dwutygodnik internetowy
10.02.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Strach zamyka Kościół

Środowiska Kościoła otwartego tego strachu nie podzielają. Ale często wpadamy w inną pułapkę. Z założenia pozytywnie odnosimy się do tego, co nowe, inne, słabe czy zmarginalizowane.

ilustr.: Rafał Kucharczuk


Na łamach Dziennika Opinii Tomasz Stawiszyński opublikował komentarz poświęcony ks. Wojciechowi Lemańskiemu i książce „Z krwi i kości”, czyli wywiadowi-rzece, który z duchownym przeprowadziła Anna Wacławik-Orpik. Najważniejszą tezę, zawartą w tym tekście, autor formułuje następująco: „nie ma, nie było i najprawdopodobniej nie będzie nigdy takiego Kościoła, którego on [ks. Lemański] chciałby być reprezentantem. Gdyby tylko taki Kościół istniał – nie tylko ja, ale wielu moich odległych dzisiaj od instytucji Kościoła przyjaciół na pewno przynajmniej spróbowałoby znaleźć tam dla siebie miejsce”.
 
O jaki Kościół chodzi Stawiszyńskiemu? Można by podejrzewać, że może o jakiś wydumany twór medialny lub taki, który dostosuje swoją naukę do współczesności. Ale nie. Recenzując wspomnianą książkę, pisze tak: „Wbrew temu, co można było przeczytać na wielu prawicowych portalach – ksiądz Lemański nie dokonuje tutaj żadnych bulwersujących transgresji, nie kwestionuje nauczania Kościoła, nie głosi heretyckich poglądów. Nie – on po prostu (naprawdę, nic więcej, tylko tyle) – mówi normalnym językiem. Językiem, który nie wyklucza, nie piętnuje, nie ocieka lśniącą, tłustą pewnością. Językiem, który jest świadomy własnego ograniczenia i uwikłania”.
 
Inaczej mówiąc, tak naprawdę Stawiszyńskiemu chodzi o to, co dość umownie nazywa się w Polsce Kościołem otwartym (używamy tego określenia tylko w kategoriach opisowych a nie wartościujących). Autor widzi w byłym proboszczu z Jasienicy osobowość pasującą do modelu katolicyzmu dialogicznego, które reprezentują takie środowiska jak te skupione wokół „Tygodnika Powszechnego”, „Więzi”, „Znaku” czy niektórych KIK-ów. I konkluduje – najwyraźniej na bazie swoich doświadczeń i swojego własnego oglądu polskiej rzeczywistości – że takiego Kościoła u nas nigdy nie było, nie ma i najprawdopodobniej nie będzie.
 
Początek dyskusji
 
Odpowiedział mu ładnie Misza Tomaszewski, redaktor naczelny „Kontaktu”, czyli pisma wydawanego przez warszawski Klub Inteligencji Katolickiej. Chcąc nie chcąc jego polemika musiała mieć trochę charakter udowadniania, że Tomasz Stawiszyński jednak się myli.
Po tej lekturze – bazując również na innych głosach oraz obserwacjach – napisałem na Facebooku taki komentarz: „Teksty, z którymi polemizuje Misza Tomaszewski są w pewnym sensie warte uwagi. Zadają one – sądzę, że w imieniu szerszej grupy – pytanie ważne: dlaczego nasza wizja Kościoła (umownie nazwijmy to Kościołem otwartym) jest tak mało widoczna? Tak mało, że wręcz pojawiają się tu tezy, że w ogóle taka nie istnieje? To pytanie biorę do siebie. I dodam, że boli mnie jego treść, bo nie znam odpowiedzi. To jest kwestia do poważnego namysłu dla naszych środowisk”.
 
Mój apel do serca wziął sobie Ignacy Dudkiewicz z „Kontaktu” i de facto rozpoczął istotną debatę. Naturalnie odpowiedzieć na pytanie „Dlaczego naszej wizji Kościoła nie widać?” nie da się ot tak. Przedstawiciel młodego pokolenia KIK-owców wskazuje na kilka ważnych kwestii, z konieczności dotykając zaledwie fragmentu rzeczywistości, którą chcielibyśmy poddać namysłowi. Ja również w poniższych uwagach skupię się na jednym aspekcie sprawy, który ma tu kilka swoich różnych manifestacji. Chcę mianowicie napisać o strachu.
 
Zakazy, które straszą
 
Dwa głośne zakazy wypowiadania się publicznie – nałożone na ks. Adama Bonieckiego i ks. Wojciecha Lemańskiego – nie mogły pozostać bez wpływu na innych duchownych, zakonnych i diecezjalnych. Widząc fakt, iż restrykcje te spotkały ich właściwie za odwagę głośnego mówienia, zadawania pytań w trudnych sprawach i rozmawiania z postaciami kontrowersyjnymi, wielu podobnie myślących musiało odebrać te sytuacje jako ostrzeżenie, by lepiej się nie wychylać. Decyzje prowincjała marianów i ordynariusza diecezji warszawsko-praskiej spotkały się z aprobatą większości polskich hierarchów lub przynajmniej z cichą akceptacją. Mocnych głosów sprzeciwu ze szczytów nie słyszeliśmy.
 
Księża ci oczywiście popełnili jakieś błędy czy też powiedzieli kilka zdań za dużo. Nie chodzi tu jednak o to czy się z nimi w stu procentach zgadzamy czy też nie ale o to, czy zasłużyli na tak dotkliwą i symboliczną karę.
Wniosek pierwszy: obecny mainstream naszego Kościoła niechętnie patrzy na duchownych nastawionych na dialog i otwartość. Wniosek drugi: lepiej nie naśladować Bonieckiego i Lemańskiego, bo to wróży szybkie kłopoty. Wniosek trzeci: w polskiej rzeczywistości dla Kościoła otwartego brakuje miejsca.
 
Agorafobia i światowe wyzwania
 
Jest to postawa, która – używając języka papieża Franciszka – skupia uwagę na trosce o to, by nie potłuc się, nie pobrudzić, broń Boże nie popełnić błędu. W tej perspektywie lepiej jest pozostać w bezpiecznych murach świątyni niż wyjść przed nią i docierać na peryferie. To kolejny strach naszego Kościoła: przed współczesnym światem.
 
Środowiska Kościoła otwartego tego strachu nie podzielają. Ale często wpadamy w inną pułapkę. Z założenia pozytywnie odnosimy się do tego, co nowe, inne, słabe czy zmarginalizowane. W tym spotkaniu widzimy wolę Bożą oraz wezwanie, by iść na krańce świata. Angażujemy więc swój czas i energię w różne świeckie przestrzenie – kultury, mediów, sportu, polityki, lokalnych społeczności, organizacji itp. Nie mamy problemu z tym, że niektóre z nich postrzegane są jako nazbyt liberalne, lewackie czy antykościelne. I słusznie.
 
Wydaje mi się jednak, że zbyt często w te przestrzenie wchodząc, swoją wiarę pozostawiamy przed drzwiami. Nie chodzi mi naturalnie o to, by nagle przybierać pozy nadgorliwych ewangelizatorów. Mam na myśli takie autentyczne działania, wypowiedzi i postawy, które same o nas zaświadczą. Bez chowania opinii wynikających z naszych religijnych przekonań do kieszeni. Bez unikania zabierania głosu w tematach drażliwych, nawet gdybyśmy mieli być w ogromnej mniejszości. Po owocach nas poznają. Strach przed pokazaniem tożsamości człowieka wierzącego jest naszym wrogiem.
 
Niebezpieczne sumienie
 
Kościół powinien być obecny w życiu społecznym naszego kraju. Jego potencjał twórczy, formacyjny, edukacyjny jest nadal ogromny. Tę obecność można jednak prowadzić na wiele sposobów. U nas od lat funkcjonuje metoda nakazowo-zakazowa. A przecież istnieje inna, propagowana przez środowiska dialogu, ta nastawiona na formowanie sumień obywateli.
 
To jest największy strach polskiego Kościoła: nie dać wiernym zbyt wielkiego pola do samodzielnego decydowania, bo z pewnością się pogubią. Ten paradoksalny brak wiary w człowieka, formułowany jakoby w dobre wierze, w istocie sprawia, że ludzkie sumienia przestają funkcjonować. Nie mając zbyt wielu okazji do szukania odpowiedzi wewnątrz własnego ja, w osobistym dialogu z Bogiem (bo łatwe odpowiedzi mają podane na tacy), w końcu obumierają.
 
Gdy zaś pojawia się coś nowego, nieznanego – jak przykładowo ostatnio sprawa gender – ludziom wierzącym brakuje nie tylko wiedzy ale i zdolności krytycznego osadu dobrego i złego. Co więc robią? Kierują oczy ku Kościołowi, by im kolejny raz powiedział jak jest. Takie sprzężenie po pierwsze stwarza przestrzeń do nadużyć, a po drugie z człowieka wierzącego może uczynić marionetkę.
 
Problem z mediami
 
Do stworzenia obrazu, w którym nie ma miejsca dla Kościoła otwartego, przyczyniają się też niektóre media. A konkretnie ich strach przed „nudnymi” dialogistami, którzy mają stanowisko wyważone, zniuansowane i nastawione na wypracowanie płaszczyzny porozumienia. Wolą tych, którzy zapewnią krwisty spór czy wręcz kłótnię nie zakończoną żadną pozytywną konkluzją. To dlatego twarzami Kościoła w mediach są dziś ks. Dariusz Oko i Tomasz Terlikowski, a nie ks. Andrzej Draguła i Zbigniew Nosowski.
 
Inna sprawa, że – tu również biję się we własne piersi – sami dość często odmawiamy mediom komentarza czy też nie przyjmujemy zaproszeń. I to jest nasz strach przed mediami. Że może zmanipulują, źle potną, wyrwą z kontekstu itp. Z tym też musimy nauczyć się sobie radzić.
 
Krok do rozeznania
 
To tylko kilka uwag spisanych na gorąco. Nie aspirują one do odpowiedzi na zadane wyżej pytanie. Jest to raczej próba opisania fragmentu rzeczywistości, który przyczynia się do obecnego stanu. Jak wiadomo, żeby coś leczyć, najpierw trzeba postawić jak najlepszą diagnozę. A do tej potrzebne są badania oraz rozeznanie sytuacji środowiskowej. Tu mamy do czynienia z elementem takiego rozeznania.
 

Tekst ukazał się pierwotnie na blogu autora na stronie Laboratorium Więzi.
 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.