganistanie, o marszu z Iranu do Europy, o tym, że ojciec rodziny, która od ponad miesiąca koczuje tutaj pod drzewem, pracował jako kierowca dla Amerykanów i to dlatego życie jego i jego rodziny stało się tak niebezpieczne, że zmuszeni byli uciekać. Uchodźcy mogą liczyć albo na wrogość, albo na obojętność. I póki co na wolontariuszy, ale ilu z nich zostanie? Kto będzie dostarczał ten jeden ciepły posiłek dziennie, kiedy skończą się wakacje i mało kto będzie mógł i chciał pojechać im pomagać? I czy będzie z czego gotować, skoro datki na jedzenie zależne są tylko od dobrej woli dawców? Kiedy wyjeżdżałyśmy w poniedziałek, wiadomo było, że jedzenia starczy do wtorku.

Park w centrum Salonik, w którym mieszka część uchodźców (fot. Erika Rudash)

Park w centrum Salonik, w którym mieszka część uchodźców (fot. Erika Rudash)

Problem skali

Osoby, które poznałyśmy, będące na miejscu i od ponad roku próbujące w miarę swoich możliwości uczynić sytuację uchodźców bardziej znośną, oceniają, że potrwa ona jeszcze kilka lat. Nikt nie jest i nie będzie w stanie policzyć, ile osób zginęło po drodze, ile dzieci porwano, ilu spośród uchodźców zostało i zostanie zabitych przez przemytników. Niemożliwa do utrzymania wydaje się sytuacja, w której uchodźcy tkwią teraz – a zarazem trwa ona już od miesięcy. Rozmowy między wolontariuszami często w tym punkcie się urywają i po chwili wraca się do bieżących tematów dotyczących tego, kto i gdzie następnego dnia może coś dostarczyć, coś załatwić, komuś pomóc. Każdy przyjeżdża na jakiś czas, zostaje wciągnięty w machinę reagowania na bieżące mikrokryzysy, niedobory, zajęty czy to sortowaniem ubrań, przysłanych w darze z Wielkiej Brytanii, czy to dystrybucją posiłków, czy po prostu zabawą z dzieciakami. Wszyscy znają nadrzędną zasadę „nie myśl w większej perspektywie”, inaczej przytłoczy cię fakt, że cokolwiek możesz zrobić, będzie to i tak tylko doraźna pomoc dla części ludzi w jednym z obozów w jednym z państw.

Płonący pociąg w pobliżu Softexu, podpalony przez grupę mężczyzn wyrzuconych z obozu (fot. Erika Rudash)

Płonący pociąg w pobliżu Softexu, podpalony przez grupę mężczyzn wyrzuconych z obozu (fot. Erika Rudash)

Tymczasem w trzydziestopięciostopniowym upale, w namiotach lub na kocach, dosłownie pośrodku niczego, rośnie całe pokolenie odarte z możliwości chodzenia do szkoły, z poczucia bezpieczeństwa, z domu. Dumna z osiągnięć w zakresie ochrony praw człowieka, Europa przymyka oczy na warunki, w których mieszkają tysiące dzieci i dorosłych. Absurd globalnej wioski, w której uchodźcy pozostają niewygodnym obrazkiem do usunięcia sprzed wzroku turystów. I właśnie to, że uchodźcy przykryci są ogromną peleryną niewidką, ich obecność nawet w centrum miasta pozostaje niezauważana, a większość społeczeństw żywi w stosunku do nich obojętność lub wrogość, sprawia, że paradoksalnie wiara w to, że mamy do czynienia z wydarzeniem, o którym za dwadzieścia lat dzieci będą się uczyć w szkołach, wydaje mi się nadmiernie optymistyczna.

 

Redakcja „Kontaktu” zachęca do wsparcia zbiórki publicznej w serwisie pomagam.pl na rzecz uchodźców z obozu w Salonikach, zainicjowanej m.in. przez autorki tekstu. 

***

Autorki tekstu dziękują Erice Rudash za zgodę na wykorzystanie robionych przez nią zdjęć.