dwutygodnik internetowy
23.04.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

“Tak dla Jezusa, nie dla Kościoła”

„Forget the church, follow Jesus” – głosi napis na okładce Newsweeka, która przedstawia Jezusa na jednej z wielkich ulic. Chociaż nosi koronę cierniową, wygląda jak chłopak z sąsiedztwa: jak ktoś, kto kupuje w tym samym sklepie i ogląda te same programy telewizyjne. Ktoś, kogo dobrze znamy, bo jest taki sam jak my. Nie jest to […]

ilustr. Hanna Owsińska

„Forget the church, follow Jesus” – głosi napis na okładce Newsweeka, która przedstawia Jezusa na jednej z wielkich ulic. Chociaż nosi koronę cierniową, wygląda jak chłopak z sąsiedztwa: jak ktoś, kto kupuje w tym samym sklepie i ogląda te same programy telewizyjne. Ktoś, kogo dobrze znamy, bo jest taki sam jak my. Nie jest to tylko prowokacja – artykuł przedstawia pewien trend, który coraz silniej zaznacza się w Stanach Zjednoczonych: odwrót od organizacji kościelnych, przy jednocześnie głębokiej wierze. W całym świecie zachodnim uczestnictwo w instytucjach religijnych maleje, a wraz z nim spada zaufanie do zorganizowanych religii. Przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele. Jedną z nich, wspominaną w artykule Andrew Sullivana z Newsweeka, jest brak pomocnych i koherentnych odpowiedzi na kryzys finansowy i rosnące nierówności społeczne. Wierni potrzebują nie tylko wsparcia w wierze, ale także nadziei na poprawę swojego ziemskiego losu. Kiedy jednak porady o tym, jak żyć skromnie, słyszą od duchowych przewodników, dla których wiązanie końca z końcem nie jest żadnym problemem, czują się oszukani. Łatwo orzec, że sami wierni stali się konsumentami usług religijnych i chcą, aby to religia dostosowała się do nich, a nie odwrotnie, stając się odpowiedzialnymi za kryzys chrześcijaństwa. Jest w tym wiele prawdy, lecz problem leży także po stronie Kościołów i ich odpowiedzi na sytuację, w której znalazł się współczesny człowiek.

 

Od ascezy do ewangelii dobrobytu
O tym, że religia oraz moralne wymagania, jakie stawia wiernym, może wpływać na kształt społeczeństwa i gospodarki, przekonał nas Max Weber, opisując przemożny wpływ etyki protestanckiej i płynącej zeń ascezy na rozwój kapitalizmu. Był to wówczas system funkcjonujący w sytuacji względnego niedostatku – rzadko przeplatany okresami dobrobytu. Asceza, akumulacja, racjonalizacja pracy oraz uczynienie z lenistwa oraz obnoszenia się bogactwem głównych wrogów zacnego życia, mogły zapewnić stabilność. Problem w tym, że nawet najbardziej religijnie umotywowane bogacenie się prowadzi do zeświecczenia. Bogacące się i rozwijające społeczeństwo powoli zastępowało religijne uzasadnienia racjonalną logiką. W epoce relatywnego dobrobytu, w erze kredytu i konsumpcji asceza i akumulacja wydają się zbędne.

W nowym kapitalizmie religia stała się jedną z wielu sfer życia, z którymi musi konkurować. Także dlatego trudno odnaleźć się Kościołom chrześcijańskim w obecnym kryzysie: brakuje im spójnej oceny obecnej sytuacji. Wydaje się, że rolę wspierania zwykłych obywateli spełniają coraz częściej rozmaite ruchy społeczne, dzięki którym można wyrazić swoje rozczarowanie, gniew i frustrację. Niektórzy socjologowie religii upatrują problemu w fakcie, że na Zachodzie religia stała się częścią rynku i wdrożyła w jego mechanizmy, co przejawia się między innymi w istnieniu rynku religijnego, złagodzeniem reguł w niektórych Kościołach czy zastosowaniem technik marketingowych w promocji wartości religijnych.

 

Spójrzmy na Kościół anglikański i jego reakcje na ruch Occupy London. Przed katedrą Św. Pawła w Londynie protestujący wznieśli miasteczko namiotowe, co podzieliło nie tylko władze katedry, ale także hierarchów Kościoła w ogóle, spośród których wielu podniosło głos, że Kościół anglikański stał się zbyt „średnioklasowy” i nie słyszy głosu potrzebujących. Przymusowa likwidacja miasteczka pod katedrą (przy aprobacie władz kościelnych) uważana była przez licznych komentatorów za błąd instytucji, która przedłożyła komfort i relacje inwestorskie nad dialog z ludźmi. Chociaż niektórzy przedstawiciele Kościoła podjęli dialog, jak np. biskup Richard Chartres, usunięcie protestujących spod katedry dzięki dość brutalnej akcji policji odbiło się na wizerunku Kościoła w mediach.

Wspomnieć należy też Światowe Dni Młodzieży w Madrycie w lecie 2011. Wrogie nastawienie części hiszpańskiego społeczeństwa wynikało z braku komunikacji między instytucją Kościoła a społeczeństwem – propozycje oferowane przez Kościół katolicki nie znajdują uzasadnienia w sytuacji kryzysu ekonomicznego (nie tylko w Hiszpanii) oraz dramatycznej sytuacji młodych ludzi, bez szans na godziwą pracę. Kościół katolicki, podobnie jak inne Kościoły, okazał się, według wielu komentatorów, w obliczu takiego kryzysu niemalże całkowicie bezradny.

 

Tradycyjne Kościoły protestanckie w USA również nie znajdują odpowiedzi na „greed talk” i społeczne resentymenty, co pokazywać może brak stanowczych głosów w sprawie ruchu Occupy Wall Street oraz akcji We’re the 99%. W tych Kościołach samo bogactwo nie jest potępiane, natomiast podkreślana jest konieczność dzielenia się z innymi. Wydaje się, że wiele Kościołów protestanckich oraz nowych ruchów religijnych powiela ten schemat ewangelii dobrobytu – nie potępia się w nim systemu jako takiego (dostrzega się bowiem szanse, jakie może oferować), lecz próbuje legitymizować określone formy posiadania i zdobywania bogactwa. Ciekawym przykładem jest tu kazanie Johna Pipera, pastora Kościoła baptystów w Minneapolis, o znaczącym tytule „Let’s Be Rich Toward God”. Piper (rzecz jasna opierając się na cytatach z Biblii), mówi wprost: bogactwo i produktywność nie są grzechem. Świat potrzebuje produktywnych rolników i dobrze funkcjonujących firm. Grzechem jest chciwość, chęć posiadania, uczynienie z posiadania rzeczy sensu życia, bezczynność i konsumpcja, która nie przynosi pożytku. Przy odpowiedniej dyspozycji, we wsparciu modlitwy i pokorze, wierni mogą ustrzec się przed złem, jakie niesie pieniądz, a zamiast tego mogą wykorzystać pieniądze dla godnych celów, np. wspierając finansowo swój Kościół.

Nie wszystkim wiernym takie pouczenia wystarczają, zwłaszcza, kiedy patrzą na stan swojego konta. Czują się oddaleni od Kościoła, który nie wspiera ich, gdy protestują na ulicach, tracą pracę lub gdy borykają się z problemami w domu. Skoro więc tradycyjne formy wspólnot zawodzą, tysiące wiernych (tak jak np. Jeff Bethke, którego film „Why I hate religion, but love Jesus” na youtube ma od stycznia 2012 ponad 20 milionów wyświetleń) odrzucają organizację na rzecz wspólnoty w modlitwie i codziennego kierowania się Bożymi przykazaniami. Tak więc sytuacja opisywana w artykule Sullivana to nie proces ucieczki od Kościoła i odpowiedzialności, lecz wołanie o duchowe wsparcie i religijne poszukiwanie sensu. Wydaje się, że w Kościołach chrześcijańskich konieczna jest głębsza refleksja na ten temat, wyciągnięcie ręki do wiernych rozczarowanych swoją wspólnotą oraz spojrzenie na nich nie jak na dysydentów, lecz poszukujących wsparcia i Ewangelii w trudnych czasach.