dwutygodnik internetowy
12.03.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Świadomość ma znaczenie (KONY2012)

Nigdzie tematem krytyki nie było źródło i przyczyna powstania tej kampanii, którą są tysiące dzieci: zabitych, okaleczonych, zgwałconych, porwanych, które, jeśli przeżyły, to nigdy nie będą wolne od traumy ciągłego strachu. Nie spotkałem się z krytyką, która zdobyłaby się na krytyczną analizę słów chłopca, będącego inspiracją całej inicjatywy. Chłopca, który wolałby śmierć, niż życie na świecie, gdzie nie ma szans na edukację, na życie bez strachu, gdzie nie ma, zabitego na jego oczach, brata.

W minionym tygodniu w internecie pojawił się tzw. viral video – film, który w efekcie kuli śnieżnej rozprzestrzenił się po całym świecie poprzez portale społecznościowe i rozpalił niezwykle ważną dyskusję wszędzie tam, gdzie się pojawił. Film „KONY2012” jest elementem kampanii amerykańskiej organizacji pozarządowej, Invisible Children, która postawiła sobie za cel powstrzymanie zbrodniarza wojennego z Ugandy, Josepha Kony’ego i doprowadzenie do zakończenia bezcelowego terroru w tym rejonie Afryki. Terroru, którego głównymi ofiarami są dzieci. Do soboty wieczór film obejrzało ponad 80 milionów internautów na całym świecie. Film, oraz bardzo emocjonalna kampania, od razu spotkał się z ogromną krytyką, głównie ze strony ekspertów i akademii.

 

To właśnie skłoniło mnie do zabrania głosu, który miałby unaocznić głębszy problem i pewien moralny dylemat postawiony przed nami – widzami tego filmu. Dylemat, który w realiach aktywizacji społecznej nazywany jest „drogą rozumu”, wobec przeciwstawnej „drogi subiektywizmu”. Choć podział ten został zastosowany przez G. Pleyersa w teorii aktywizacji anty-systemowej, postanowiłem przywołać go i przy tej okazji. Fala krytyki, z którą mamy do czynienia w kontekście „KONY2012”, jest czymś zbliżonym do tego, co Pleyers nazwał „drogą rozumu”, a więc do aktywizacji kierowanej przez intelektualistów, którzy, często nieświadomie, stają się liderami danej sprawy, która, w dłuższej perspektywie, rozmywa się w technokratycznej strukturze, pozostając oderwaną od źródła.

Osią omawianej tu krytyki jest sama organizacja, stojąca za kampanią, której zarzuca się, że zbyt duże pieniądze przeznacza na materiały kampanijne, które można byłoby przeznaczyć na „dzieci w Afryce”, będące przecież przedmiotem tej kampanii, zamiast wydawać je na informowanie świata o ich beznadziejnej sytuacji. Ponadto podniesiono szereg zarzutów dowodzących, że ten półgodzinny film trywializuje i upraszcza bardzo skomplikowany (a jakże) kontekst konfliktu w tym zapalnym rejonie Afryki, przez co popada w subiektywną ocenę sytuacji, przesadza w ocenie działalności zbrodniarza, który, tak naprawdę, jest „małym pionkiem” i bardziej symptomem, niż przyczyną miejscowej przemocy. Oliwy do ognia dolał wątek wysłania w listopadzie ubiegłego roku amerykańskiej misji wojskowej, do którego doprowadziła presja tejże organizacji. Wywołało to lawinę krytyki za propagowanie amerykańskiego imperializmu, co w efekcie może doprowadzić do zaognienia wystarczająco problematycznej sytuacji. W końcu, zarzuca się twórcom kampanii absurd celu, jaki ma ona osiągnąć. Tym celem jest sprawienie, aby zbrodniarz stał się sławny na całym świecie, a dzięki temu zbrodnie, za którymi stoi. „Droga rozumu,” którą podąża krytyka, ma bowiem to do siebie, że wszystko próbuje zracjonalizować, ładniej i lepiej opisać, krytycznie ocenić, doszukać się słabych stron, byleby tylko nie popaść w subiektywizm i emocje. Te zaś budują popularność i siłę oddziaływania tej kampanii.

 

Kiedy natknąłem się na głosy krytyki, zaledwie po kilkudziesięciu minutach od obejrzenia filmu, pierwsze, co poczułem, to zażenowanie i zwątpienie. Oto powstało coś unikatowego, coś o niesamowicie silnym przekazie emocjonalnym, co mogłoby zmobilizować ludzi na całym świecie do zaangażowania się w ten humanitarny kryzys – jakim jest nie sama Uganda, ale ludzie dotknięci obłąkańczym terrorem. Moje zażenowanie spowodowała hipokryzja ludzi, którzy w głosach swojej krytyki podnosili, że „wszystko fajnie, tylko nie tędy droga”, „bo to wszystko upraszcza i wprowadza opinię w błąd; popieranie tego jest bardzo niebezpieczne”. Jednocześnie każdy z tych krytyków zgadza się, że „coś trzeba zrobić”, nie mówiąc jednak, co. Od tego momentu cały czas zadawałem sobie pytanie: „Co jest bardziej niebezpieczne od tego, że miliony na świecie zobaczą zbrodnie, staną murem za ofiarami, wpłyną na polityków, być może coś zmienią?”. Zażenowanie rosło wraz z rozwijającą się dyskusją na temat tego, jak film jest zrobiony, że pokrzywdzeni nie mają w nim za wiele głosu, że wyolbrzymia fakty, a w ogóle to jest tendencyjny. Cała akademia aż wrzała, wszyscy eksperci ruszyli do swoich komputerów, aby napisać przy ciepłej kawie o tym, jakie to wszystko „niebezpieczne” i „nieracjonalne”. Tak, jakby do tej pory wszystko było w porządku. Nigdzie tematem nie było źródło i przyczyna powstania tej kampanii, którą są tysiące dzieci: zabitych, okaleczonych, zgwałconych, porwanych, które, jeśli przeżyły, to nigdy nie będą wolne od traumy ciągłego strachu. Nie spotkałem się z krytyką, która zdobyłaby się na krytyczną analizę słów chłopca, będącego inspiracją całej inicjatywy. Chłopca, który wolałby śmierć, niż życie na świecie, gdzie nie ma szans na edukację, na życie bez strachu, gdzie już nie ma, zabitego na jego oczach, brata.

Ten film, oraz fala krytyki, jak w soczewce pokazują dylemat pomiędzy zaangażowaniem subiektywnym, bazującym na doświadczeniach i emocjach, niewolnym od uproszczeń i błędów, a zaangażowaniem racjonalnym, pozbawionym emocji, za to precyzyjnie dokładnym, mającym, niestety, bardzo mały posłuch. Do tej pory bowiem żadne konferencje, książki i odczyty, nie dotarły z tym samym przesłaniem do świadomości tak wielu ludzi. Warto skorzystać z okazji (sic!), jaką ta kampania stworzyła, aby poruszyć temat samego konfliktu i jego skomplikowanego kontekstu.

 

Konflikt w Ugandzie ciągnie się nieprzerwanie od dekolonizacji Afryki przez Imperium Brytyjskie w latach 60. ubiegłego wieku. Po uzyskaniu niepodległości w 1962 roku, Uganda po kilku latach demokratyzacji popadła w dyktaturę prezydenta Miltona Obote, obalonego przez Idi Amina, którego szerzej przedstawiać nie trzeba. Jednak trwający obecnie konflikt etniczny to pokłosie lub kontynuacja wydarzeń z tamtych lat. Amin w ciągu ośmiu lat zdołał doprowadzić do ludobójstwa kilkuset tysięcy ludzi, głównie mieszkańców północy: Acholi, ze względu na ich dużą reprezentację w armii, stanowiącej dla niego zagrożenie. Rzezie Amina wypędziły z kraju Azjatów i praktycznie zrujnowały rozwijającą się klasę kupiecką. Amina obalili, wspierani przez Tanzanię, emigranci, wśród nich obecny prezydent Museveni. Ten rządzi ową „jednopartyjną demokracją” nieprzerwanie od 1986 i w ostatnich dekadach był uznawany za, jak to określiła Madeleine Albright, „światło nadziei” dla regionu Wielkiego Jeziora. Na takie pochwały zasłużył sobie m.in. jedną z najbardziej skutecznych w Afryce kampanii przeciwko AIDS, a także zamienieniem zrujnowanej gospodarki w jedną z najbardziej obiecujących w regionie. To by było na tyle, jeśli chodzi o jego zasługi, które nikną jednak w obliczu udziału Ugandy w konfliktach etnicznych sąsiednich państw.

W 1994 wzajemne ludobójstwo Hutu i Tutsi wskrzesiło konflikt etniczny w regionie, który ciągnie się do dziś. Wojna w Rwandzie wywołała pośrednio pierwszą wojnę domową w Kongu, do której czynnie włączyły się Rwanda i Uganda, rządzona przez Museveniego. Historia powtórzyła się w 1998, doprowadzając do najkrwawszego od drugiej wojny światowej konfliktu, w wyniku którego do 2008 roku śmierć poniosło 5,4 milionów ludzi (dane za Simon Fraser University). Do tego przerażającego obrazu dodać należy ciągnącą się od lat 80. wojnę w Sudanie, której stroną jest Ludowa Armia Wyzwolenia Sudanu, wspierana przez rząd Museveniego. W odwecie za udzielane jej poparcie, rząd w Chartumie wspiera po cichu Armię Bożego Oporu, organizację „terrorystyczną”, działającą na terenie Ugandy, a obecnie głównie w Republice Środkowo-Afrykańskiej, Kongu i Południowym Sudanie. Jej lider, Joseph Kony, samozwańczy mesjasz Acholi, kieruje ruchem, który nie ma żadnego politycznego celu poza obłąkańczą walką, do której rekrutuje głównie dzieci. Od 1986 roku Kony i ABO porwali co najmniej 40 tysięcy dzieci, chłopców wcielając do swojej armii, a dziewczynek używając jako niewolnic (także seksualnych). W wyniku kampanii rządu w Kampali przeciwko Kony’emu, ABO nasiliła swoje działania i przemoc, siejąc jeszcze większy terror w tym, splamionym już od lat krwią, regionie. W ostatnich sześciu latach ABO skierowała działania do północno-wschodniego Konga, a także pogranicza RŚA i Południowego Sudanu, w związku z czym zwaśnione od lat państwa prowadzą od 2008 wspólne działania, mające na celu powstrzymania ABO. Tylko w ciągu ostatnich czterech lat na skutek działalności ABO blisko 3,5 tys. cywili poniosło śmierć, a kilkaset tysięcy zostało przesiedlonych.

 

W 2011 roku na skutek presji społecznej administracja Obamy wysłała stuosobowy personel wojskowy, mający wspomóc poszukiwania dowódców ABO i powstrzymanie terroru. Wbrew powszechnym doniesieniom mediów, amerykański personel był w te wysiłki zaangażowany już wcześniej, jednak, z uwagi na brak efektów tej współpracy, zostało to skutecznie wyciszone. W odpowiedzi na wniosek Kampali z 2003 roku, Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze wydał w 2005 roku nakaz aresztowania Kony’ego oraz czterech innych dowódców ABO na podstawie 33 udokumentowanych przypadków zbrodni wojennych i zbrodni przeciw ludzkości.

Opinie krytyków i ekspertów skupiają się na źródłach ropy odkrytych w rejonie Jeziora Alberta, które mogą być wyjaśnieniem zaskakującej decyzji o skierowaniu amerykańskiego personelu do Ugandy. Podejrzewa się również, że Ameryka ma interes we wspieraniu Ugandy, gdyż ta poświęca się w walce z somalijskimi bojówkami islamistycznymi al-Shabaab, które odpowiadają również za ataki w samej Kampali. Tych podejrzeń i możliwych teorii jest na pewno więcej, jednak wszystkie ewidentnie skupiają się na politycznych aspektach tej sytuacji. Moja znajoma, pochodząca z Kamerunu, znająca jednak temat od lat, będąc zaangażowaną w zwalczanie udziału dzieci w konflikty zbrojne, zwróciła uwagę, że cały ten rwetes odwraca całkowicie ideę filmu, którą nie jest upolitycznianie tej sprawy. Organizacje takie, jak ta stojąca za „KONY2012”, skupiają się bowiem na dzieciach, ofiarach tych konfliktów, a nie na polityce. Oczywiście znajdą się tacy, dla których globalny apel o powstrzymanie zbrodniarzy wojennych, począwszy od Kony’ego, jest sprawą polityczną. Jednak im bardziej ta sprawa taką się staje, a w tym kierunku idą głosy krytyków filmu, tym szybciej ludzie o niej zapomną. Stawką jest zaś sytuacja, w której dzieci kładą się codziennie spać w strachu, że obudzi ich broń przystawiona do skroni lub martwi rodzice na podłodze – wyjaśniła mi inna osoba pochodząca z Ugandy, która uciekła do Wielkiej Brytanii właśnie na skutek terroru ABO, pozostawiając całą rodzinę w ojczyźnie.

 

Ostatecznie wątkiem nieobecnym w krytyce była nadzieja na to, że kolejni zbrodniarze będą postawieni przed MTK w Hadze. Tak, jak to miało miejsce z Jean-Pierre’m Bembą z Republiki Środkowo Afrykańskiej, którego proces właśnie toczy się w Hadze. Dlatego dziwić może deprecjonowanie akcji, których celem jest budowanie świadomości o zbrodniach, ofiarach czy ich oprawcach. Bez takich działań nie byłoby sukcesów tzw. Komisji Prawdy i Pojednania. Jedna z nich, w Sierra Leone, doprowadziła do zatrzymania i postawienia przed sądem odpowiedzialnego za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości, byłego prezydenta Liberii Charlesa Taylora, czekającego obecnie w Hadze na wyrok. Te argumenty są jednak oparte bardziej na nadziei, która, jak wiadomo, nie jest matką rozumu. Dlatego również żaden krytyk nie zaryzykuje optymistycznego stwierdzenia co do skutków, jakie ta kampania mogłaby przynieść. Takim skutkiem mogłoby być choćby zwrócenie uwagi na rolę Międzynarodowego Trybunału Karnego, którego jurysdykcji nie uznaje blisko 70 państw, na czele z USA. Energia i entuzjazm, jaką wskrzesiła już ta kampania, mogłaby zostać wykorzystana do wywarcia presji na polityków, aby uznać jurysdykcję MTK i podpisać Traktat Rzymski. We mnie ten film obudził właśnie taką nadzieję, że gdyby udało się zatrzymać Kony’ego i postawić jego, oraz pozostałych trzech oskarżonych (piąty nie żyje), przed trybunałem w Hadze, to żylibyśmy w odrobinę lepszym świecie.

 

Reasumując, warto zauważyć, że wszyscy jesteśmy podatni na tendencję do szybkiego oceniania i krytykowania rzeczy takimi, jakie je chcemy widzieć, siedząc wygodnie w fotelu przed telewizorem, komputerem czy gazetą (autor nie jest bynajmniej od tego wolny); mamy do tego oczywiście niepisane prawo. Rzadko zadajemy sobie jednak krytyczne pytanie: co ja bym zrobił, będąc w takiej sytuacji?; poznając na własne oczy podobne historie lub, co gorsza, doświadczając ich samemu? Najczęściej zdarza się bowiem, że ta tendencja mija nam, gdy sami znajdziemy się w krytycznej sytuacji. Wówczas stajemy w opozycji do tzw. drogi rozumu. Najtrudniejszym dla ludzi doświadczanych, jak mówi świadek z Ugandy, jest bycie osamotnionym w tym doświadczeniu, o którym mało kto słyszał. Dlatego nasza bezinteresowna i rzekomo bezcelowa świadomość ma znaczenie.

 

PS Dla zainteresowanych sprawą Kony’ego, prowadzoną przed MTK w Hadze.

  • Janmencwel

    Maciek,
    bardzo fajnie że podjąłeś ten temat, i w stu procentach słusznie zwracasz uwagę na niebezpieczeństwo krytykowania takich akcji z pozycji “ciepłego fotela intelektualisty”. Mimo to , w tej sytuacji sądzę, że to bardzo dobrze iż pojawiła się taka zmasowana krytyka, a to z jednego powodu, o którym w swoim tekście właściwie nie wspominasz. Mi najbardziej w tej kampanii przeszkadza nie stawianie na metody zbrojne, nie uproszczenia, ale fakt, że organizatorzy zbyt intensywnie zachęcają na końcu filmu do wsparcia ich finansowo. Oglądając ten film można łatwo dać się zmanipulować, chcieć natychmiast zadziałać, ale on nie wyjaśnia co dokładnie masz w tym celu zrobić – pokazuje tylko dwa kroki: udostepnij video oraz wpłać nam kasę. W ten sposób potencjalne zaangażowanie może sprowadzić się do dwóch kliknięć – “share” oraz do przelania kilku $ na rzecz Invisible Children, i po czymś takim poczujemy, że jesteśmy już “zaangażowani”. Rodzi się pytanie, po co akurat w tym momencie organizatorom pieniądze? Nie jest to jasne, bo film pokazuje, że kampania mam mieć raczej model DIY w którym każdy kto się chce włączyć ma działać na własną rękę.. 

    Dodatkowe wątpliwości budzi kwestia, która jest ważnym wątkiem krytyki Invisible Children: chodzi o sposób w jaki sposób organizacja ta dysponuje swoimi środkami. Ciekawe informacje na ten temat można znaleźć na blogu visiblechildren.tumblr.com  .(co ciekawe autor bloga otrzymał od władz organizacji propozycję wyjazdu do Afryki, żeby zobaczyć na własne oczy sytuację i działania IC, ale odmówił bo jak pisze “gdyby wspierał finansowo IC nie chciałby, żeby jego pieniądze szły na finansowanie lotu jakiegoś blogera do Afryki”…)
    Podsumowując – ja mam mieszane uczucia, z jednej strony imponuje mi, że dzięki tej kampanii wszyscy mówią o Konym i sprawa wypłynęła, z drugiej – faktycznie jest o co się przyczepić. Mam nadzieję że krytyka skłoni organizatorów do przemyślenia niektórych spraw, ale nie rozwali całej kampanii. 

    Pozdrawiam
    Janek

    • http://www.facebook.com/profile.php?id=745706078 Maciej Bulanda

      Zasadniczo się zgadzam ale nie całkiem. Widzisz, ja mam wrażenie, że część krytyki próbuje właśnie ludzi zmanipulować i to w większości im się udało – wystarczył jeden wpis na blogu, który szczerze mówiąc jest równie niejasny i mało przekonujący jak niejasności organizatorów. W dodatku, tego już nie zmieściłem w tekście, ale krytyka bazuje w dużej mierze (pierwszy wpis We got trouble) na owych intelektualistach – tylko dlatego że ktoś jest “z Yale” nie oznacza jeszcze że ma racje. Ja wiem np. czym jest Charity Navigator i wiem np. że jest równie stronniczy i nie wolny od podejrzeń – wiekszosc ludzi zapewne nie wie i od razu zakłada “no tak, coś tu śmierdzi skoro tak mówią”. 

      Poza tym to co oni krytykują jest dokładnie czymś co ja stanowczo odrzucam – nie zgadzam się z taką logiką, która relatywizuje i posługuje się schematami i  populizmem. Dlaczego? 

      Ponieważ krytykowanie organizacji za to że mają duże budżety i że dużo wydają na cele operacyjne jest absurdalne – jeżeli proporcje tych kosztów i wydatków (zazwyczaj) są takie same. Dlatego, że przy ogromnym budżecie będzie dużo wydatków operacyjnych jednakże to idzie w parze z odpowiednio dużymi nakładami na dany cel – tu: raising-awareness, budowanie świadomości i edukacja. Yes, you heard it from Invisible Children: more money goes to awareness than to Africa. pozostawiłbym to bez komentarza… ale nie moge:) 
      Przykładowo, to tak jakby krytykowano (co przecież się zdarzało) Inicjatywę Wolną Białoruś (podobnie mase innych NGOsów), że wydaje miliony złotych na koncerty, które tylko zaspokojają poczucie Polaków, że wsparli Białorusinów a przecież wymiernie nie ma to żadnego “racjonalnego” celu. Bo przecież te pieniadze możnaby przeznaczyć na finansowanie opozycji i to byłby wymierny cel!  Oczywiście to jest śmieszne i temu właśnie jestem przeciwny, bo po pierwsze: koszty nie są wymienne, i to że telewizja czy miasto przeznacza je na taki cel nie oznacza że w innym wypadku daliby je w gotówce na inny cel. Po drugie, jest to podobnie jak w przypadku KONY2012 uwrażliwianie społeczeństwa, które wcale nie musi się tym przejmować, na ważne kwestie… Taka krytyka leży u podstaw funkcjonowania trzeciego sektora – należy sie temu sprzeciwiać, a nie powielać te schematy.

      Na koniec, coś o czym nadal próbujemy zepchnąć na dalszy tor – to ofiary tych wydarzeń – te dzieci chcą tego aby o tym głośno mówić – i to z bardzo banalnego problemu, który leży u podstaw wspierania opozycji na Białorusi czy dajmy na to zachowania Auschwitz przed degradacją – to jest ocalić od zapomnienia !

      Ok, krytyka jest dozwolona, oczywiście, tylko warto jednak wiedzieć z jakiego “fotela” się coś krytykuje. Bo nam też dziś jest łatwo krytykować Amerykanów że są imperialistyczni… ale nie byłbym taki tego pewien czy byśmy tak ochoczo o tym mówili w 1989 roku. Dlatego, należy się wsłuchać przede wszystkim w głosy tych, których to bezpośrednio dotyczy. To nie twórcy tego filmu wpadli na pomysł żeby sprowadzić tam Amerykańskie wojsko, przynajmniej nie miało by to żadnej legitimizacji gdyby nie takie głosy: http://www.hrw.org/en/node/94226
      Ci ludzi żyją tam, nie na Zachodzie – dla nich UN nie jest nadzieją. dla nich symbolem nadzieji jest amerykański żołnierz, tak jak dla nas jeszcze nie tak dawno temu… 

      pozdr. Maciek

      • http://www.facebook.com/people/Tadeusz-Sajdak/1208170976 Tadeusz Sajdak

        Ja się do kampani nie moge przyczepić nie znam i niechce znać jej krytyki, skoro to może coś dać a ja mam kliknąć tylko share to wporządku, kliknę. Coprawda buntuje się wiedząc co za tym idzie, a co to takiego?
        Generalnie Kony samo w sobie z takią legitymizacją społeczną ma szanse coś wskórać, idea twórców jest najlepiej pomyślana na dzisiejszą demokrację, wielu rzeczy ludzie nie chcą żebyśmy wiedzieli, ale jak się dowiemy i wypowiemy to muszą się nas posłuchać, szczególnie przy globalnym angażu. Dajmy na to że dyktator zostanie obalony, ludziom zwróci się “wolność” i będzie pięknie, odetchniemy w swoich wygodnych skórzanych fotelach i pomyślimy “jest siła w nas, zmieniamy świat”. I naprawdę stantard życia wzrośnie i podstawowe prawa zostaną nadane.Sukces jak się patrzy. Ale co jeszcze za tym idzie, legitymizujemy, interwencję wojskową USA w Ugandzie gdzie przed 6 miesiacami zostały odkryte ogromne rezerwy ropy, i uważam że to nie zsotanie bez znaczenia. Nie oszukujmy się, Usa wyeksportuje kapitał, firmy zajmą złoża, nowy słaby rząd będzie musiał współpracować z wybawcami, w efekcie Ameryka skolonizuje sobie ugandę, nie pozwoli na nic innego niż na eksploatacyjny neo liberalizm, historia nas o tym poucza. kolejne neokolonialne państewko powstanie, tylko że z aprobata całego świata, i to mnie boli, jeśli Ugandczycy pomyślą nowy projekt stanie sie z nimi to co z Kongiem w latach 60-70. Dla tego tak mnie to przeraża że za tak wspaniałą akcją ratunkkową gdzie sie jednoczymy, stoji nowa akcja, cywilizowanej okupacji z którą się godzimy, i świat jest taki piękny i równy z naszych ciepłych skórzanych foteli. 
        Pozdr

  • http://www.facebook.com/profile.php?id=745706078 Maciej Bulanda

    bardzo interesujący głos w debacie na łamach Foreign Affairs: http://www.foreignaffairs.com/articles/137326/anne-c-richard/how-to-help-african-children-at-risk

  • Stanislaw Mencwel

    Mnie najbardziej inspiruje w tej akcji jej skuteczność i to że o niej dyskutujemy jest na to fajnym dowodem. Nowe media dają nie znaną nigdy dotąd możliwość promowania idei.

    • http://www.facebook.com/people/Paweł-Cywiński/790263085 Paweł Cywiński

      Całkowicie się zgadzam, to jest niesłychane. Skala akcji nieznana do tej pory, ale również niepodlegającą 100% zaplanowaniu. Cudza inwencja, łatwo może przejąć, zniszczyć, zmienić lub wyśmiać twoje dzieło, idee, plan. Piękno internetowej samowolki.

      Takim przykładem niezależnego działania, a zarazem interakcji wewnątrz e-kultury o której pisał Twój brat w ostatnim Kontakcie, są pierwsze reakcje na Konyego. Polecam na przykład:  Yes We KONY!http://www.youtube.com/watch?v=68GbzIkYdc8Zdrówko,
      PC

  • http://www.facebook.com/people/Paweł-Cywiński/790263085 Paweł Cywiński

    Podobnie jak Janek Mencwel nie jestem
    przekonany czy ta kampania jest najwłaściwszą drogą. Niewątpliwie
    jest gigantycznym sukcesem marketingowym, już stała się żywą
    legendą, jestem przekonany, że przeniknie do podręczników
    reklamy. Autorzy z precyzyjną zgrabnością uruchomili wszelkie
    możliwe bodźce emocjonalne – tragedie personalną, plakat z Konym
    w jednym rzędzie z Hitlerem i Ben Ladenem, posiłkowanie się
    rewolucyjną kolorystyką kampanii Obamy, wizerunkiem niewinnych
    dzieci, specjalistów międzynarodowych, polityków. Przerost
    wywoływanych emocji nad przekazywanymi treściami jest
    oszałamiający. Po takim szoku emocjonalnym, nic tylko pójść po
    sznurku, rozwiązać problem, tak jak zostało nam to zaproponowane.

    a) rozwieś plakat, naciskać tym
    samym na rząd USA by wysyłał swoje wojsko do Afryki, bo Afrykanie
    sobie nie poradzą sami.

    b) wpłacić kilka dolców na
    organizację wydającą 35% swojego budżetu na realną pomoc w
    Ugandzie, a resztę na działalność lobbystyczno-administracyjną,
    byś mógł się poczuć uczestnikiem pospolitego ruszenia. Byś mógł
    się poczuć, że ty też przyczyniłeś się do zbawienia dzieci w
    Ugandzie.I tak jak z punktu widzenia marketingowego jestem
    pod wielkim wrażeniem, tak z punktu widzenia merytorycznego jestem
    olbrzymie zawiedzony. Jak już się pakuje tak gigantyczne pieniądze
    w marketing, jak już się stawia sobie za cel uświadamianie ludzi o
    wielkich problemach tego świata, jak już się poświęca miesiące
    pracy na stworzenie akcji i wywołanie zamierzonego celu, to niech
    się to robi przyzwoicie i wyczerpująco. Inaczej to nie jest
    uświadamianie, tylko emocjonalizowanie problemu. A świadomość ma znaczenie.Ja po tym
    filmie nadal niewiele wiem o Konym, nie wiem jak wygląda obecna
    sytuacja polityczna w Ugandzie, na ile on jeszcze jest problemem, a
    na ile już nie. Nie wiele wiem jak mogę realnie, z pominięciem
    amerykańskiego zaangażowania militarnego, pomóc potrzebującym
    ludziom, nie wiem gdzie szukać rzetelnych materiałów na ten temat.
    Natomiast dostałem ładunek przesądów o Afrykanach którzy sami
    nie umieją sobie pomóc, niedopowiedzeń o obecnej pozycji Konyego
    czy równoczesnym z armią USA, pojawieniu się Koncernów Naftowych
    i czerno-białego opisu świata. Opisu w którym rozwiązaniem jest
    armia USA i moich kilka dolców miesięcznie wpłacanych na
    lobbystyczną fundację.

    Wszyscy wiemy kim był Kim Dzong Il?
    Tylko co z tego…Mam nadzieję, że ta akcja zainspiruje
    innych, może stworzą lepsze programy pomocy ofiarom Konyego. I w
    tym dopatrywałbym się siły i ewentualnego sukcesu tego
    filmu. Bo sama tematyka jest szalenie istotna, o czym wspominaliśmy niejako przy okazji Dnia Dziecka: 
    http://magazynkontakt.pl/przywrocic-dziecinstwo-malemu-powstancowi.html PS.: A co do krytyki krytyków z wygodnych foteli,
    warto też wspomnieć o wygodnych fotelach odbiorców tej akcji.