dwutygodnik internetowy
9.04.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Szkoła bez seksu, seks bez szkoły

Uznaliśmy, że lekcje podstaw przedsiębiorczości są mniej zideologizowane i bardziej praktyczne niż zajęcia z edukacji seksualnej. Trudno jednak nie zauważyć, że młody człowiek ma znacznie większe szanse założyć w najbliższej przyszłości prezerwatywę niż firmę.

ilustr.: Anna Libera

ilustr.: Anna Libera

Tekst pochodzi z 35. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Czyje są dzieci?”.

Nigdy nie zapomnę tematu pierwszej lekcji podstaw przedsiębiorczości, w której miałam okazję uczestniczyć w liceum. Pod czujnym okiem nauczyciela staraliśmy się określić „cechy człowieka przedsiębiorczego”. Ów „człowiek przedsiębiorczy” jest więc, rzecz jasna, pracowity, inteligentny i kreatywny. Jest także samodzielny, zdeterminowany, pewny siebie, zdecydowany, o nienagannej prezencji, łatwo nawiązuje znajomości. Jest doskonałym produktem systemu społeczno-ekonomicznego, w którym żyjemy: neoliberalna ekonomia nie istniałaby bez „człowieka przedsiębiorczego”, a „człowiek przedsiębiorczy” nie istniałby bez niej. „Człowiek przedsiębiorczy” to na przykład taki doktor (sic!) Mateusz Grzesiak, który w mediach społecznościowych uczy nas, „jak zarabiać pieniądze na byciu sobą?”, „czym jest szczęście?”, a także pokazuje „10 zasad, którymi kierują się ludzie sukcesu”. „Człowiek przedsiębiorczy” żyje w najlepszym z możliwych światów – ograniczony jest najwyżej przez własne psychologiczne słabości, które zresztą po treningu prowadzonym przez profesjonalnego coacha łatwo wyeliminować. Posiada specyficzny komfort: kategorie takie jak płeć, rasa, klasa społeczna czy kapitał społeczno-kulturowy pozostają dla niego niezauważalne, wręcz przezroczyste.

W liceum uczymy się, że taka „przedsiębiorcza” tożsamość jest uniwersalna – kolejne zajęcia zostały poświęcone jakże praktycznemu problemowi zakładania własnej firmy. Niestety, najczęściej wciąż trzeba samemu znaleźć się poza wąskim gronem twórców i „udziałowców” tej neoliberalnej narracji, by dostrzec jej wybiórczość. O rozmaitych ograniczeniach socjoekonomicznych, komplikujących ten prosty obraz self-made mana, raczej nie dowiemy się w szkole. Przyjęliśmy, że wszyscy – jak „człowiek przedsiębiorczy” – żyjemy w najlepszym ze światów, co więcej – jedynym możliwym. Podobnie jak w XIX wieku trudno było pomyśleć, że może istnieć nauka inna niż „wiedza służąca Imperium”, która promowała ewolucjonistyczne myślenie o kulturach, służące ideologicznemu podtrzymaniu dominacji kolonialnej państw Zachodu, tak samo dziś naturalizowany jest globalny porządek społeczno-ekonomiczny.

Można sobie wyobrazić sytuację, w której pacyfistycznie usposobieni rodzice protestują przeciwko lekcjom przysposobienia obronnego (z nieznanych mi przyczyn zwanych od niedawna „edukacją dla bezpieczeństwa”) odbywającym się na strzelnicy. Nie zdziwiłoby mnie też wzburzenie rodziców o nastawieniu antykolonialnym wobec niezachwianej pozycji „W pustyni i w puszczy” na liście lektur dla szkoły podstawowej czy lekcji pod tytułem „wielkie odkrycia geograficzne” pokazujących zbawienny wpływ dokonań Corteza i Pizarra na kulturę europejską.

Postulat, żeby edukacja – czy szerzej nauka w ogóle – była wyzuta z wszelkiej ideologii, jest utopijny. Twierdzenie, że wiedza przekazywana uczniom jest neutralna i uniwersalna, stanowi zatem przekłamanie. W skali świata – sam fakt przynależności do kręgu rozwiniętych państw Globalnej Północy o przeszłości kolonialnej, a w skali lokalnej – bycie częścią wielkomiejskiej elity, sprawiają, że wiedza wytwarzana przez nas ma przywilej stawania się tą rzekomo „uniwersalną”, „obiektywną”, „powszechną”. Czy stałe uświadamianie przez nauczyciela sobie i uczniom własnego uwikłania w sprawy, o których się mówi, wystarczy? A może trzeba kiedyś powiedzieć „stop” i arbitralnie wyznaczyć granicę pomiędzy dopuszczalnym a przesadnym zideologizowaniem edukacji szkolnej?

Wszystkie te pytanie i wątpliwości najsilniej ogniskują się w kontekście nie lekcji przedsiębiorczości, przysposobienia obronnego czy historii, lecz zajęć edukacji seksualnej, które obecnie noszą nazwę „wychowania do życia w rodzinie” i są nieobowiązkowe.

Seks zideologizowany

Na spór o edukację seksualną w szkołach można spojrzeć jako na spór dwóch racjonalności. Pierwsza z nich to racjonalność w potocznym tego słowa znaczeniu. Odnosi się do pozytywistycznego rozumienia nauki jako sfery podlegającej dowodom, obiektywnej i pewnej. Stoi ona w konflikcie z racjonalnością religijną, czy ideologiczną, która wynika z niemożliwych do udowodnienia na gruncie tak pojmowanej nauki przekonań. Z tego dość abstrakcyjnego konfliktu wynika znacznie praktyczniejsze pytanie, dotyczące tego, której z owych racjonalności przyznamy priorytet na poziomie państwowym i instytucjonalnym. I choć wydawać by się mogło, że wszystkie państwa europejskie idą w różnym tempie tą samą drogą w stronę całkowitej sekularyzacji, będącej – przynajmniej w części – konsekwencją pozytywistycznej racjonalności, temperatura sporów o „ideologię gender” czy próby zmian w obowiązującym kompromisie aborcyjnym wskazuje, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana.

Z jakiegoś powodu uznaliśmy, że seks jest bardziej zideologizowany niż ekonomia. Nikt nie utyskuje na zajęcia z podstaw przedsiębiorczości, podczas których na piedestale stawia się wartości i postawy dyskusyjne zarówno na gruncie samej ekonomii, jak i socjologii, antropologii społecznej, historii czy etyki. Obrońcy obecnego porządku powiedzieliby zapewne, że wątpliwości natury filozoficznej są drugorzędne wobec faktu, że lekcje mają być przede wszystkim praktyczne, pomóc uczniom odnaleźć się we współczesnym świecie. Trudno jednak nie zauważyć, że, statystycznie rzecz ujmując, młody człowiek ma znacznie większe szanse założyć w najbliższej przyszłości prezerwatywę niż firmę.

Truizmem jest stwierdzenie, że seks to niezwykle istotna część życia społecznego. Jest on jednak sferą specyficzną i szczególnie wrażliwą, dotyczy nas bowiem w sposób jak najbardziej dosłowny, namacalny, bezpośredni i cielesny, mając jednocześnie ogromne znaczenie psychologiczne. Seksualność jest strefą krzyżowania się wielu obszarów ludzkiej aktywności: psychologii, biologii, ekonomii, polityki, ideologii, religii. Skoro więc edukacja ma służyć socjalizacji młodych ludzi do życia w społeczeństwie, zaniedbanie tego aspektu może mieć bardzo negatywne konsekwencje. Jak to zaś często bywa, ideologiczne przepychanki polityków, działaczy społecznych oraz hierarchów kościelnych toczą się w zupełnym oderwaniu od dynamicznej rzeczywistości społecznej.

ilustr.: Anna Libera

ilustr.: Anna Libera

Podręczniki mizoginii

W Polsce można legalnie uprawiać seks od piętnastego roku życia. Z zeszłorocznych badań CBOS-u (raport „Młodzież 2016”) przeprowadzonych wśród uczniów szkół ponadgimnazjalnych wynika, że ze stwierdzeniem „pierwsze kontakty seksualne młodzi ludzie powinni mieć dopiero po zawarciu małżeństwa” zgadza się jedynie 11 procent ankietowanych, a 70 procent jest mu przeciwne. Co więcej, 77 procent uczniów uważa, że małżeństwo nie jest koniecznym warunkiem utrzymywania stosunków seksualnych, kiedy dwoje ludzi się kocha. Przeciętny wiek inicjacji seksualnej to szesnaście i pół roku w przypadku chłopców oraz szesnaście lat i dziewięć miesięcy u dziewcząt. 52 procent ankietowanych ma w swoim środowisku osoby, którym przed ukończeniem 18 lat urodziło się dziecko (w tym 23 procent badanych zna kilka takich osób).

Tymczasem młoda kobieta do osiemnastego roku życia może się udać do ginekologa wyłącznie w towarzystwie rodzica lub opiekuna prawnego. Obok wielu konsekwencji medycznych i psychologicznych oznacza to także, że niepełnoletnia osoba nie jest w stanie uzyskać recepty na tabletki antykoncepcyjne – najskuteczniejszy obecnie środek chroniący przed niechcianą ciążą – bez wiedzy opiekuna. Równocześnie państwo ograniczyło dostęp do antykoncepcji awaryjnej, nie wprowadzając rzetelnej edukacji seksualnej. Tymczasem w zatwierdzonych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej podręcznikach „Wędrując ku dorosłości. Wychowanie do życia w rodzinie dla uczniów klas I–III gimnazjum” możemy przeczytać między innymi: „Wiadomo jednak, że nie chodzi tu tylko o mały fałd błony dziewiczej, ale o coś więcej. To «coś» to integralność osoby ludzkiej. Integralny znaczy związany z całością; to dziewczyna, która «nie rozmienia się na drobne»” (strona 97). Czytamy także: „Dziewczyna szuka miłości w kategoriach romantycznych. Jest wrażliwa na słowa i dotyk. Jeżeli chłopak mówi ciepło i czule obejmuje, dziewczyna otwiera swoje serce i wyobraźnię. Wydaje się jej, że to już ten jedyny, wspaniały i na całe życie. Planuje, jaką będzie miała ślubną suknię, pantofelki, bukiet…” (strona 92).

Podobnie, jak w przypadku motywacyjnych bon motów młodego przedsiębiorcy, głupotę tych stwierdzeń obnażają osiągnięcia nauk społecznych. Wizja płci, w której kobiecie przypisuje się takie cechy jak emocjonalność, romantyczność, naiwność, bierność, mężczyźnie zaś racjonalność, zdecydowanie czy rozwagę nie tylko nie jest powszechnie obowiązująca, lecz prowadzi także do sytuacji takich jak pozbawienie kobiet prawa do głosowania, dostępu do edukacji, ograniczenie możliwości rozwoju kariery zawodowej i tak dalej. Można by na to odpowiedzieć, że, czy tego chcemy, czy nie, wszyscy jesteśmy zanurzeni w kulturze, w której pokutują podobne stereotypy, w związku z tym, niezależnie od osiągnięć nauk społecznych, jesteśmy przez nie kształtowani. Jednak podręcznikowych treści nie potwierdza także indywidualne doświadczenie – nie, czuły dotyk czy ciepłe słowa nigdy nie sprowokowały mnie do projektowania fasonu pantofelków ślubnych, nie wydaje mi się też, aby podobna zależność zachodziła u którejkolwiek z moich koleżanek. Jeśli chodzi o błonę dziewiczą, z nią czy bez niej, moja osoba jest, jak sądzę, całkiem zintegrowana. Cokolwiek owo „zintegrowanie” oznacza.

Zagrożeniem płynącym z prowadzonej w ten sposób edukacji seksualnej jest nie tylko prezentowanie określonej ideologii – tym razem osadzonej w konserwatywnym nauczaniu Kościoła Katolickiego, nie zaś w pozytywistycznej wizji społeczeństwa – jako uniwersalnej i powszechnie obowiązującej. Znacznie bardziej niebezpieczny jest fakt, że owa w istocie mizoginistyczna i oparta na krzywdzących stereotypach wizja świata naturalizuje i pogłębia nierówności, a także w żaden sposób nie konfrontuje się ze współczesną rzeczywistością – nie odpowiada zatem również na jej wyzwania. Wychowani (czy wręcz wytresowani) pod katolickim, esencjalistycznym kloszem, wśród sformułowań rodem z dziewiętnastowiecznych romansów, uczniowie w zetknięciu ze światem znacznie bardziej skomplikowanym mają – jak sądzę – dwa wyjścia. Pierwszym z nich jest przeżycie szoku poznawczego ze wszystkimi trudnymi do przewidzenia konsekwencjami psychologicznymi. Drugie wyjście to odgrodzenie się murem od niebezpiecznej rzeczywistości, jej negacja, połączona z nienawiścią do wszystkiego, co nie mieści się w czarno-białej wizji. „Miała wielu partnerów seksualnych? Puszczalska!”, „Po trzydziestce i wciąż bez męża? Pewnie brzydka!” – i tak dalej.

Ile osób, tyle seksualności

Czy nam się to podoba, czy nie, chrześcijańska wizja ludzkiej seksualności nie jest wizją jedyną ani absolutną. Co więcej, w praktyce jest to wizja dość niepopularna, co pokazują choćby przywołane wyżej statystyki. Ignorowanie tych faktów i filozofia spod sztandaru „tym gorzej dla rzeczywistości” nie pomaga ani Kościołowi, ani świadomemu budowaniu własnej seksualności przez młodych ludzi. Nie pozwala dostrzec uniwersalnych elementów nauki Kościoła mówiących o ludzkiej godności czy równości, które można i należałoby włączyć do nauczania edukacji seksualnej.

Jestem przekonana, że prowadząc edukację seksualną, należy uczyć młodych ludzi, jak zakładać prezerwatywę i jakie są najskuteczniejsze metody antykoncepcji. Kto chce, skorzysta z tych porad, kto chce, zachowa „czystość” do ślubu, a jeszcze kto inny z pełną świadomością zdecyduje się na metody naturalnego planowania rodziny. Ale dla każdej z tych osób będzie lepiej, jeśli uzyska na ten temat rzetelną wiedzę. Prowadząc edukację seksualną, należy uczyć młodych ludzi, że inicjacja seksualna to dla mało której kobiety „oddawanie swojego kwiatu”. Zwykle to krwawe i bolesne doświadczenie, brutalnie odbiegające od romantycznych wyobrażeń. Ktoś może zdecydować, że jednak poczeka, kto inny się tym nie przejmie, a jeszcze ktoś będzie i tak z niecierpliwością czekać na magiczną noc poślubną. Ale przynajmniej nikt się nie przestraszy ani nie zdziwi, widząc krew na prześcieradle. Prowadząc edukację seksualną, należy wreszcie, przede wszystkim, uczyć, że seks to akt dwóch równych sobie osób, które wzajemnie sobie ufają, szanują się nawzajem, czerpią przyjemność i w każdej chwili mogą się z niego wycofać. Że jeśli któryś z tych warunków nie zostaje spełniony, zdecydowanie lepiej poczekać. Że seks, zwłaszcza ten pierwszy, jest dla wielu osób ważnym i formacyjnym doświadczeniem, a co za tym idzie, wiąże się z niespotykaną w innych sferach odpowiedzialnością za drugiego człowieka – ma zatem również bardzo silny aspekt moralny. Że seks to nie podbój, konkurs, walka płci, nagroda za dobre sprawowanie czy przemoc. Seks to przede wszystkim spotkanie dwojga odpowiedzialnych ludzi, którzy powinni jak najbardziej świadomie określać jego warunki. I że to spotkanie powinno dawać przyjemność i satysfakcję obydwu stronom. Ten ostatni element, bazujący przecież na nauczaniu Kościoła, powinien stanowić absolutną bazę do świadomego mówienia i nauczania o ludzkiej seksualności.

Edukacja seksualna powinna wreszcie uczyć także akceptacji własnej seksualności, czyli de facto akceptacji samej i samego siebie. W 2015 roku samobójstwo popełnił Dominik, we wrześniu tego roku Kacper. Obaj byli zaszczuwani przez kolegów i koleżanki ze względu na swoją domniemaną homoseksualną orientację. Wszystko wskazuje na to, że prędzej czy później ktoś do nich dołączy – w Polsce około 63 procent młodzieży LGBT+ miało myśli samobójcze. Można się spierać na temat form włączania osób LGBT w krąg praw rodzinnych i reprodukcyjnych. Jednak na zło, przemoc i szczucie, także to schowane pod płaszczykiem „obrony normalności i moralności”, nie może być zgody. Wynika to także z przesłania Ewangelii. Ale nienormatywna seksualność to nie tylko odstępstwo od heteronormatywności. To także wszelkie formy realizowania własnej seksualności niemieszczące się w prostym obrazku, w którym seks to stosunek pochwowy, najlepiej w pozycji misjonarskiej, najlepiej w małżeństwie, najlepiej tylko do jego wytrysku. I nie chodzi wcale o to, by pokazywać uczniom rozmaite niestandardowe techniki uzyskiwania zmysłowej przyjemności, lecz by ich uspokajać, że nie ma nic złego ani „nienormalnego” w fakcie, że jedne rzeczy sprawiają im przyjemność, a inne nie. Bo ile osób, tyle seksualności.

***

Trudno na poważnie traktować argumenty konserwatywnej strony sporu o „seksualizacji młodzieży”. Czy naprawdę propagatorzy tego terminu do tego stopnia wierzą w performatywną funkcję słowa? Czy sama informacja, że istnieją prezerwatywy, związki homoseksualne czy seks oralny sprawi, że pilni adepci pospieszą, by sprawdzić tę wiedzę w praktyce? Nie mówiąc już o tym, że w żaden sposób nie da się uciec od „seksualizacji” współczesnej kultury: reklamy, okładki magazynów, filmy (nie tylko te pornograficzne), promujące trudny do osiągnięcia ideał piękna i szkodliwe, często oparte na uprzedmiotowieniu kobiety, relacje damsko-męskie są przecież wszechobecne. Lekcje edukacji seksualnej mają szansę stać się bezpiecznym miejscem, w którym poznawanie własnej seksualności oparte będzie na wiedzy, nie zaś na aspiracjach i niemożliwych do osiągnięcia wzorcach, gdzie obok rozmowy o „technicznych” szczegółach mówić się będzie o psychologicznych i moralnych aspektach ludzkiej seksualności, związanych z intymnością i odpowiedzialnością za drugiego i drugą. Jestem przekonana, że wiedza sama w sobie nie szkodzi. Zostawmy więc uczniom wybór, co z nią zrobią. Bo decyzje o swoim życiu seksualnym będą podejmowały z nią czy bez niej. W końcu „dziecko to też człowiek, tyle że jeszcze mały”.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Wspólne dzieci

Kazimierczyk: Nie chcemy upartyjnionej edukacji!