dwutygodnik internetowy
28.11.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Szorstki sen z jedwabiu

11 stycznia 1978 roku. Mroźna środa. Ulicą idzie starszy mężczyzna. Ślizga się. Miękkie kości nie wytrzymują twardego lądowania. Ziemia kończy jego upadek. Tu kończy i zaczyna się legenda Henryka Witaczka. Człowieka, który zmienił polski przemysł. W życiu poświęcił się dwóm miłościom – jedwabiowi i Polsce. Pierwsza była oczkiem w głowie, wyniosła go na szczyt i rozsławiła Milanówek na cały kraj. Druga odebrała mu wszystko.

ilustr.: zespół-wespół

ilustr.: zespół-wespół

 

Najpierw musi być morwa.

Hodowle prowadzi się metodą Pasteura. Jajeczka jedwabnika umieszczasz na młodych liściach. Jeśli warunki są sprzyjające, wyklują się z nich larwy. Gąsienice jedwabnika jedzą bez przerwy przez kilka tygodni. Jedna larwa zjada dziennie osiem kilogramów liści morwy. W ciągu pierwszego miesiąca ich masa wzrasta dziesięć tysięcy razy. Drogocenny kokon gąsienica buduje trzy dni. Po wykluciu przetworzy się w motyla.

***

Rodzina Witaczków po rozpoczęciu I Wojny Światowej została zesłana w głąb imperium rosyjskiego. Młody Henryk musiał porzucić szkołę w Warszawie. Razem z rodzicami, siostrą Stanisławą i innymi Polakami osiedlili się w Gruzji. Ojciec rozpoczął pracę w fabryce jedwabiu przy Kaukaskiej Doświadczalnej Stacji Jedwabniczej w Tyflisie. Dzięki niemu Henryk przeszedł wszystkie szczeble pracownicze w stacji jedwabniczej. Poznał podstawy, zrobił odpowiednie kursy. Chciał przywieźć do Polski pomysł na odbudowę młodego państwa. Wybór padł na jedwab.

Wrócił w roku 1921. Rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Ciągle jednak myślał o jedwabnictwie. Swoją pasją próbował zarazić urzędników i władze. Pisał do ministerstw, pismo za pismem, namawiał, przekonywał, co chce zrobić i w jaki sposób. W Ministerstwie Rolnictwa Witaczek był pięćdziesiąt razy. Uważali go za wariata. Nie poddał się. Zdecydował, że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce.

Henryk mógł liczyć na siostrę. Stanisława studiowała biologię. Miała wiedzę i odpowiednie zaplecze naukowe. W poszukiwaniu drzew morwowych różnych gatunków wyruszyli w Polskę. Dobry klimat i sukcesy przy hodowli pierwszych sadzonek sprawiły, że to Milanówek stał się ich domem na dłużej.

Brakowało tylko pieniędzy. Z pomocą przyszli rodzice, którzy dołożyli się do przedsięwzięcia, sprzedając między innymi ślubne obrączki. W marcu 1924 roku Henryk i Stanisława wyszli przed milanowską willę na ulicy Piasta 13. Z uśmiechem na twarzach przymocowali tabliczkę: „CENTRALNA DOŚWIADCZALNA STACJA JEDWABNICZA”.

Początki były trudne. Henryk całymi dniami badał morwę i jedwabniki. Sprawdzał trwałość nici, eksperymentował. W latach 1924–29 ceny jedwabnych kokonów na rynkach światowych były najwyższe w historii. Brakowało surowca, więc nie planował jeszcze produkcji. Zaczął od hodowania sadzonek morwy, aby później rozsyłać je plantatorom. Plan był prosty. Każdy, kto może zasadzić morwę, będzie mógł hodować jedwabniki. Gąsienice zjedzą liście, a Centrala zapłaci za przysłane kokony.

W Ministerstwie nikt nie wierzył, że dzięki małemu robaczkowi i jednemu Polakowi z Gruzji na drzewach zaczną wisieć pieniądze. Tymczasem hodowla jedwabników miała same zalety. Trwała jedynie sześć tygodni. Zaczynała się w czerwcu, a wtedy chłopi nie mieli w polu wiele do roboty. Henryk wiedział, że stan polskiej wsi jest fatalny. Chłopi byli biedni, brakowało ziemi i środków na modernizację gospodarstw. Planował stworzyć przemysł, z którego skorzystają wszyscy. Hodowla jest łatwa i tania, daje możliwość dodatkowej pracy. W 1925, aby szkolić i edukować, Henryk i Stanisława wydali podręcznik ,,O hodowli jedwabników i morwy”. Żeby wypromować swój projekt, Witaczkowie stworzyli ulotki, reklamowali kursy, chcieli otwierać szkoły jedwabnicze.

Kiedy pierwsi hodowcy zaczęli przysyłać kokony jedwabników na adres „Piastów 13, Milanówek”, nie było już odwrotu. Z eksperymentalnie stworzonego krosna powstały pierwsze tkaniny. Potrzeba było zacząć produkcję na większą skalę, ale w Polsce nikt nie chciał się tym zająć. Witaczek znowu musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Za uzbierane i pożyczone od znajomych pieniądze wykupił grunt przy ulicy Brzozowej i zaplanował budowę zakładów. Zorganizowano Tkalnie Jedwabiu Naturalnego. Po kilku latach produkcja ruszyła pełną parą.

Z roku na rok hodowców było coraz więcej (w latach 30. około 2400 hodowli). Kokony przysyłano z całej Polski, gromadzono je, gdzie tylko się dało. Henryk dumnie chodził między górami białych kokonów, usypanych przed Stacją Jedwabnictwa.

Z czasem metody produkcji udoskonalano według zaleceń Witaczka. Pierwsze krosna budowano z drewna. Później hale unowocześniano maszynami. Milanówek zaakceptował wariactwo Henryka, a z czasem nawet je pokochał. Ambitny przedsiębiorca zarażał ludzi pozytywną energią. Pomagał pracownikom na każdym etapie produkcji. Cieszył się opinią szanowanego społecznika o otwartym sercu.

Po kilku owocnych latach fenomenem milanowskiego jedwabnictwa zainteresowały się w końcu władze państwowe. Wydały ogólnopolskie dekrety. Tory miano obsadzać krzewami morwy, co w zimie ochroni nasypy przed śniegiem, a w lecie służyć będzie hodowli jedwabników. W nadleśnictwach powstały szkółki morwowe. Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej wprowadziło hodowle w zakładach opiekuńczych. Zalecono, aby drzewami morwowymi obsadzano więzienia, szkoły, uniwersytety i garnizony wojskowe. Do akcji przyłączyły się organizacje społeczne i samorządowe. W 1930 z Warszawy do dwudziestodziewięcioletniego Witaczka przyjechał prezydent Ignacy Mościcki. Obejrzał zakłady i zainaugurował kolejną edycję kursów jedwabnictwa. Wszyscy oszaleli na punkcie jedwabiu. Polska porosła chińską morwą wzdłuż i wszerz.

Wytworzone jedwabne tkaniny miały różne kolory, wzory, budowę i fakturę. Od gładkich po chropowate. Przeznaczone na chusty lub krawaty. Stworzono specjalne księgi z próbkami i informacjami technicznymi, aby można było odtwarzać materiał. Stanisława zaprojektowała „Chusteczki Szczęścia”, które w butonierkach nosili modni warszawiacy. Z wzorami i produktami zaczęto jeździć po światowych wystawach. Na jednej z nich milanowski jedwab pokazano w sekcji lotniczej, a wojsko zakupiło materiał na spadochrony. W 1937 polskie stanowisko zadebiutowało na targach sztuki i techniki w Paryżu. Tuż przed wojną Centralna Doświadczalna Stacja Jedwabnicza przeżywała największy okres rozkwitu.

Po 1 września 1939 roku nadzór nad Zakładami przejął okupant. Henryk Witaczek postanowił zawczasu sprzedać część krosien, aby nie wykorzystano ich do produkcji spadochronów dla niemieckiej armii. Przestawił produkcję na włókna sztuczne. Na wszelki wypadek zostawił kilka krosien, z których po kryjomu wytwarzał materiał sprzedawany później na czarno w Warszawie. Dało mu to pieniądze na leki i żywność dla potrzebujących.

Podczas okupacji Witaczek wystawiał fikcyjne zaświadczenia o zatrudnieniu, żeby władze nie wywiozły ludzi na roboty do Niemiec. Ułatwiał naukę młodym w tajnych kompletach. Dawał ludziom pracę i wyżywienie. Interweniował, kiedy zatrzymywano młodzież na ulicach podczas łapanek. Najpewniej kosztowało go to wiele pieniędzy, ale nigdy ich nikomu nie wypominał. Współpracował z państwem podziemnym. W swoim laboratorium potajemnie wytwarzał piorunian rtęci, potrzebny do produkcji granatów dla Armii Krajowej.

W 1940 roku hitlerowskie władze przekazały Witaczkowi majątek w Żółwinie, by stworzył tam plantację morwy. W spichrzu urządzał święta dla okolicznych dzieci, rozdawał prezenty. Interesował się losem mieszkańców, każdy mógł poprosić o pomoc. Witaczek wymyślił, że znajdzie takie miejsce, gdzie będzie można hodować morwę i jedwabniki, jednocześnie dając zatrudnienie Polakom ściągniętym ze wschodu. Dzięki temu Żółwin stał się schronieniem dla wygnańców z Kresów i warszawiaków uciekających przed Powstaniem.

***

Jeśli jedwabnik zamieni się w motyla – nić będzie zniszczona. Dlatego larwę trzeba zabić.

Kokon podgrzewamy w wysokiej temperaturze (na przykład w piekarniku). Następnie rozmiękczamy wodą. Specjalne urządzenie rozbija skrupulatnie uplecioną skorupkę. Teraz wystarczy wyszukać początek przędzy. Nitkę nawlekamy na szpulę i zaczynamy nawijać. Z jednego kokonu uzyskamy półtora kilometra nici. Upleciemy dzięki niej jedwabną tkaninę. Powstaną apaszki, krawaty, bielizna, suknie ślubne i spadochrony.

***

Po wojnie nowe porządki zabrały mu całe życie. Stacja Jedwabnictwa przechodzi na rzecz władzy ludowej. W 1948 roku Henryk Witaczek zostaje nagle, bez podania przyczyny, zwolniony ze stanowiska dyrektora. Tak powstają państwowe Zakłady Jedwabiu Naturalnego „Milanówek”.

Następny cios spada na niego kilka lat później. Wieczorami schodził do piwnicy, nikomu nie mówiąc, co tam robi. W czasie wojny zakopał w niej zagraniczną walutę, uzyskaną za sprzedane krosna. Ktoś prawdopodobnie doniósł. Witaczek tłumaczył się z tego, mówił, że chciał ją oddać, ale chorował i nie miał siły jej wykopać. Władze państwowe wyznaczyły termin zwrotu obcych walut, ale na niego nie zdążył. Przypadkiem stał się przestępcą. Do więzienia trafił na osiem lat. Przez zły stan zdrowia wyszedł po trzech.

***

W 1974 pojechał do Zakładów odebrać zaległą pensję, którą władze PRL zgodziły się wypłacić. Dyrekcja zakazała informować o tym pracowników, aby – szczególnie ci starsi – o niczym się nie dowiedzieli. Jednak wspomnienie Witaczka przełamało nawet cenzurę. Idąc do budynków zakładowych, widział, jak spoglądają na niego okna pełne ludzkich twarzy. Starsi pracownicy rozstąpili się i zdjęli czapki. W powietrzu zawisła cisza, z oczu spływały łzy. Odebrał pieniądze i wyszedł, nie oglądając się za siebie.

***

Honorata Kuraszkiewicz założyła Stowarzyszenie Kuźnia Milanowska i Stowarzyszenie Muzeum Jedwabnictwa Milanowskiego. Chciałaby stworzyć muzeum Henryka i Stanisławy Witaczków, zebrała odpowiednie eksponaty, ale władze miasta nie potrafią znaleźć dla niego miejsca. Utworzyła więc muzeum wirtualne. Dzięki działaniom stowarzyszenia w Milanówku odbywają się wystawy jedwabiu, projekcje filmowe i spotkania dawnych pracowników. Powstał „Jedwabny Szlak” dla pieszych, gdzie na miedzianych tabliczkach odczytać można historię rodzeństwa Witaczków. Drugiego dnia po jego otwarciu tablice chcieli ukraść złomiarze.

***

Tekst jest częścią publikacji ,,Po kolei. Przewodnik podwarszawski”. Publikacja przygotowana została przez Towarzystwo Krajoznawcze ,,Krajobraz” oraz Fundację STOCZNIA w gronie kilkunastu uczestników wycieczek krajoznawczych, które odbywały się latem 2016 roku na trasach podwarszawskich linii kolejowych. Odwiedziliśmy łącznie ponad dwadzieścia miejscowości. W każdej zwiedzaliśmy znane i mniej znane atrakcje, oglądaliśmy ekspozycje muzealne, rozmawialiśmy z mieszkańcami i członkami lokalnych stowarzyszeń oraz instytucji. 
Premiera już wkrótce!
 
Projekt dofinansowany został przez Narodowy Instytut Dziedzictwa w ramach programu Wolontariat dla dziedzictwa oraz przez m. st. Warszawa.