dwutygodnik internetowy
09.07.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Szarlatan na dystans. Przyjemność – kto to wymyślił?!

  Gabriel Syme, bohater „Człowieka, który był czwartkiem” Gilberta K. Chestertona, wielkim wstrętem darzył zarówno kakao, jak i absynt. Wszystkiemu winna była rodzina z powikłaniami: „Im zapalczywiej matka głosiła ascezę, prześcigając purytanów, tym gorliwiej ojciec apostołował na rzecz swobody obyczajów nieznanej nawet poganom. Kiedy w końcu matka zaczęła nawracać wszystkich dokoła na wegetarianizm, ojciec posunął […]

 

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Gabriel Syme, bohater „Człowieka, który był czwartkiem” Gilberta K. Chestertona, wielkim wstrętem darzył zarówno kakao, jak i absynt. Wszystkiemu winna była rodzina z powikłaniami: „Im zapalczywiej matka głosiła ascezę, prześcigając purytanów, tym gorliwiej ojciec apostołował na rzecz swobody obyczajów nieznanej nawet poganom. Kiedy w końcu matka zaczęła nawracać wszystkich dokoła na wegetarianizm, ojciec posunął się do obrony ludożerstwa”.

 

Infekcja skrajności, krańcowość jako instynktowne panaceum na inną krańcowość − kto z nas tego nie zna? Kilka zdań namaszczonego kazania w tonacji vanitas vanitatum w wersji 2.0, czyli vanitas z uwzględnieniem internetu, telewizji i tym podobnych wyuzdanych potworności świata tego − i już dla równowagi i z przekory z chęcią usiedlibyśmy jakiemuś orgazmowi i libacji na kolanach. Zanim jednak przysiądziemy, oko zawadzi o kogoś wielce znanego, kto na łamach prasy słowem pospolicie prostym zapewni, że on to na takich kolankach siaduje całymi dniami, a nawet i na odwrót w ramach eksperymentu. Rzecz ta tak nas wypełnia absmakiem, że oto jesteśmy już w drodze, żeby zastukać do bram podmiejskiego klasztoru i ze skruchą wyznać, że owszem: asceza i tylko asceza może nas uratować, a przed światem trzeba się schować, najlepiej w małej trumience. Bez żadnych okien – żeby nie było wątpliwości.

 

Wspomniany bohater Chestertona w ramach buntu opowiada się za umiarem, złotym środkiem. Zostawmy tu Gabriela Syme’a w jego oddzielnej od naszej historii. Poza światem fikcji literackiej mamy do obejrzenia problem, rozdęte już poważnie zagadnienie: co się tak strasznie pokomplikowało, że kiedy w kościele usłyszymy jedno dobre słowo o przyjemności, wypadałoby odnotować tę rzadkość w księdze, a przynajmniej na Facebooku. „O przyjemności” − podkreślmy − bo słowa „radość” i „szczęście” padają w kazaniach i katolickiej publicystyce dość często. Z tym że w najwyższych rejestrach − zazwyczaj w odniesieniu do radości życia wiecznego lub szczęścia doświadczania Chrystusa już teraz w Eucharystii.

 

Przez myśl mi nie przechodzi to szczęście negować. Turla się tylko wokół mnie pytanie, czy ze strachu przed skrajnością hedonizmu nie zakopaliśmy (my jako Kościół) piękna i całej tajemnicy przyjemności. Jak dodany do tego ewangelicznego talent, który wydał się fałszywą monetą, wypuszczoną przez wrogi, nie-Boży bank. Co jeśli przyjdzie się z tego talentu rozliczyć?

Czy jedynymi przyjemnościami, do których katolik może się w zgodzie z własnym sumieniem przyznać, są śpiew słowika i przyglądanie się, jak kwiaty rosną? Metaforyka florystyczna ma się akurat w Kościele dobrze, nie padł na nią poważniejszy cień podejrzeń. Na ławie oskarżonych zasiadały jednak rozliczne przyjemności, a już szczególnie dla wszystkiego, co związane z seksem, przygotować trzeba by było kilka oddzielnych krzeseł, foteli, fotelisk. Musiało w poprzednich wiekach na owej ławie bywać wesoło, np. wobec sytuacji opisanej przez ks. Andrzeja Dragułę w artykule „Katolików problemy z przyjemnością” („Więź” 7/2012 „Pochwała przyjemności”): „Według kard. Wilhelma de Courçon, nawet jeśli małżonkowie najpierw myślą jedynie o spłodzeniu dziecka, nadchodzi chwila, gdy spływają na nich «rozkosze ciała» i wówczas popełniają grzech powszedni. Człowiek pobożny słusznie zaczyna czuć się nieswojo, gdy akt płciowy sprawia mu przyjemność – twierdzi de Courçon i zaleca, by dzielnie wytrzymać tę rozkosz, starając się odczuwać ją w jak najmniejszym stopniu”.

 

Szczęśliwie nasza epoka trochę w tych sprawach podbiegła i odskoczyła, katoliccy małżonkowie nie muszą już zaciskać zębów, by mężnie znieść „ohydę rozkoszy”. Wciąż jednak przyjemność ma w sobie coś z szarlatana, cynicznego cwaniaka, z którym czasem można coś ugrać, ale z reguły lepiej trzymać go na dystans. Ks. Draguła podsumowuje taki stan rzeczy w swoim artykule: „Ostatecznie więc – zdaje się nam podpowiadać Kościół – nawet jeśli nie da się udowodnić, że przyjemność jest zła, to lepiej – tak na wszelki wypadek – jej unikać”.

 

A jeśli spotykamy się z Bogiem także w radościach bardzo przyziemnych, przyjemnościach takich jak smakowanie dobrego wina? Ba! Wino jeszcze uchodzi, jako trunek z górnej półki. Czy jednak nie zechciałby Bóg pogawędzić z nami w knajpie przy piwie? Zjeść dobry obiad? Przespacerować się po mieście, szukając co ciekawszych murali? Nie wybrałby się z nami na partyjkę gry w bule? Przyjemności tego rodzaju, wprawdzie nie napiętnowane przez Magisterium Kościoła, na ogół wydają się stać poza kręgiem tematów, które duszpasterzowi wypadałoby podejmować, a dziennikarzowi z prasy katolickiej opisać. Wprawdzie są duszpasterstwa, z reguły akademickie, które nie tylko modlą się wspólnie, ale także razem spędzają czas wolny, przyjemność zdaje się tu jednak dodatkiem, czymś nieprzekraczającym podziału na sacrum i profanum. A co gdyby przyjemność nic sobie z takich podziałów nie robiła i przewędrować chciała do tego, co zwykliśmy (od czasu Wcielenia niezbyt chyba zasadnie) wydzielać jako sacrum?

 

Może jednak to, że Bóg chciałby się z nami pobawić, zagrać, zabalować, nie jest tematem błahym? Joseph Ratzinger w artykule zatytułowanym „Gra i życie – mistrzostwa świata w piłce nożnej” pisał: „Wołanie za chlebem i igrzyskami jest właściwie wyrazem pragnienia rajskiego życia, życia sycącego bez wysiłku i życia spełnionej wolności. Taki jest bowiem cel zabawy: działanie, które jest całkowicie wolne, pozbawione celu i przymusu, a przy tym jeszcze angażuje i wypełnia wszystkie siły człowieka. W tym sensie gra byłaby pewnego rodzaju próbą powrotu do raju: wyjściem ze zniewalającej codzienności i troski o życie do wolnej powagi tego, co nie musi być i właśnie dlatego jest piękne. Zatem gra przekracza w pewnym sensie sferę codzienności”.

 

Cytuje się często piękne zdanie św. Augustyna z Hippony: „Człowieku, naucz się tańczyć, bo inaczej aniołowie w niebie nie będą wiedzieli, co z tobą zrobić”. Wiele innych przyjemności także upomina się o uwagę. Bez nich Bóg, aniołowie i wszyscy święci narzekać mogą, że w naszym towarzystwie tylko wielka nuda i poziewanie.

 

——————

Łączeniem wiary i przyjemności, a także zakopywaniem podziałów między sacrum i profanum zajmuje się „Dywiz. Pismo Katolaickie”: http://magazyndywiz.pl/