dwutygodnik internetowy
28.11.2016
magazyn papierowy


„Ta lilia nie wymaga złoceń”. Język i codzienność w „Alfredzie i Ginewrze” Jamesa Schuylera

Lektura wydanej kilka tygodni temu przez PIW zaskakującej, ekscentrycznej powieści Jamesa Schuylera może być źródłem wielkiej czytelniczej przyjemności. Pozwoli ona także niejako kuchennymi drzwiami wejść do literackiego świata jednego z najwspanialszych amerykańskich autorów, którego twórczość wciąż jest w Polsce niewystarczająco doceniana.

okładka: materiały prasowe

materiały prasowe

Debiutancka powieść Jamesa Schuylera może na pierwszy rzut oka sprawiać wrażenie błahej, nieco infantylnej humoreski, pozbawionej szczególnej literackiej wartości. Na tym właśnie polega niepozorność nie tylko „Alfreda i Ginewry”, ale i całej twórczości amerykańskiego pisarza – niezwykle łatwo przeoczyć jej prawdziwe, ekscytujące piękno, umiejscowione często na samej, tak często pomijanej w analizach, zmysłowej powierzchni utworu. Konieczne jest więc uruchomienie takiej czytelniczej wrażliwości, która pozwoli oku i uchu rozejrzeć się po tekście, by wychwycić pułapki, jakie subtelnie zastawia na nas Schuyler – twórca obdarzony wielkim kampowym smakiem.

„Alfred i Ginewra” to historia dwojga dzieci – siostry i brata. Świat przedstawiony poznajemy wyłącznie za ich pośrednictwem – z reguły z toczących się między nimi dialogów, częściowo też z dziennika Ginewry. Śledzimy kolejne przygody rodzeństwa: pobyt Alfreda w szpitalu czy pierwsze samodzielne podróże, towarzyszymy im także w zabawach i wraz z nimi podsłuchujemy, co za ścianą mówią dorośli. Dzieciństwo u Schuylera jest piękne, ale nie sielankowe, a liryzm nigdy nie przeradza się w nostalgię, nie dochodzi też do próby stworzenia jakiejś mitologii dziecięcości. Perypetie bohaterów są ważne same w sobie, jako element opisywanej codzienności, w której musi znaleźć się miejsce zarówno na to, co przykre i rozczarowujące – kłótnia z koleżanką, choroba – jak i na to, co sprawia największą przyjemność: kąpiel w jeziorze, przymierzanie sukienki, podkradanie ciastek z kuchni. Jest to codzienność niezwykle barwna, wypełniona zdarzeniami i emocjami.

Choć już ten związany ze swoistą demitologizacją dziecięcości aspekt powieści wydaje się interesujący, to prawdziwej wolty dokonuje Schuyler w językowej warstwie swojego tekstu. Jego bohaterowie w zaskakujący sposób posługują się bowiem kliszami i frazesami charakterystycznymi dla języka dorosłych, mieszając przy tym style i rejestry. Ich mowa jest wynikiem ciekawskiego podsłuchiwania, a także próby „poważnej zabawy” w dorosłość. Szczególnie interesujące są w tym kontekście rozmowy Ginewry z koleżankami, za pośrednictwem języka dziesięciolatki stają się to wielkimi arystokratkami, to pochodzącymi z dobrego domu pannami na wydaniu. Schuyler pozwala Alfredowi i Ginewrze testować wytrzymałość komunikacyjnych konwencji – właśnie dlatego sceny, w których bohaterowie próbują pisać list do rodziców lub nawiązać small talk podczas jazdy pociągiem, należą do najzabawniejszych i najbłyskotliwszych fragmentów książki. Rodzeństwo wykorzystuje język dorosłych w sposób dziwaczny i ekstrawagancki, tak sztywno trzymając się konwencji, że aż je ośmieszając i wykolejając.

Schuyler nie jest jednak zainteresowany jakąś ich dekonstrukcją, mającą na celu znalezienie nowego języka; zamiast tego woli rozkoszować się tym, co w języku już zastanym sztuczne i przesadne. Czasem z tych konfiguracji frazesów wydobywa się zresztą zaskakujące piękno; tak dzieje się chociażby w mistrzowskim pierwszym rozdziale powieści, w którym bohaterowie opowiadają sobie nawzajem o tym, kim chcieliby być, gdy dorosną, uruchamiając całe pokłady swojej ogromnej fantazji.

Część zdarzeń w „Alfredzie i Ginewrze” wydaje się jednak wymykać jakiejkolwiek narracji, nie mogąc stać się tematem fantazyjnych opowieści, w których tak lubuje się rodzeństwo. Niektóre potencjalnie bardzo ważne wątki są jedynie zasugerowane, w znacznej mierze zaś wyłącznie znacząco się o nich milczy. Ze względu na brak nadrzędnego, obiektywnego narratora możemy się więc tylko domyślać, jak często Alfred jest bity przez ojca, czy rodzice bohaterów się rozwodzą, wreszcie – co stało się z „kolorowym” mężczyzną, którego ciało zostało znalezione przez rodzeństwo podczas wielkanocnej przechadzki. Właśnie przez to, co nigdy nie zostaje wypowiedziane, ta przecież – wydawałoby się – niezwykle pogodna powieść zaczyna niepokoić. Rozmowy niby toczą się dalej i ponownie żongluje się językowymi konwencjami, ale swobodny przepływ tekstu ulega dziwnemu zatrzymaniu – „ta lilia nie wymaga złoceń”, mówi w pewnym momencie Ginewra, powstrzymując brata od snucia barwnej, zmyślonej historii o śmierci „kolorowego” mężczyzny.

Te zaskakująco ciemne tony ujawniające się w powieści wydają się ostatecznie obalać tezę pierwszych recenzentów o jej naiwności czy beztreściowości. Dużo bardziej interesująca jest interpretacyjna propozycja Kennetha Kocha, który postanowił spojrzeć na Alfreda i Ginewrę nie jak na poboczny tekst Schuylera, ale raczej jak na utwór doskonale wpisujący się w całą twórczość autora. Jego fenomenalne wiersze i poematy można interpretować jako osobliwy, prawdziwie fascynujący zapis zmagań z przytłaczającą codziennością, w której lęk i nadzieja nie zajmują osobnych przestrzeni, ale stale się ze sobą mieszają. Schuyler otwiera się na doświadczenia powszedniości wszystkimi swoimi zmysłami, starając się bez wyjątku rejestrować to, co mu się przytrafia. Chce być samym patrzeniem, słuchaniem i przeżywaniem, nie zależy mu zaś na komentowaniu czy reżyserowaniu rzeczywistości. Jego „postanowienie artysty” to: „być silnym/ i widzieć rzeczy jakimi one są nader straszne i/ nie aż tak bardzo”, jak sam pisze w „Poranku poematu”.

Faktycznie Alfreda i Ginewrę warto potraktować jako fragment większego literackiego projektu amerykańskiego pisarza i poety. Dzięki temu już w pełni świadomie będziemy mogli odczytać debiutancką książkę Jamesa Schuylera zarówno jako opowieść o czerpaniu przyjemności z języka i zabawie jego konwencjami, jak i o codzienności widzianej oczami dziecka – często pięknej, choć nierzadko wywołującej również podskórnie odczuwany niepokój.