dwutygodnik internetowy
05.11.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Szekspir znaczy wolność

Paolo i Vittorio Taviani do swojego najnowszego filmu “Cezar musi umrzeć” zaangażowali więźniów włoskiej placówki o zaostrzonym rygorze – Rebibbia: członków Camorry, morderców, sprawców rozbojów z bronią w ręku, przestępców uwikłanych w narkobiznes.

„I ty przeciwko mnie, Brutusie?” – te słowa zna chyba każdy. Jednak zupełnie inaczej zabija na scenie ten, kto zabijał w rzeczywistości.

 

Bracia Paolo i Vittorio Taviani do swojego najnowszego filmu (nagrodzonego Złotym Niedźwiedziem na MFF w Berlinie) zaangażowali więźniów włoskiej placówki o zaostrzonym rygorze – Rebibbia: członków Camorry, morderców, sprawców rozbojów z bronią w ręku, przestępców uwikłanych w narkobiznes. Skazanych na dożywocia lub wieloletnie odosobnienie. To oni występują w więziennej inscenizacji „Juliusza Cezara” Williama Szekspira.

Punktem wyjścia jest casting, podczas którego osadzeni indywidualnie odgrywają scenki zaproponowane przez reżysera. Nieliczni szczęśliwcy zostają wybrani do spektaklu. Zaczynają uczyć się swoich kwestii, wspólnie odczytują sztukę z podziałem na role, w końcu przechodzą do prób włączających mimikę i ruch sceniczny. W nudnych – jak niektórym wydawało się w czasach szkolnych – słowach Szekspira odkrywają prawdę o sobie i analogie do swoich przeżyć. Z wolna utożsamiają się z odgrywanymi przez siebie postaciami. Nie wszystko idzie jednak jak z płatka. Do głosu dochodzą czasem bolesne wspomnienia; innym razem na jaw wychodzą prywatne zatargi między więźniami, które muszą zostać odsunięte na dalszy plan dla dobra przedstawienia. W sztuce skazańcy odnajdują również namiastkę prawdziwej wolności. Wolności wśród murów, które będą ich ograniczały jeszcze przez lata. Namiastkę, bo wyzwolenie trwa póty, póki brzmią słowa Szekspira.

 

Mimo dokumentalnej otoczki, film nie jest dokumentem w ścisłym tego słowa znaczeniu. Sceny z udziałem więźniów uczących się tekstu i przygotowujących się do spektaklu są inscenizowane. Akcja rozgrywa się na kilku płaszczyznach. Jedną stanowi rzeczywistość przedstawiona w filmie, którą bierzemy za stricte dokumentalną; oglądamy obraz oczami naiwnego odbiorcy, uznajemy go za prawdziwy. Drugą stanowi inscenizowanie scen, w których kryje się prawda; inscenizowanie nauki kwestii, odgrywania ról, ruchu scenicznego – przygotowań do spektaklu. Rzeczywistość i fikcja przeplatają się na ekranie, a widzowie nie są w stanie odróżnić, co jest fabułą, a co dokumentem. I tu kryje się trzecia płaszczyzna. Odbiorca siłą rzeczy musi zacząć poszukiwać fragmentów prawdy przysłoniętych inscenizacją; drążyć stany ducha aktorów-naturszczyków. Bo nie w Szekspira każą nam się wczuć bracia Taviani, a w skazańców.

Zadaniem widza jest przebrnięcie labiryntu wybudowanego przez twórców i odnalezienie w nim siebie. To nie tania przypowieść o tym, że powinniśmy cenić wolność, o której zapominamy, póki jej nie stracimy. Nie jest to również apologia więźniów, którzy mieliby być niesłusznie skazani lub niesłusznie przetrzymywani za kratami, mimo że już się zresocjalizowali. Więzienie w filmie „Cezar musi umrzeć” jest przeciwieństwem hollywoodzkich zakładów karnych. Smutne, ciche, po brzegi wypełnione marazmem. W czarno-białej tonacji. Teatr to jedyna forma urozmaicenia codziennej monotonii. Trud przygotowań wieńczy unikalny przebłysk wolności – kolorowe wystawienie dramatu. Kontakt ze światem zewnętrznym; kontakt ze sztuką; kontakt, którego podświadomie szuka każdy z nas.