dwutygodnik internetowy
5.11.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Synod, którego mogłoby nie być

Hierarchia kościelna stara się przedstawiać zakończony właśnie synod jako szansę na nowe otwarcie w relacjach z młodzieżą. Sami młodzi jednak tego zapału wyraźnie nie podzielają. Bo i nie mają ku temu powodów.

ilustr.: Anna Imianowska

ilustr.: Anna Imianowska

W niedzielę 28 października zakończyły się niemal miesięczne obrady synodu o młodzieży, którego celem było poznanie i zrozumienie przez hierarchów Kościoła stanu i postaw osób młodych oraz wypracowanie odpowiedniego programu duszpasterskiego. Potrzeba kroku w tym kierunku jest nadzwyczaj paląca, ponieważ laicyzacja, zwłaszcza wśród osób młodych, postępuje w dramatycznym tempie. Na wczoraj potrzebne nam są nowe, skuteczne rozwiązania, oparte na dogłębnym wglądzie i wnikliwej refleksji.

Czy jednak synod sprostał temu zadaniu? W mojej opinii na to pytanie trzeba niestety udzielić odpowiedzi negatywnej. Chociaż Watykan forsował wizję synodu jako radosnego i konstruktywnego spotkania hierarchów z młodzieżą, w rzeczywistości był on raczej rytuałem utwierdzania się w dobrym samopoczuciu przez biskupów, w którym garstka wyselekcjonowanych młodych pełniła funkcję listka figowego. Sama młodzież ani nie została de facto potraktowana na poważnie jako równoprawny partner do dyskusji, ani też – co w tej sytuacji nie dziwi – nie wykazała szerszego zainteresowania tematem.

Porażka synodu nie jest w mojej opinii wynikiem złej woli (wszystkich) hierarchów. Zabrakło jednak realnej, a nie czysto deklaratywnej i oportunistycznej, chęci przebicia bańki, w której ciągle przebywają biskupi. Intencje były szczytne, ale próżno szukać prawdziwej chęci ich realizacji – wymagałoby to realnego wysiłku oraz porzucenia łatwych i przyjemnych rozwiązań, a nie kurtuazyjnych w znacznej mierze sesji dyskusyjnych kilkudziesięciu osób. Klęska tej inicjatywy to także wypadkowa szeregu potknięć o charakterze organizacyjnym, które chciałbym tu zwięźle opisać.

Problem pierwszy: konsultacje

Na dobre kilka miesięcy przed synodem Watykan zapowiedział, że przeprowadzi szeroko zakrojone konsultacje z młodzieżą w mediach społecznościowych i w Internecie. Niestety nie zostało to dostatecznie nagłośnione, wobec czego przedsynodalne ankiety wypełniło stosunkowo mało osób. Udało mi się dotrzeć do informacji o 65 000 wypełnionych ankiet – w skali świata jest to śmiesznie mało (dla porównania: w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie fizycznie uczestniczyło około 2 500 000 osób). Oficjalny fanpage synodu na Facebooku polubiło zaś ledwie niecałe 28 000 osób z całego świata (stan na 6 listopada). Więcej lajków ma chociażby facebookowy profil rodzimego płynu do naczyń „Ludwik”.

Polem do konstruktywnej wymiany myśli miały być specjalnie zorganizowane grupy na Facebooku. Młodzi mogli do nich swobodnie dołączać i odpowiadać na zadawane przez administratorów pytania o ich położenie i przekonania. Odpowiedzi miały stanowić bazę dla Instrumentum laboris (dokumentu roboczego, będącego punktem wyjścia dla właściwych obrad), o którym będzie jeszcze mowa. Do grupy anglojęzycznej należy obecnie (6 listopada) niecałe 2500 osób. Jednak nawet i te skromne kanały informacyjne adresowane do młodych ludzi były bardzo źle zarządzane. Publikowano na nich codziennie wiele postów, często udostępniając materiały innych stron bez słowa komentarza. Główną stronę synodu prowadzono naraz w kilkunastu językach, co tworzyło w praktyce wielki chaos.

O reprezentatywności czy dostatecznej wielkości grup nie może być zatem mowy. W samych grupach podnoszono również argumenty, że przeprowadzenie konsultacji właściwie tylko w Internecie dyskryminuje młodzież z krajów mniej zamożnych, a wręcz wprowadza hegemonię perspektyw Europy, Ameryki czy innych regionów rozwiniętych. Sam fakt sięgnięcia po Internet uważam za pozytywny, ale zbytnie opieranie się na nim, bez sięgnięcia na szerszą skalę po tradycyjne metody (papierowe ankiety, liczne rozmowy duszpasterzy z wiernymi i tym podobne), dało negatywne skutki.

Problem drugi: Instrumentum laboris

Dokument nazywany Instrumentum laboris, będący punktem wyjścia dla refleksji ojców synodalnych, miał stanowić wypadkową wspomnianych konsultacji oraz prac młodzieży zebranej w Watykanie na spotkaniu poprzedzającym synod (19–24 marca). Owa młodzież jednak została wybrana w stosunkowo małej liczbie. W sposób niejawny wyselekcjonował ją kler – szersza opinia publiczna dowiedziała się o tym post factum. Szerszych gron młodych katolików nie dopuszczono do wypowiedzi. Poza tym, co szczególnie przykre, sekretariat synodu ściśle kontrolował przebieg spotkania, nie powstrzymując się nawet przed blokowaniem inicjatyw przedstawicieli młodzieży, gdy okazywały się niezgodne z jego myślą. Przykry był dla mnie również kontakt z jedną z polskich audytorek na synodzie. Chcąc się dowiedzieć, jak dokładnie funkcjonuje spotkanie przedsynodalne (informacje te były niejawne), oraz wskazać na nieprawidłowości w jego przebiegu, kontaktowałem się z nią na Messengerze. W jej odpowiedziach i działaniach raził brak skutecznego zaangażowania i kompetencji – miała problemy z opisaniem zadań przed nią stojących, nie była też w stanie przedstawić procedur, w których brała udział. Na pytania odpowiadała w sposób bardzo ogólny i kurtuazyjny.

Jak się finalnie okazało, Instrumentum laboris nieraz skrajnie odbiega od tego, co młodzi wyrażali podczas konsultacji. Wiele z kluczowych wątków przez nich poruszanych zostało zupełnie pominiętych. Tekst jest zaś pełen bardzo ogólnych, opisowych frazesów, lansowanych już wcześniej przez sekretariat synodu, dotyczących na przykład – o ironio! – konieczności lepszego kontaktu z młodzieżą (jednak bez jakichkolwiek konkretów). Jak się potem okazało, młodzież pracująca nad dokumentem miała reglamentowany dostęp do informacji – dane przekazywane z internetowych konsultacji były okrajane. Przez kogo? Wedle jakich kryteriów? To tajemnica.

Jednym z pominiętych zagadnień była liturgia. Młodzież prosiła ojców synodalnych, by podjęli refleksję nad tym kluczowym dla Kościoła zagadnieniem. Jak stwierdzili uczestnicy konsultacji, kapłani zbyt często zmieniają liturgię według własnego uznania, wprowadzając kicz, tanią emocjonalną płytkość i tandetę, a to nie sprzyja szczeremu spotkaniu z Bogiem w trakcie mszy czy innych nabożeństw. Tych licznych i wyraźnych głosów zupełnie nie uwzględniono w Instrumentum laboris. Gdy zaś już podczas samego synodu zagadnienie poruszył arcybiskup Sidney, dominikanin Anthony Fisher, część biskupów – już wcześniej biorąca udział w przygotowywaniu obrad – wyraziła… głębokie zadziwienie, że młodzież może w ogóle interesować się Mszą (sic!). Niedostateczne poruszenie kwestii liturgii na synodzie krytycznie skomentował między innymi brat Alios, przeor Wspólnoty Taize.

Problem trzeci: przebieg samego synodu

Najliczniejsze problemy – od zwykłych wpadek po istotne błędy strukturalne – miały miejsce bodaj już podczas samego synodu. Przede wszystkim zdecydowanie dominowali biskupi, a więc zazwyczaj ludzie starsi, siłą rzeczy niewiele wiedzący o realnej sytuacji młodzieży. Nie mogły tej przepaści zasypać dość krótkie, niepogłębione i wadliwe konsultacje odbyte przed synodem. Biskupi nierzadko wręcz bezpośrednio przekładają czasy swej młodości (o których uczyć się dziś można z podręczników historii) na dzisiejsze realia, nie zwracając uwagi na to, jak bardzo te dwie rzeczywistości się różnią, ani na to, że siłą rzeczy ich doświadczenie było partykularne, wyjątkowe. Młodych audytorów było niewielu i jak wspomniałem, byli wybrani odgórnie i niereprezentatywni. Do dziś nie ujawniono procedury ich selekcji, nie mieli także realnego, bezpośredniego wpływu na kształt końcowego dokumentu. Kontrowersje wzbudził również fakt, że choć prawo decydowania otrzymali nie tylko biskupi, lecz także zakonnicy bez święceń, to w gronie uprawnionych zabrakło kobiet. Wielu widzi w tym dość rażącą i bezpodstawną dyskryminację.

Spokojnej rozmowie nie sprzyjała ogólna sytuacja Kościoła w ostatnich miesiącach, związana ze skandalami seksualnymi, które w oczach wielu podważyły jego wiarygodność. W tym kontekście ohydny, oburzający policzek watykańską hierarchię wymierzyła młodzieży 14 października, w trakcie synodu i poniekąd w związku z nim. Chodzi o przyjęcie na Mszy kanonizacyjnej świętych Pawła VI i Oscara Romero – i to ze wszystkimi honorami, takimi jak biskupi strój chórowy czy stosowne miejsce w prezbiterium – abp. Juliusza Paetza. Ciążą na nim przecież poważne oskarżenia o molestowanie młodzieży, a ponadto został obłożony sankcjami kościelnymi, w tym zakazem publicznego uczestnictwa w uroczystościach religijnych.

Pomijając nawet niedopuszczenie młodzieży do głosowania, musimy zauważyć, że zgromadzenie synodalne było par excellence klerykalne. Odnieść można było czasem wrażenie, że niektórzy biskupi zebrali się, by pod pretekstem młodzieży przeprowadzić swoje koniunkturalne zagrywki. Niektórzy hierarchowie bardzo twardo ingerowali w tematykę dyskusji i przebieg synodu, aby obrady odpowiadały ich zapatrywaniom (a niekoniecznie temu, co chciała wyrazić młodzież). Zdziwienie obserwatorów wzbudziło między innymi forsowanie używania terminu „synodalność”, bardzo modnego w obecnym leksykonie niektórych hierarchów, choć sama młodzież się nim nie posługiwała oraz nie występował on w konsultacjach. Jeden z anglojęzycznych komentatorów, George Weigel, posłużył się wręcz określeniem „przemytniczy synod” („The Smuggler Synod”), gdyż wydarzenie w znacznej mierze służyło przemycaniu idei upatrzonych przez hierarchów, a niekoniecznie dokładnemu podjęciu spraw młodzieży. „Klerykalizm”, któremu przeciwstawia się dość mętne pojęcie „synodalności”, stał się dziś chłopcem do bicia, winnym w Kościele niemal wszelkiego zła, a jego werbalne linczowanie jest po prostu modne i w dobrym guście. Jak to w takich sytuacjach bywa, brak tu zasadniczo głębszej refleksji i konkretnych działań, choć problematyka jest ważka. Wygląda na to, że Watykan chciał narzucić (i bez kurtuazji częściowo narzucił) młodzieży bądź też ojcom synodalnym swój sposób rozumowania i swoją leksykę.

Wielu zwracało także uwagę na skrajną niekonstruktywność obrad – krążono wciąż wokół niemal tych samych tematów, na bardzo wysokim poziomie ogólności. Śmiało można stwierdzić, że efekt synodu niewiele różni się od punktu wyjścia. Trudno tu niestety mówić o konkretach – dokument końcowy jak do tej pory (6 listopada, ponad tydzień po zakończeniu obrad) dostępny jest publicznie tylko w języku włoskim, to jest klerykalnym języku hierarchów Kościoła. Próżno szukać chociażby tłumaczenia na język angielski,  którym szeroko posługuje się młodzież z różnych zakątków świata. Słowem – hierarchowie wydali dokument od siebie i dla siebie, nie wykazując zbytniego zainteresowania szczerą komunikacją z młodzieżą. Kiedy zaś 30 października w warszawskiej siedzibie Konferencji Episkopatu Polski odbyła się konferencja prasowa dotycząca synodu o młodzieży, jej uczestnicy mieli wyraźne problemy ze stwierdzeniem, jakie konkretne zmiany może on ze sobą nieść. Zapytany o to przez dziennikarkę Radia Plus bp Marek Solarczyk, odpowiedzialny w KEP za duszpasterstwo młodzieży, odpowiedział jedynie kilkoma krągłymi zdaniami o tym, że dokument końcowy zawiera w sobie wiele bogactwa. Byłem tego naocznym świadkiem, uczestnicząc w konferencji jako zwykły słuchacz. Poza tym wiele procedur na synodzie przeprowadzano niechlujnie, w pośpiechu, nie dając uczestnikom chwili na refleksję. Sekretariat synodu przeforsował w ten sposób swoje zawczasu obmyślone rozwiązania, choć nie wychodziły one od młodzieży ani nawet od większości zgromadzonych biskupów. Listę zarzutów można by jeszcze mnożyć.

Znajdźmy jakieś pozytywy!

Aby jednak nie popadać w ślepy krytycyzm, pozwolę sobie wskazać na dwie zalety obecnego synodu. Były to kroki w dobrą stronę – co prawda chwiejne, ale dające pewne nadzieje na przyszłość.

Pierwszym z nich jest użycie Internetu jako narzędzia pomocnego w kontakcie z szerszymi masami wiernych nie tylko na zasadzie komunikowania, lecz także dialogowania. Jak wiemy, nie obyło się tu bez błędów, ale na pochwałę zasługuje sam fakt, że Watykan zadecydował się odważnie wyjść ku młodzieży poprzez social media czy też świat cyfrowy w ogóle. Początki są trudne – pozostaje mieć nadzieję, że organizatorzy zreflektują się i w przyszłych inicjatywach postarają się usprawnić używanie sieci jako sposobu aktywnego i obustronnego porozumiewania się z wiernymi. Wspominałem już jednak, że nie można polegać na samym Internecie. Bywa on niezwykle pożyteczny, ale w funkcji pomocniczej (zwłaszcza dla krajów rozwiniętych), a nie jako wyłączny lub niemal wyłączny środek komunikacji.

Drugą zaletą było objawienie się bogactwa wielokulturowości i wieloetniczności Kościoła. Młodzież jest we wszelkich krajach globu, a więc i na synodzie pojawiały się, choć niekoniecznie proporcjonalnie, różne wizje świata, perspektywy oraz odczucia. W dobie rosnących nacjonalizmów i przybierającej na sile ksenofobii ukazywanie się Kościoła jako tego, który stoi ponad partykularyzmami, który składa się z osób różnych kultur, narodowości i krajów, jest szczególnie cenne. Umożliwiało to też wielu ojcom synodalnym spojrzenie na bliskie im problemy z zupełnie innej strony. Dzięki temu łatwo było także im uświadomić, że młodzież nie jest monolitem, który można łatwo opisać. Młodzi ludzie są zróżnicowani i programu duszpasterskiego dla nich nie da się kreślić w całości z góry.

Stracona szansa

Plusy te jednak niestety nie niwelują minusów. Całą akcję synodalną należy uznać za bardzo kosztowny niewypał, który przynajmniej w obecnym kształcie nie ma szans w istotnym stopniu wpłynąć na rzeczywistość. Ci, który pokładali w nim nadzieję na konkretną poprawę stanu duszpasterstwa młodzieży, raczej odejdą zawiedzeni. Synod o młodzieży, na którym szampańsko bawiła się grupka starszych biskupów, oprócz nich chyba nikogo nie zadowoli. A to wszystko w czasach, gdy tak bardzo modne w Watykanie i wśród księży są okrzyki „precz z klerykalizmem!”. Dla mnie – młodego katolika, który należy do Kościoła, stara się w pełni żyć jego wiarą i kocha go – jest to po prostu przykre.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

***

Rodzina po powrocie z Watykanu

Sakrament chrześcijańskiej (nie)dojrzałości

Bp Ryś: Społeczny problem Kościoła