-1
1
dwutygodnik internetowy
magazyn papierowy


Supeł: Radosne urodziny Polski

Przyszli również tacy, co serwowanej tego dnia golonki jeść nie chcą, ale z okazji Święta Niepodległości do ulubionych dań zamawiają kompot.

foto: Tomek Kaczor

„Pytam właściciela, jak wyszło? A on odpowiada: Zobacz, tam gdzie na stole stoi kompot, to goście przyszli specjalnie na to święto. Spojrzałem. Kompot stał na każdym stole.”
O akcji na 11 listopada „Dzień Kuchni Polskiej” i tym jak odnajduje się biznesmen w Urzędzie Miasta Płocka opowiada Zmiennik Cezary Supeł. Rozmawia Mateusz Luft. Wywiad ukaże się już wkrótce w najnowszym numerze naszego kwartalnika.
 
Jak to się stało, że zostałeś harcerzem?
To się stało przez przypadek w czwartej klasie szkoły podstawowej. W ramach zajęć w świetlicy osiedlowej odbyło się spotkanie z milicjantem z drogówki, który pokazywał nam filmy z udziałem Harcerskiej Służby Ruchu. Dla dzieciaka z 4 klasy ci harcerze wyglądali fascynująco: białe karwasze z lizakami, pasy z koalicyjką, itd. Tak mi się spodobało, że na koniec zajęć podszedłem do prowadzącego, a on mnie skierował do drużyny harcerskiej w mojej szkole. Druhna Zosia Rychlicka powiedziała mi, że najlepiej jeśli zbiorę kolegów do zastępu. No to namówiłem kilku chłopaków i tak się zaczęło.
 
Zaczęliśmy wyjeżdżać na biwaki, obozy. Wychowywaliśmy się w duchu patriotycznym. I pomimo, że był to początek lat 80-tych, to my zawsze na obozie obchodziliśmy rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.
 
W Płocku?!
Tu tradycja powstańców i Szarych Szeregów była żywa.
 
Harcerstwo nauczyło mnie, że jeżeli chcesz coś zrobić, znajdź ludzi, którzy zrobią to razem z tobą, i wówczas wszystko się uda. Na początku oczywiście była to zabawa, ale z czasem ta zabawa stawała się coraz bardziej zaawansowana. Zainteresowaliśmy się ratownictwem, ekologią. Dziś jestem w kręgu starszyzny harcerskiej.
 
Tworzycie w ramach OSP grupę poszukiwawczo-ratowniczą w Płocku. To znów sposób działania, w którym wspieracie państwo tam, gdzie samo działać nie może.
Akcje poszukiwawczo-ratownicze angażują bardzo dużo ludzi, nie ma odpowiedniej ilości specjalistycznego sprzętu, bo albo jest bardzo drogi, albo nie w każdej sytuacji się sprawdza. Praca ludzi to nieodłączny element poszukiwań. Chociażby taka tyraliera – potrzeba wiele osób, by stworzyć tego rodzaju szyk, który przejdzie i przeczesze dany obszar. Harcerze mogą wiele wnieść do poszukiwań, bo znają zasady poruszania się w terenie, są samodzielni i zdyscyplinowani.
 
Byłeś biznesmenem, dziś jesteś urzędnikiem. Czy łatwo było zmienić miejsce pracy?
Przez ostatnie cztery lata moja firma współpracowała z administracją. Przed rozpoczęciem pracy byłem dyrektorem biura zarządu Izby Gospodarczej Regionu Płockiego, co budowało współpracę sektora prywatnego z administracją na różnym szczeblu. Ale od zawsze miałem duszę społecznika i chęć zrealizowania czegoś nie tylko dla siebie. To myślenie zawiodło mnie do urzędu.
 
I nie miałeś żadnych uprzedzeń do nowej pracy?
Miałbym, gdyby nie moja dotychczasowa działalność społeczna, harcerska i biznesowa. Organizacje pozarządowe, takie jak ZHP, zawsze współpracowały z urzędami. W Izbie zobaczyłem, że biznes i administracja to dwa różne światy. Miałem okazję je poznać, lecz niekoniecznie zaakceptować, sposoby funkcjonowania i ograniczenia. Ponadto w momencie przejścia do administracji prowadziłem zajęcia na uczelni, a więc miałem kontakt ze środowiskiem akademickim. Wszystko to sprawiło, że mogę pomóc zbliżyć się tym stronom do siebie.
 
Obecnie zajmuję się przedsięwzięciami innowacyjnymi i badawczo rozwojowymi. Moim zadaniem jest kojarzenie partnerów z różnych dziedzin, tłumaczenie obydwu stronom, jakimi regułami rządzi się drugie środowisko, aby można było osiągać wspólne cele.
 
Co na przykład?
Obecnie pracujemy nad koncepcją smart city – inteligentnego miasta dla Płocka. Chcemy wspólnie usprawnić monitoring, zarządzanie ruchem ulicznym. Poprawić system dbania o stan dróg, sieci, stan środowiska, zwiększyć dostęp do usług publicznych osobom niepełnosprawnym.
 
Będziemy tworzyć portal geopartycypacyjny, który bazując na informacjach, prezentowanych na podkładzie mapy, będzie pozwalał gromadzić, przetwarzać, prezentować informacje dotyczące funkcjonowania różnych dziedzin miasta. Dzięki temu będzie można na przykład porównać, jak wygląda rozmieszczenie punktów sprzedaży alkoholu z rozkładem ubóstwa. Dzięki takim danym łatwiej np. podejmować decyzje dotyczące przyznania koncesji na nowy sklep monopolowy.
 
Znajdujemy się w sercu miasta na rynku, który świeżo odnowiony wygląda bardzo reprezentacyjnie. Jednak niemal tuż za rogiem nie ma nic wyjątkowego – są blokowiska. Dodatkowo Płock znajduje się w województwie mazowieckim, z którego to, jak przekonywał Karol Trammer, Warszawa wysysa całą energię i potencjalne środki finansowe z Unii Europejskiej. Jak to się stało, że tak duży potencjał udało się skoncentrować właśnie w tym mieście?
Bo to bardzo fajne miasto. Otwarte na działania. Miasto, które potrafi zarządzać wiedzą.
 
Joanna Rawik, przekonywała mnie kiedyś , że w Płocku jest genius loci. Duch miejsca, który sprawia, że chce się tu mieszkać i żyć. Patrząc realistycznie, Płock znajduje się w bardzo korzystnym miejscu. Do Warszawy, Łodzi czy Torunia mamy stąd sto kilometrów, co w praktyce oznacza, że do tych ośrodków jest blisko, zarówno w sensie geograficznym, jak i komunikacyjnym.
 
Ale dla Łodzi właśnie taka bliskość Warszawy stała się przekleństwem.
Płock jest znacznie mniejszy od Łodzi. Ma zaledwie około 120 tys. mieszkańców. Przy czym występuje tu zjawisko suburbanizacji. Ludzie z podpłockich miejscowości pracują, wypoczywają i działają społecznie w Płocku, ich dzieci uczą się w miejskich szkołach. Czują się więc bardziej płocczanami niż mieszkańcami swojej gminy.
 
Dlaczego zatem Płock jest magnesem innowacji?
Wszystkie pomysły udaje się realizować dzięki temu, że ludzie są tutaj chętni i zdolni do tego, by rozmawiać. Udało nam się stworzyć takie warunki, aby przy jednym stole usiedli różni interesanci. To wyjątkowe, ponieważ tak jak powiedziałem wcześniej świat administracji bywa niezrozumiały dla ludzi z zewnątrz.
 
Aż tak trudno stworzyć odpowiednie warunki do rozmowy?
Bywat to trudne, ponieważ strony nie znają swoich wzajemnych ograniczeń. Najprostszy przykład: Spotkanie dla przedsiębiorców może się odbywać w godzinach pracy urzędu, lecz jeśli mamy na nie zaprosić organizacje pozarządowe zaproszenie trzeba wystosować w godzinach popołudniowych. To są niuanse. Jest to gest gotowości do rozmowy i motywacja, aby Płock stał się miastem coraz piękniejszym i lepszym do życia.
 
W czym zatem lepszy jest Płock od Warszawy?
W Płocku się żyje łatwiej. Jest to na tyle duże miasto, że występują tu podobne mechanizmy, jak w większych aglomeracjach, lecz ze względu na kompaktowy wymiar łatwiej te wszystkie problemy rozwiązać niż w Gdańsku, Warszawie, czy Krakowie.
 
To problemy na skalę np. Mokotowa.
Z tym, że Mokotów musi sobie radzić również z problemami, które przenikają z innych dzielnic miasta. W Płocku wszystko mamy pod kontrolą. Możemy z łatwością połączyć najważniejsze czynniki i najważniejszych aktorów. Nasze pomysły mogą być realizowane w większej skali w innych miastach.
 
Organizujesz wiele lokalnych happeningów i wydarzeń kulturalnych – pokazy lotnicze, obchody pierwszych częściowo wolnych wyborów 4 czerwca, albo na 11 listopada patriotyczny „Dzień Kuchni Polskiej”. W dużych miastach jest pewna masa krytyczna widzów i oferty artystycznej, która ułatwia powodzenie wielu przedsięwzięć. W mniejszym mieście chyba trudniej zarówno coś zorganizować, jak i zainteresować ludzi działaniami kulturalnymi? Czy Twoje inicjatywy spotykają się z dużym zainteresowaniem płocczan?
Tak zostałem wychowany, żeby uznawać, że każda podróż zaczyna się od jednego kroku. Natomiast wierząc w swoje idee – zawsze znajdą się ludzie, z którymi jest po drodze.
 
Na 11 listopada w Płocku. zaproponowałeś płockim restauratorom, aby w cenie zestawów obiadowych w Święto Niepodległości, w ramach swojej oferty, umieścili danie z kuchni polskiej. Namówiłeś lokalne media, aby zapowiedziały akcję i namówiły mieszkańców do wizyty tego dnia w restauracji. Udało się?
Okazało się, że ten pomysł przyjął się bardzo dobrze W pierwszym roku do współpracy dołączyło osiem restauracji, w następnym było ich już kilkanaście, a w kolejnych latach ponad 30. Oprócz tego na rynku odbyło się gotowanie rosołu z gęsi, podwieczorek z Harcerskim Zespołem Pieśni i Tańca „Dzieci Płocka” im. dh Wacława Milke (pomnik tego słynnego płocczanina, założyciela najstarszego w Polsce dziecięcego zespołu znajduje się na Rynku Starego Miasta) i śpiewanie pieśni patriotycznych.
 
Jak wpadliście na pomysł nietypowego obchodzenia narodowego święta?
Lubię proste działania i proste rozwiązania. Na pomysł, by promować polskie potrawy w płockich restauracjach, wpadłem siedząc z przyjaciółmi przy stoliku w zupełnie pustej restauracji, ale za to z pięknym widokiem na Wisłę.
 
„Dzień Kuchni Polskiej” powstał z założenia w kontrze do wszechobecnego narzekania, że płocczanie nie chodzą do restauracji. Musisz wiedzieć, że dzisiejszy tłum na Rynku to widok niecodzienny.
 
W końcu spotkaliśmy się w sierpniowy długi weekend…
Poza wakacjami nie ma aż tak wielu ludzi w centrum miasta, bo nie jest tu rozpowszechniony np. wielkomiejski zwyczaj porannej wizyty w kawiarni.
 
Stąd też pomysł ma na celu zmienić zwyczaje mieszkańców, a także wesprzeć lokalnych restauratorów. Ze swojego doświadczenia z sektora prywatnego wiem, że ciekawy pomysł musi się również opłacać. Restauratorzy odpowiadali mi, że mogą przystąpić do tej akcji jednorazowo, lecz ogólnie muszą również na czymś zarabiać.
 
Pomysł jest również sprzeciwem wobec smętnego sposobu obchodzenia świąt narodowych. Przecież Amerykanie świętują 4 lipca tak radośnie! Choć trzeba przyznać, ze listopad w Polsce nie nastraja tak radośnie jak lipiec w Ameryce.
 
Tam świeci słońce, jest piękna pogoda, trwają wakacje…
Nasz 11 listopada bywa dżdżysty, zimny, a nawet śnieżny, niedługo po Święcie Zmarłych, co nie nastraja najweselej. Jednak poszukując analogii uznaliśmy, że 11 listopada to urodziny Polski.
 
Mając świadomość, że płocczanie niechętnie spędzają czas wolny poza domem, a obchody 11 listopada są szczególnie smutnym świętem, trudno myśleć o zmianie atmosfery tego dnia na radosną. Jednakże najłatwiej jest założyć nogę na nogę i powiedzieć: no nie da się, taki mamy klimat. My jednak wzorem Papcia Chmiela postanowiliśmy bawiąc uczyć. Zwróciliśmy się do wszystkich, którzy chodzą na uroczystości państwowe, a po nich rozchodzą się do swoich do domów, żeby zostali jeszcze chwilę na mieście na wspólnej zabawie.
 
Czy dla restauratorów wasz pomysł brzmiał wiarygodnie?
Reakcje restauratorów były bardzo zróżnicowane. Pamiętam, gdy w pierwszym roku, przechodząc Grodzką, przez Stary Rynek, wszedłem do restauracji powiedzieć o tym pomyśle, jeden z właścicieli restauracji zapytał mnie: „Dobrze, ale co pan z tego będzie miał?” Odpowiedziałem, że nic. On zdziwił się. „Ale jak to nic?!”
 
Od początku nie organizuję tej akcji dla pieniędzy. Zależy mi na tym, aby w Płocku coś się zmieniło. Zaangażowani restauratorzy do tego nie dopłacają, a być może nawet dodatkowo zarabiają. Wszystkim zależy, żeby ludzi przyszło jak najwięcej.
 
Pierwszy raz „Dzień Kuchni Polskiej” odbył się cztery lata temu?
Tak, ale wraz z rozrostem inicjatywy głos zabrali jej krytycy. Niektórych znam z imienia i nazwiska, a ich wypowiedzi wciąż mocno mnie zaskakują. Jak można przy okazji kolejnej edycji nie zauważać zainteresowania przedsięwzięciem wśród restauratorów?!
 
Usłyszałem też zarzuty, że zrobiłem to po to, żeby się najeść. Dlatego też, żeby odeprzeć wszelkie oskarżenia, gdy podczas trwania akcji przyszedłem ze swoją rodziną na urodzinowy obiad, rachunek zapłaciłem z własnej kieszeni i szczególnie starannie zachowałem paragon.
 
Czy po pierwszym sukcesie było łatwiej?
Z roku na rok przedsięwzięcie się rozrasta i zaczyna zabierać coraz więcej czasu i pieniędzy. Koledzy z biznesu podpowiadali mi, abym przygotowania tego święta włączył w działalność swojej firmy. Jednak zawsze miałem dystans do tego typu pomysłów. Uważam, że straciłbym wiarygodność. Wymyśliłem to jako przedsięwzięcie społeczne i takim pozostanie.
 
Tak jak wspomniałeś jesień nie nastraja nas do radosnego świętowania. Z kolei zazwyczaj słoneczny 1-3 maja uważane są za dobrą okazję do wyjazdu…
A więc ze względu na złą pogodę ten pomysł jest idealny. Ludzie nigdzie nie wyjeżdżają, co sprawia, że nie ma naturalnej konkurencji w postaci grilla. Polska kuchnia jest tłusta i ciężka – zimowa. Do jesiennej pogody pasuje idealnie.
 
Choć muszę przyznać, że pizzeria przy Rynku serwowała biało-czerwoną pizzę. Byli i tacy, co się na to oburzyli. A ja sądzę, że to był właśnie ten radosny patriotyzm.
 
Przez lokalną prasę zostałeś okrzyknięty „fanatykiem kaszy”. Dużo jest takich „fanatyków” jak Ty?
Przy tej akcji łatwo było namówić ludzi do tego, żeby się włączyli i pomogli.
 
Jedna scena była dla mnie mocno budująca. Wszedłem do restauracji i zobaczyłem, że przy tym samym stole siedzą radni z koalicji i opozycji. Na co dzień postrzegani jako antagoniści, po uroczystościach oficjalnych poszli razem na obiad. Wszyscy mieli przypięte biało-czerwone wstążeczki.
 
Pogodzeni jak wilk z owcą.
A pomiędzy tym biegają dzieci z chorągiewkami. Pytam właściciela, jak wyszło? A on odpowiada: Zobacz: „tam gdzie na stole stoi kompot, to goście przyszli specjalnie na to święto”. Spojrzałem. Kompot stał na każdym stole.
 
Okazało się, że przyszli również tacy, co serwowanej tego dnia golonki jeść nie chcą, ale z okazji Święta Niepodległości do ulubionych dań zamawiają kompot.
 
Dlaczego nie umiemy świętować radośnie?
Gdy spojrzymy w kalendarz, wszystkie najhuczniej obchodzone święta narodowe są związane z daniną krwi. W przypadku Święta Niepodległości powinno być zupełnie odwrotnie. Przed II wojną światową 10 listopada wieczorem obchodzono capstrzyk i apel poległych. Było to wspomnienie tych, którzy za wolność zapłacili życiem. Następny dzień był już radosny. Jednak my jesteśmy śmiertelnie poważni, na baczność, z marsową miną.
 
Przeżyliśmy 123 lata zaborów, potem 20 lat niepodległej, następnie czasy słusznie minionej nieboszczki komuny. Po tym wszystkim musimy sobie na nowo odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego mamy szanować prawo państwowe? Po co wywieszać flagi?
 
I odpowiedź znajdziemy jedząc tradycyjne potrawy?!
Wszystkie dziejowe opresje nie miały wpływu na kuchnię. Nikt nie mógł wyrugować i wyeliminować skutecznie tradycyjnych potraw. Dlatego też powrót do dań tradycyjnych jest szansą, żeby wrócić do tych korzeni.
 
Notabene jest to przeszłość, o której dziś za wszelką cenę próbujemy zapomnieć. Jako Polacy w większości wstydzimy się swojego wiejskiego pochodzenia. Poprzez popularyzację polskiej tradycyjnej kuchni przywołujemy to, co jeszcze niedawno powszechnie było uznawane za „wsiowe”.
 
Naszym odkryciem jest, że można spytać babcię, jak się przygotowywało pewne potrawy, jak się je jadło, i w ten sposób przypomnieć smaki dzieciństwa. Wielu moim znajomym kuchnia polska kojarzy się z kuchnią tradycyjną złamaną PRL-em – schabowy z ziemniakami. Innym natomiast z wyjazdem na wakacje na wieś do babci. To była jedyna okazja, by zasmakować potraw, których w domu już się nie jada.
 
A wszystko zaczęło się od tych dużych białych karwaszy.
Dokładnie tak, zaczęło się od tego, że są te karwasze, są te duże mankiety, dla innego będzie to hełm strażacki, albo czerwony samochód. Całe moje zaangażowanie zawdzięczam harcerstwu. Moi najbliżsi czasami mają już dość tego, że w wolne dni nie ma mnie w domu.
 
Cezary Supeł (1972 r.) studiował na Wydziale Pedagogicznym Szkoły Wyższej im. Pawła Włodkowica w Płocku, obecnie pracuje w Urzędzie Miasta Płocka. Jest instruktorem Związku Harcerstwa Polskiego. Autorem książki „Płock1920”.