dwutygodnik internetowy
20.01.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Szulerstwo Spirytystyczne. The Luminaries

Najmłodsza laureatka Bookera napisała perfekcyjny algorytm. Tworząc Hokitikę wpisała miasto w sferę pseudo-astrologicznych kodów i znaków. Wszystko zatacza kręgi, wszystkie orbity się przecinają.

Nowozelandzka Hokitika w 1866 roku to miasto poszukiwaczy złota, handlarzy opium, prostytutek i spirytystek. To miejsce dla tych, którzy chcą znaleźć szczęście i tych, którzy je mogą za odpowiednią cenę sprzedać. To też wielki spirytystyczny seans, w którym pytają o zbrodnię, miłość i złoto.
 
27 stycznia 1866 roku Crown Hotel był miejscem tajnego spotkania dwunastu mężczyzn z Hokitiki. Należało bowiem wyjaśnić, dlaczego pijak Crosbie Wells nie żyje, prostytutka Anna Wetherell prawie umarła, a lokalny bogacz Emery Staines przepadł bez wieści. No i skąd ta góra złota znaleziona w chacie nieboszczyka? Mężczyźni nie spodziewali się trzynastego uczestnika, a Walter Moody, niedoszły prawnik ze Szkocji, nie spodziewał się, że odegra tak ważną rolę w całej historii. Właściwie to trafił do tego hotelu przypadkiem. Jego statek, Godspeed, właśnie rozbił się na mieliźnie, całą noc nie spał, a do tego chyba widział upiora. Szukał więc tylko ciepłego miejsca. Tymczasem, właśnie jemu mężczyźni opowiadają po raz pierwszy wszystko, co wiedzą o zajściach, w których niejednoznaczną rolę odgrywa kapitan Godspeed – Francis Carver.
 
Plejada postaci, która przewija się na ponad ośmiuset stronach the Luminaries zachwyca: poszukiwacze złota, chińscy handlarze opium, sutenerzy, spirytystki i żeglarze. Z alchemiczną dokładnością poznajemy każdego. Opisów postaci – drobiazgowych, co do połysku guzika u kamizelki – nie powstydziłby się sam Henry James. Zawiłość intrygi i pogmatwanie losów bohaterów zachwyciłyby samego Arthura Conan Doyle’a. Catton doprawdy z rozmachem tworzy swoją Nową Zelandię.
 
Wielką zaletą Luminaries jest język, który mocno stylizowany na XIX wieczną powieść, nie traci dynamizmu i soczystości. W wartkich dialogach postaci zyskują autentyzmu i plastyczności. Całość aromatycznie pachnie pastiszem. Dzięki temu czyta się Luminaries jak najlepszą powieść przygodową. A jednak nie jest to ani powieść przygodowa, ani powieść historyczna. A wszystko przez zwodnicze gwiazdy, które rządzą tekstem.
 
Intrygująco przy tym rozplanowała autorka tekst – pierwsza część powieści ma ponad 360 stron (przypadek?). Dwunasta ma jedną. Każdą część poprzedza niby-horoskop, niby-astralny plan nieba. W pierwszej części słowa wstępu od narratora mają dwie-trzy linijki, w ostatniej prawie stronę. Jakby nagle ważniejszy był detal, jedna scena. Jakby już nie miało sensu opisywanie dokładnie – „wiktoriańskie” – rzeczywistości, bo rzeczywistość ukryta jest w jednym geście, który wyjaśnia więcej. Zaś wszystko jest poprzedzone słowem wstępu od narratora, mini rozprawą o losie i gwiazdach.
 
Eleanor Catton, najmłodsza laureatka Man Booker Prize, napisała bowiem perfekcyjny algorytm. Tworząc Hokitikę wpisała miasto w sferę pseudo-astrologicznych kodów i znaków. Każdy bohater ma swoją konstelację – sferę swoich wpływów, swojej wiedzy i interesów. Wszystko zatacza kręgi, wszystkie orbity się przecinają. Nic nie może być końca jasne, bo nic nie jest w całości udziałem wszystkich bohaterów. Jeden słyszał to, inny zobaczył tamto. Odległości między konstelacjami na niebie są małe, ale tylko kiedy patrzy się na nie z Ziemi. Stąd aby dowiedzieć się wszystkiego, trzeba prześledzić drogę każdej z gwiazd. Ale czy naprawdę jesteśmy w stanie to zrobić? A jeśli ktoś tu kłamie albo nie pamięta? Czy wiemy na pewno, sami przed sobą, że mówimy prawdę? A może prawdę znają tylko gwiazdy? W tym tkwi siła powieści Eleanor Catton: jest przemyślanym spirytystycznym szulerstwem i uzależnia jak opium. Aż chce się więcej.
 
Eleanor Catton. Luminaries. Granta Books. 2013. 848 stron.