dwutygodnik internetowy
01.06.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Sztuka wykluczania

Okazuje się, że lewica wygrywając z prawicą na polu sztuki prestiżowej, poniosła jedną z donioślejszych porażek od czasu transformacji systemowej. Przegrała człowieka wykluczonego. Tego wygrała prawica.

Ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Hipsterska prawica ma ewidentnie problem z kulturą. Nie chodzi tu o brak tej osobistej, ale o poczucie przegranej na kulturalnym polu z lewicą. Symptomatyczny w tym przypadku jest manifest, napisany przez Mateusza Matyszkowicza – naczelnego Frondy Lux, pod tytułem „Anarchokonserwa”.

 

[…] Znaczna część konserwatystów odrzuciła pracę intelektualną, zaniedbała kulturę i obrosła tłuszczem. Coraz częściej konserwatysta dopatruje się cnoty w tym, że do teatru nie chodzi, książek nie czyta (poza historycznymi) i gardzi pracą rozumu.

 

W dalszej części tekstu Matyszkowicz daje wyraz temu, jak bardzo chciałby aby wszyscy konserwatyści chodzili do teatru, czytali Platona i Arystotelesa, by odwiedzali galerie. Ludowe rozrywki są oczywiście dozwolone, ale z odpowiednią dozą umiaru i krytycyzmu.

Jako, że tekst ma za zadanie identyfikować przyczyny beznadziejnej pozycji prawicy i wskazywać na drogę do zmiany to wydaje się on zupełnie nietrafiony. Matyszkowicz upatruje przyczyny w zaniku wrażliwości, ignorancji czy grubiaństwie. Przez to prawica utraciła w dużej mierze intelektualną zdolność do kształtowania świata kultury. Lewica w odróżnieniu od prawicy zawsze to zainteresowanie okazywała, dzięki czemu konsekwentnie i świadomie, stosując strategię budowania hegemonii, zdominowała kulturę. Interpretacja ta jest wulgarnie prosta – ten niezbyt skomplikowany łańcuch przyczynowo-skutkowy stara się zracjonalizować stan rzeczy tak, by znaleźć remedium na bolączki prawicy.

Sprawa jest bardziej złożona. Tropem jest wyczuwalny w manifeście Matyszkowicza resentyment. Stawką w jego grze jest, utracony przez prawicę, prestiż. Mniej chodzi tu o siłę czy władzę, w końcu prawica ma się w Polsce nie najgorzej, ale o to, że w polu najbardziej prestiżowej sztuki czy humanistyki dominuje lewica, na co młody intelektualista Matyszkowicz się nie godzi.

Sztuka o najwyższym poziomie prestiżu, (z premedytacją nie używam pojęcia sztuki wysokiej, którego znaczenie jest zbyt wąskie) to sztuka, jaką pokazuje się w najlepszych galeriach i teatrach. O podobną kwalifikację filmu i literatury jest trudniej. Przez ich masowy charakter odebrana zostaje miejscom ich dystrybucji funkcja budowania prestiżu (kina i księgarnie prezentują zazwyczaj wszystko niezależnie od różnicy jakościowej pomiędzy poszczególnymi z dzieł). W tym przypadku lepiej mówić o prestiżu budowanym wobec konkretnych dzieł przez najbardziej wpływowe konkursy czy magazyny opiniotwórcze.

Sztuka prestiżowa jest tak istotna ze względu na to, że to przez nią odbywa się transmisja wartości, zainteresowań, poglądów i interpretacji, do elit politycznych, społecznych czy kulturalnych, kształtujących trendy, które następnie rozpraszają się na coraz niższe klasy. Elity te mają także bezpośredni wpływ na społeczeństwo. Stoją na czele rozmaitych instytucji kształtujących politykę, udzielających dotacji, ustalających programy. Wpływ instytucjonalny pojawia się nawet wtedy, gdy poszczególne instytucje są od siebie formalnie niezależne. Zjawisko to dobrze opisuje Jakub Dąbrowski w książce „Cenzura w sztuce polskiej po 1989 roku. Artyści, sztuka i polityka”

Diagnoza ta […] ukazuje, w jaki sposób kreowana jest w obrębie pola jednolitość popytu i produkcji, a więc sfera podmiotowych oraz przedmiotowych wykluczeń. Wynika z niej, że w ośrodkach o mniejszym potencjale symbolicznym myśli się kategoriami kształtowanymi w większych ośrodkach, przede wszystkim centralach, które w skali międzynarodowej również podlegają hierarchizacji. […] Wskazane mechanizmy silnie oddziałują również na twórców, zwłaszcza tych co na dorobku – niedostosowanie się do aktualnie promowanych przez centrale tematycznych i formalnych grozi wykluczeniem z głównego nurtu wystawienniczego, co oczywiście ma swoje konsekwencje ekonomiczne.

Mechanizmy, które opisuje Dąbrowski są zasadniczo podobne we wszystkich dziedzinach sztuki.

Po zarysowaniu obszaru, o jaki toczy się wcześniej wspomniana rywalizacja, należy stanąć przed próbą odpowiedzi na pytanie, czy lewica rzeczywiście dominuje w sferze sztuki prestiżowej. Moja odpowiedź brzmi: tak. Uzasadniać można to na wiele sposobów – lepszych i gorszych.

Pierwszy słabszy poziom uzasadnienia dotyczy sfery deklaratywnej – tego jak twórcy wyrażają afiliację. Dość znacząca jest ilość czołowych artystów współpracujących z Krytyką Polityczną – Artur Żmijewski, Wilhelm Sasnal, Joanna Rajkowska, Paweł Demirski i Monika Strzępka, Katarzyna Górna i inni. Na próżno szukać podobnej afiliacji artystów wśród prawicy. W debacie pt. „Czy kultura musi być lewicowa?” Sławomir Sierakowski nie miał problemu z wymienieniem wielu współczesnych artystów lewicowych, Robert Mazurek z wielkim wysiłkiem wymienił Stefana Gierowskiego, kończącego w tym roku 90 lat, jako przykład twórcy związanego z prawicą.

Drugi poziom uzasadnienia polega na tym, że prawica w Polsce nie wykształciła prawie żadnych instytucji związanych ze sztuką. Posiada nieznaczących krytyków sztuki. Nie ma swoich kuratorów. Symptomatyczne jest to, że narracja o sztuce prawicowej tworzona jest przez kuratorów o lewicowej afiliacji – Łukasza Rondudę i Sebastian Cichockiego w wystawie „Nowa Sztuka Narodowa” w MSN w Warszawie.

Za najwyższy poziom uzasadnienia należy uznać tematykę, w obrębie której poruszają się najbardziej uznani współcześni polscy artyści. Tematyka ta nie zmieniła się zasadniczo od czasu transformacji – porusza szeroko rozumiane jednostkowe spętanie, które sztuka stara się przekroczyć. Chodzi o spętanie przez ciało, Kościół czy traumę, w szczególności tę, mającą źródło w doświadczeniu holocaustu.

Lewica w Polsce w przeciągu ostatnich 25 lat niewątpliwie zdominowała sztukę najbardziej prestiżową. Prawica na tym polu prawie zupełnie nie próbowała konkurować. Jaki to przyniosło efekt?

Stawiam tezę, że lewica wygrywając z prawicą na polu sztuki prestiżowej, poniosła jedną z donioślejszych porażek od czasu transformacji systemowej. Przegrała człowieka wykluczonego. Tego wygrała prawica.

Lewica, sięgając po kulturę najbardziej prestiżową, czyli z natury swojej mniej dostępną, nie uczyniła nic, by kultura ta stała się bardziej włączającą. Budując swoją dominację w tym obszarze lewica potrafiła wykorzystywać hierarchizację – narzędzie charakterystyczne raczej dla prawicy. Wprowadzanie szeroko rozumianej hierarchii w sztuce współczesnej, okazało się skuteczne. Systemy grantowe czy kuratoryjne są tego najlepszym przykładem. Dokonywano podziału sztuki na właściwą i tę niekoniecznie, posługując się tematami i środkami wyrazu, noszącymi znamiona „elitaryzmu”, które bywają zupełnie nieczytelne albo nieistotne dla zwykłego dla odbiorcy. Tym samym rozpoczęta została prosta krytyka wykluczonego, przedstawiciela Polski B, nieuczestniczącego w świecie kultury i nie potrafiącego docenić wartości dzieła. Nikt nie liczy się z tym, że sztuka może nieraz być odbierana jako zbyt abstrakcyjna albo, co ważniejsze, wychodząca poza granice czyjejś wrażliwości – naruszając sferę bezpieczeństwa, atakując wyznawane wartości, próbując dokonać dekonstrukcji tożsamości czy poddając psychoanalizie. Za dobre przykłady mogą służyć świetnie rozpoznawalne prace: wideo „80064” Artura Żmijewskiego (który zmusza więźnia obozu Auschwitz do odnowienia numerów obozowych), „Adoracja” Jacka Markiewicza (który nago ociera się o krucyfiks) czy instalacja „Pasja” Doroty Nieznalskiej (która powiesiła genitalia na krzyżu). Nie zamierzam poddawać ocenie tych prac pod żadnym innym kątem niż ich zdolność do wykluczania. Co więcej zdarza się, że wcześniej człowiek wykluczony przez treść symboliczną dzieła, zostaje wykluczany po raz drugi, gdy wyrazi wątpliwość wobec konkretnej pracy, gdy wskaże że ona go obraża. Traktowany jest  jako osoba, która nie rozumie sztuki, próbuje ograniczyć jej wolność i niepotrzebnie w ogóle pcha się do galerii. Bo przecież, gdyby rozumiał, na pewno odnosiłby się z większym dystansem. To prawica, a nie lewica stawała w obronie atakowanego przez sztukę wykluczonego. Było to jednak działanie wynikające z wyrachowania, jako że nie chodziło w nim o rzeczywistą obronę człowieka a o obronę reprezentowanych przez prawicę wartości. Prawica broniąc wykluczonego, próbowała podważyć sens swobody twórczej oraz wartość sztuki jako takiej.

Paradoksalne jest to, że to prawica w Polsce skupia wykluczonych, a Lewica dominuje w kulturze prestiżowej. Dostrzeżenie tego powinno prowadzić do zrewidowania myślenia o kulturze. Gdy postępuje proces marginalizacji politycznej lewicy, niezbędnym jest zrozumieć, w których miejscach lewicowa walka ze zniewoleniem przeradzała się w walkę ze „zniewolonym” tak, by nie popełniać błędów w przyszłości.