dwutygodnik internetowy
29.09.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Ta ostatnia niedziela

Kiedy przechodziła obok afiszy informujących, iż zamknięcie kina “Femina” dokona się w niedzielę 21 września, pomyślała sobie, że to będzie właśnie „ta ostatnia niedziela”. I zorganizowała dancing.

fot.: Andrzej Woźniakiewicz

Ta ostatnia niedziela. Warszawski wieczór, leje jak z cebra, a w telewizji na odkodowanym Polsacie Polacy właśnie wygrywają Mistrzostwa Świata w siatkówkę. Pomimo to kilkaset osób, w większości młodych, ale przecież nie tylko, gromadzi się pod (wciąż jeszcze) otwartym Kinem Femina. Nie skandują ani nie trzymają w dłoni transparentów. Tańczą i śpiewają piosenki, które wszyscy znają. Zgromadzeniu nie przewodzą miejscy aktywiści, ale młodzi artyści. Wśród nich wybija się studentka trzeciego roku grafiki na ASP, Marta Basak, spiritus movens całego przedsięwzięcia.

 

Tę historię trzeba jednak zacząć od jabłek. A konkretnie: od festiwalu na ich cześć. Opowiada Marta: Siedziałam na Rynku Solnym we Wrocławiu podczas Festiwalu Nowe Horyzonty. Nie miałam kasy, czekałam na przelew, a byłam bardzo głodna. Wtem zauważyłam kosz jabłek, który stał na chodniku i obok kubeł z napisem „rzuć ogryzkiem w Putina”. Stwierdziłam, że trudno, nikt się nie pogniewa, jeśli zabiorę sobie ich nieco i pożywię się w ten sposób. Jednak po chwili zorientowała się, że przeceniła swoje możliwości i nie jest w stanie zjeść wszystkich owoców, które wzięła. Bez zastanowienia rozdałam pozostałe widzom Festiwalu w kinie Helios. Potem złożyliśmy się z przyjaciółmi, dokupiliśmy jeszcze dwadzieścia kilo i zrobiliśmy to samo. Efekt przeszedł oczekiwania. Ludzie zatrzymywali się, uśmiechali, dzielili spostrzeżeniami. Udało się niespodziewanie wytworzyć rodzaj wspólnoty. Pomysłem zainteresował się m.in. Noaz Deshe, reżyser, który został później zwycięzcą głównego konkursu.

 

fot.: Magda Komorowska

 

fot.: Magda Komorowska

Wtedy pojawił się pomysł, aby dzielić się z ludźmi jabłkami we wszelkich postaciach. Wymyśliłam, że trzeba urządzić Festiwal Jabłka we wsi Sokołowsko na Dolnym Śląsku. To ciekawa miejscowość, dawne niemieckie uzdrowisko, dzieciństwo spędził tu Krzysztof Kieślowski… Bywałam tam na festiwalach filmowych na jego cześć i Festiwalu Sztuki Współczesnej Konteksty. Zawsze wydawało mi się, że, choć mieszkańcy cieszą się z powodu kulturalnego oblężenia ich miejscowości i niejednokrotnie są angażowani w różnorakie performance, to byłoby im miło, gdyby zaproponować im wydarzenie kulturalne, które zejdzie z „wysokiego C” współczesnej sztuki i będzie przede wszystkim budowało ich wspólnotę. Banalny pomysł, jakim jest wspólne przygotowanie i konsumpcja jabłkowych ciast, soków, przetworów i alkoholi, połączone z kameralnym koncertem czy wystawą, wydawał mi się atrakcyjny w swej prostocie.

 

ilustr.: Stanisław Gajewski dla Festiwalu Jabłka

Niestety, ze względu na nieszczęśliwy zbieg okoliczności nie udało się zrealizować Festiwalu na miejscu. To był szok, praktycznie wszystko już było gotowe, kiedy dowiedziałam się, że niestety wydarzenie nie odbędzie się. Dzień później z pomocą przyszedł Kibuc Warszawa, mieszczący się w jednym z domków na Zielonym Jazdowie. Festiwal doszedł do skutku tutaj. Choć nie udało się osiągnąć pierwotnego celu, nie da się ukryć, że organizacja wydarzenia w Warszawie miała też swoje zalety. Udało się ściągnąć artystów z wielu miejsc w Polsce, no i akcja zyskała znaczny rozgłos. Wsparł nas m.in. duży browar, oferując cydr własnej produkcji. Było świetnie, przyszła masa ludzi, przynosili wszystkie produkty z jabłek, jakie tylko można sobie wyobrazić. Dzięki powodzeniu imprezy jej organizatorzy otrzymali już zaproszenia m.in. z warszawskiej Królikarni i z Łodzi… Ale marzeniem Marty jest zrealizować to wydarzenie w Sokołowsku. Ma w tym pomóc miejscowa Fundacja Sztuki Współczesnej „In situ”.

 

publiczność bawi się na Festiwalu Jabłka, fot. Daria Zmijewa

Czy należy odbierać Festiwal w kategoriach politycznych? Na pewno był jakąś reakcją na to, co się działo wokół rosyjskiego embarga. Temat jabłek stał się nagle modny i powszechnie poruszany. Mnie i innym współorganizatorom zależało jednak na wydobyciu z tej sytuacji jej pozytywnych, a nie negatywnych aspektów. Można cieszyć się smakiem polskich owoców, nie rzucając nimi jednocześnie w twarz tyrana. Można budować polską wspólnotę na fetowaniu naszych osiągnięć i rytuałów, a nie na niechęci, nawet uzasadnionej. Co więcej, ta wspólnota okazała się wielokulturowa: w końcu Festiwal odbył się w kibucu, jedną z głównych organizatorek była Daria Zmiejewa, mieszkająca od urodzenia w Warszawie Rosjanka, no i zagrała dla nas cygańska kapela, którą Marta dorwała gdzieś przypadkowo na warszawskim chodniku i zaprosiła na Jazdów.

 

***

Kilka dni po Festiwalu Jabłka okazało się, że wszelkie próby uratowania warszawskiego Kina Femina spaliły na panewce. Organizacja Miasto Jest Nasze stworzyła na Facebooku wydarzenie pt. „Pożegnanie Kina Femina”. Ale, poza zbiórką „złamanych groszy na kulturę”, nie było pomysłu na to, jak oryginalnie zagospodarować zgromadzenie ludzi sprzeciwiających się komercjalizacji miejskiej przestrzeni. Tu także z pomocą przyszła Marta. Od dzieciństwa mieszkam w najbliższym sąsiedztwie kina. Tu rodzice zabierali mnie na filmy animowane i to tu chodziłam na wycieczki z podstawówką. Później częściej wybierałam pobliski Muranów, ale Femina była stałą częścią mojego najbliższego krajobrazu. Jeszcze niedawno widziałam tu „Papuszę”. Kiedy tak przechodziłam któregoś dnia obok afiszy informujących, iż zamknięcie kina dokona się w niedzielę 21 września, pomyślałam sobie, że to będzie właśnie „ta ostatnia niedziela”. I przyszedł mi do głowy pomysł, żeby zamiast smutnej demonstracji i wykrzykiwania słusznych okrzyków sprzeciwu w stronę Ratusza urządzić sentymentalny dancing na pożegnanie naszego wspólnego miejsca. I udało się. Warto wspomnieć o tym, że Miasto Jest Nasze niezwykle pomogło w organizacji wydarzenia: natychmiast po propozycji Marty zmieniło jego nazwę na Facebooku i pomogło przy obsłudze technicznej. Zostawiło też pomysłodawczyni samo prowadzenie wieczoru. Choć wymowa akcji z politycznej stała się bardziej artystyczna, wcale nie znaczy to przecież, że przestała być obywatelska.

 

fot.: Andrzej Woźniakiewicz

 

fot. Andrzej Woźniakiewicz

Jak scharakteryzować te dwa wydarzenia, które odbiły się szerokim echem na kulturalnej mapie Warszawy? Nie chcę nazywać ich performancem, może bliżej im do happeningu… Ale czy to ważne? Zgadzam się raczej z twierdzeniem, że sztuka zdarza się ludziom bardzo rzadko. I raczej wcale nie tym, którzy bardzo pragną wznieść się na jej wyżyny. Na pewno nie można Marcie odmówić łatwości w generowaniu spontanicznych pomysłów, pełnej determinacji w ich realizacji oraz wielu równie entuzjastycznie nastawionych przyjaciół. Najlepszym dowodem był widok czterystukilogramowego pianina przenoszonego przez nią wraz z przyjaciółmi przez przejście dla pieszych w Alei „Solidarności”. Te pomysły stanowią zawsze reakcję na to, co się dzieje wokół, więc muszą wpisywać się w życie społeczne. Wszystkie te działania mają jednak w sobie coś z dziecięcego naturalnego odruchu odpowiedzi reakcją na akcję, takiego „zróbmy coś!”. Może to trochę naiwne. Dlatego od tej pory chcę wraz z moimi przyjaciółmi kontynuować je w ramach założonego przy okazji akcji „Femina” kabaretu „Hura”. Chcemy tworzyć metafory, które pozwalają ludziom w ładny, estetyczny sposób przeżywać to, co przynosi im życie. Życie naszego miasta czy kraju. Jeśli choć trochę się nam udaje, jest to bardzo satysfakcjonujące.

 

Marta Basak i Daria Zmiejewa podczas Festiwalu Jabłka w Kibucu Warszawa na Jazdowie. fot.: Ula Domańska

 

Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.

 

 

Magazyn „Kontakt” to nie tylko internetowy tygodnik, ale także papierowy kwartalnik. Zachęcamy do lektury. Można go nabyć m.in. w prenumeracie.