dwutygodnik internetowy
31.10.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Szklany sufit w Białym Domu

Niestety, wydaje się, że to nie afery, ale płeć jest największą przeszkodą na drodze Clinton do sukcesu. Powszechne wyobrażenia na temat cech typowo kobiecych rzadko kiedy pokrywają się z cechami, które przypisuje się przywódcom.

Ilustr.: Zuzanna Wicha

ilustr.: Zuzanna Wicha

Kampania wyborcza w Stanach Zjednoczonych została już przez internautów zaliczona do serii niefortunnych zdarzeń, które nawiedziły nas w roku 2016. Wyjątkowo męcząca, wydobyła na wierzch wszystkie brudy, skrywane dotychczas pod płaszczykiem poprawności politycznej. Kandydaci dwóch największych partii biją rekordy w rankingach niepopularności. Wszelkie normy społeczne zostały na czas kampanii zawieszone. Słowa, które w minionych latach wywołałyby protesty i okrzyki zdumienia, w tym roku przechodzą bez echa w natłoku bluzgów, jakie wydaje z siebie Donald Trump.

Mimo wszystko kampania jest fascynująca. Pierwszy raz w historii szansę na zajęcie fotela prezydenta ma kobieta. Aby ten moment był możliwy, Hillary Clinton od lat zmagała się ze stereotypami. Każdego dnia, bez względu na majątek czy pozycję społeczną, w mniejszym lub większym stopniu, z podobnymi uprzedzeniami mierzy się większość kobiet.

Jędza i samiec alfa

W 2008 roku Amerykanie wybrali pierwszego ciemnoskórego prezydenta. Kontrkandydatką Baracka Obamy w prawyborach partii demokratycznej była właśnie Hillary Clinton. Wiadomym jest oczywiście, że w wyborach prezydenckich liczy się nieco więcej czynników niż jedynie płeć i rasa. Warto zauważyć jednak, że w kraju, w którym jeszcze kilkadziesiąt lat temu panowała zinstytucjonalizowana segregacja rasowa, wyborcom łatwiej pokonać było rasizm niż seksizm. Możliwe, że Obama był po prostu lepszym kandydatem – ale możliwe też, że przeciętnemu amerykańskiemu wyborcy łatwiej było uwierzyć, że „nawet” czarnoskóry mężczyzna jako prezydent sprawdzi się lepiej niż kobieta.

Jako Sekretarz Stanu w gabinecie Obamy Hillary Clinton cieszyła się dużym poparciem społecznym. W 2013 roku sondaże wskazywały ją jako najbardziej popularnego polityka w USA. Co się zmieniło od tego czasu? Czy aż tak bardzo zaszkodziło jej śledztwo FBI prowadzone w związku z wyciekiem tysięcy jej służbowych maili? Niestety, wydaje się, że to nie afery, ale płeć jest największą przeszkodą na drodze Hillary do sukcesu. Za każdym razem, kiedy kandyduje ona na wyższe stanowisko, spotyka się ze społeczną niechęcią. Kobieta dążąca do władzy to zjawisko wykraczające poza normę. Powszechne wyobrażenia na temat cech typowo kobiecych rzadko kiedy pokrywają się z cechami, które przypisuje się przywódcom. Kandydując na najwyższe państwowe stanowisko, Clinton wyszła poza stereotypową rolę słabszej, łagodniejszej od mężczyzny istoty. Wzbudziło to falę uprzedzeń, które mają wpływ na jej szanse zostania wybraną.

Stereotypy działają za to na korzyść Donalda Trumpa. Jest on typowym białym, bogatym mężczyzną, który uważa się za zdolnego do rozwiązania wszystkich problemów świata głównie przy pomocy siły fizycznej. Wszelkie zachowania, które dyskwalifikowałyby każdego innego polityka, działają na jego korzyść. Chce wyrzucać muzułmanów z kraju? Hurra, walczy z terroryzmem! Nazywa Meksykanów gwałcicielami? Tak, mówi to, co wszyscy myślimy! Mówi wprost o tym, jak molestuje kobiety? Hurra, prawdziwi mężczyźni tak właśnie mówią o swoich podbojach podczas „locker room talks”, które odbywają wszyscy chłopcy w szatni po wuefie, niewybrednie żartując i obrażając kobiety.

Wyczekiwane starcie

Nie można się zatem dziwić, że przy dwóch tak mocnych osobowościach, budzących wiele sprzecznych uczuć i społecznych kontrowersji, pierwsza debata prezydencka pobiła rekordy oglądalności. Media budowały atmosferę wokół niej już na długo przed wybiciem pierwszej minuty. Trump dotychczas jak burza szedł przez debaty kandydatów partii republikańskiej. Zakrzykiwał i ośmieszał swoich przeciwników, oskarżał ich o brak energii do bycia najważniejszą osobą w państwie. Strategia ta do tej pory go nie zawodziła. Clinton miała jednak za sobą długą historię słownych pojedynków z pragnącymi ją zdominować mężczyznami. A seksizm w takim wyjątkowym wydarzeniu, jakim jest debata telewizyjna, na ogół szkodził nie jej, lecz jej przeciwnikom. Tak było na przykład w 2000 roku, gdy republikanin Rick Lazio w trakcie debaty kandydatów na senatora Nowego Jorku postanowił podejść do mównicy, przy której stała Clinton, tym samym naruszając jej osobistą przestrzeń. Widownia źle odebrała postawnego mężczyznę starającego się swoim zachowaniem przytłoczyć kobietę. Poparcie republikanina zaczęło topnieć, stereotypy płciowe zagrały na korzyść Hillary. Paradoksalnie Clinton jest najbardziej lubiana właśnie wtedy, gdy znajduje się pod ostrzałem ze strony mężczyzn. Silniej wpasowuje się wtedy w tradycyjny stereotyp słabszej, wymagającej ochrony kobiety i nie drażni swoich potencjalnych wyborców „męskim zachowaniem”.

Pierwsza debata okazała się niemalże starciem Dawida z Goliatem. Trump, przekonany o swojej przewadze, nie pofatygował się nawet przygotować do spotkania. Clinton natomiast opracowała wraz ze swoim sztabem strategię, która pozwoliła jej skutecznie uwypuklić wszystkie najsłabsze punkty kontrkandydata. Poczynając od mówienia do Trumpa po imieniu (tajemnicą poliszynela jest fakt, iż Trump ma niewytłumaczalną awersję do bycia nazywanym Donald), przez atakowanie jego rzekomych sukcesów ekonomicznych, na przypominaniu o seksistowskich komentarzach kończąc. W tę pułapkę pseudorepublikanin wpadł jak śliwka w kompot, jeszcze w kilka dni po debacie nieudolnie broniąc jednej ze swoich wypowiedzi, w której obrażał Miss Universe, wypominając jej przybranie na wadze i latynoskie korzenie.

Odwaga kontra perfekcja

Debata uwypukliła również głęboko zakorzenione w kulturze różnice w postrzeganiu płci. Mają one wpływ przede wszystkim na proces wychowania – badania pokazują, jak różnicuje się przekaz edukacyjny w zależności od płci. Małych chłopców uczy się, by byli zawsze odważni. Mają próbować wszystkiego, nie bać się zabierać głosu i pewnością siebie podbijać świat. Dziewczynki natomiast od małego wiedzą, że muszą być perfekcyjne. Nie zgłoszą się do odpowiedzi w klasie, dopóki nie mają stuprocentowej pewności, że znają poprawne rozwiązanie. Ostrożnie podchodzą do życia, rozważając możliwe konsekwencje swoich działań. Dziewczynek nie zachęca się do podróży i czerpania z życia, lecz do bycia przykładną, schludną osobą. Tymi stereotypami i wynikającymi z nich różnicami w wychowaniu można wytłumaczyć, dlaczego Trump nie przygotowywał się skrupulatnie do debaty. Postanowił wziąć byka za rogi i zagrać pewnością siebie. Taka strategia może przynosić korzyści w życiu codziennym, niekoniecznie sprawdza się jednak w kampanii wyborczej. Pewność siebie i spontaniczność obróciły się przeciwko niemu. Przy pomocy dokładnie zaplanowanej i przećwiczonej wiele razy strategii, po wielu dniach dokształcania się, Clinton była w stanie pokonać Trumpa na każdej płaszczyźnie debaty.

Wszystkie trzy przedwyborcze debaty były trafną, acz smutną ilustracją zjawiska, które od pewnego czasu nosi miano mansplainingu. Mansplaining (z połączenia słów „man” – mężczyzna i „explain” – tłumaczyć) to określenie sytuacji, w której mężczyzna w protekcjonalny sposób przerywa wypowiedź kobiety, nie daje jej dojść do głosu lub tłumaczy oczywiste pojęcia. W czasie pierwszej debaty Trump przerwał kontrkandydatce aż 51 razy. Ona jemu zaledwie 17. Moderator Lester Holt ukrócił wypowiedzi Clinton 70 razy, a Trumpa upomniał tylko 47, choć nie można powiedzieć, by to ona, częściej niż Trump, łamała reguły debaty. Można oczywiście twierdzić, że wcale nie obrazuje to seksizmu i że Trump zawsze przekrzykuje swoich rozmówców, niezależnie od ich płci. Jednak skala tego typu zachowań w trakcie serii debat prezydenckich mówi sama za siebie. Przerywanie kobietom jest zjawiskiem na tyle powszechnym, że doczekało się własnego słowa, nie warto więc mydlić ludziom oczu i próbować wyjaśnić je jedynie wrodzonym grubiaństwem Trumpa.

Niektórzy twierdzą, że debaty były nie tylko ilustracją mansplainingu, lecz również wszystkich innych sytuacji, w których kobieta musi współpracować z mężczyzną na teoretycznie równej pozycji. Podwójne standardy nie pozwalają kobiecie stanowczo i krótko wypowiedzieć swojego zdania. Kiedy mężczyzna powie „to kłamstwo”, kobieta musi powiedzieć: „Przepraszam, że się ośmielam, ale chciałabym zauważyć, że ta wypowiedź może zawierać nieprawdziwe fragmenty. Oczywiście, mogę się mylić, ale prosiłabym o sprawdzenie tego”. I nie powie tego wcale nie dlatego, że jest gadułą i nie potrafi klarownie ułożyć swojej wypowiedzi. Badania psychologiczne wskazują, że kobieta w pozycji władzy, wyrażająca swoje zdanie jasno, szybko i bez zbędnego komentarza, narażona jest częściej na bycie postrzeganą jako „wredna”, „panosząca się”. „Zimna suka”, która się rządzi. Clinton nie mogła po prostu pozwolić sobie na zachowanie podobne do Trumpa. Musiała utrzymać sympatię i poparcie wyborców, a w tym celu kobieta musi uśmiechać się ładnie i grzecznie odzywać.

Siła spokoju

Hillary nie mogła więc przerywać Donaldowi. Czy wyborcy zaakceptowaliby, gdyby podniosła głos lub energicznie gestykulowała? Otóż nie. Kobiety z natury mają głosy wyższe od męskich, które brzmią mniej przyjemnie dla ucha przeciętnego słuchacza. Kiedy kobieta mówi szybko i podniesionym tonem, odbierana jest często jako osoba rozhisteryzowana, dająca się ponieść emocjom. Obszerna i energiczna gestykulacja również nie przystoi kobiecie. Nauczeni jesteśmy cenić męską żywiołowość i kobiecą powściągliwość. Dlatego też łatwo było Trumpowi oskarżyć Clinton o brak odpowiedniego temperamentu i wytrzymałości. Był to jednak ostatni gwóźdź do jego trumny w trakcie pierwszej debaty. Większość, mając do wyboru wybuchowy charakter Trumpa lub nawet najmniej energiczną, mało ciekawą osobowość, wybrałaby jednak to drugie.

Dopiero przy okazji trzeciej debaty Clinton pokazała swoje prawdziwe, niestłamszone na potrzeby kampanii oblicze. Autentycznie i z pasją broniła stanowiska odnośnie aborcji. Głośno i stanowczo zarzucała Trumpowi brak zaufania do służb publicznych USA w kontekście śledztwa prowadzonego przeciwko Hillary przez FBI. Spotkało się to z aprobatą publiczności, lecz z wyraźną dezaprobatą Trumpa. Niewiele myśląc, rzucił więc komentarz, w którym nazwał Clinton „wstrętną kobietą”. Tak wyraźnie seksistowska odzywka była tylko wodą na młyn dla jego krytyków. Trumpowi ostatecznie puściły nerwy, a wieniec laurowy w debacie znów powędrował do kontrkandydatki.

No women no kraj

Kiedy 8 listopada Amerykanie pójdą głosować, nie będą wybierać tylko kolejnego prezydenta. Będą musieli zdecydować, czy chcą stabilnej sytuacji wewnętrznej i międzynarodowej oraz dalszego postępu światopoglądowego czy „Wspaniałej Ameryki”, w której władzę sprawuje ksenofob-mizogin. Niektórym wydaje się, że prywatne zachowanie Trumpa w stosunku do kobiet nie ma znaczenia i nie będzie miało wpływu na politykę państwa. Według Analissy Merelli, dziennikarki „Quartz”, takie nastawienie jest błędem. Porównuje ona Trumpa do Berlusconiego, którego wieloletnia władza we Włoszech legitymizowała seksistowskie, przedmiotowe traktowanie kobiet, doprowadzając do sytuacji, w której Włochy sytuują się na ostatnim wśród krajów zachodnich miejscu w rankingach równości płciowej.

Jeśli Hillary Clinton zostanie prezydentką, czeka ją nie lada wyzwanie. Nie będzie bowiem oceniana tymi samymi kryteriami, jakimi wszyscy poprzedni prezydenci USA. Wszelkie jej zachowania i decyzje będą skrupulatnie odnotowywane i uogólniane na wszystkie kobiety, a ogromną rolę grać będą seksistowskie stereotypy omówione już wyżej. Istnieje ryzyko, że po raz przebitym szklanym suficie opinia publiczna uzna wszelkie nierówności płciowe za niebyłe. Możliwe, że potem przez wiele lat przyjdzie czekać Ameryce na kolejną prezydentkę. Warto jednak zaryzykować.

  • Piotr Ciompa

    Autorka miałaby rację, gdyby w prawyborach to kobieta Clinton nie była nieuczciwie promowana przeciw mężczyźnie Sandersowi. Gdyby aspekty na które zwraca uwagę autorka dominowały w amerykańskim społeczeństwie, powinny zagrać już wtedy. A tak nie było. Tak więc bycie kobietą w ubieganiu się o Biały Dom nie pomaga, ale nie przeszkadza aż tak bardzo by argumenty merytoryczne nie ważyły. Trzeba było wystawić lepszą, mniej uwikłaną w męskie gry kandydatkę (np. kobietę, która zajęła najwyższą do tej pory funkcję w państwie Nancy Pelosi, spikerkę Kongresu i szefową Demokratów w Kongresie). A przypominam, że republikanie na wiceprezydenta wystawili kilka lat temu gubernatorkę Alaski Sarah Palin, i nikt nie obawiał się, że to odbierze im głosy konserwatywnego elektoratu).