dwutygodnik internetowy
27.01.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Steve McQueen. Zniewolony

McQueen podejmuje temat, który na warsztat wziął też niedawno Quentin Tarantino w „Django”. O ile jednak Tarantino podszedł do problemu w stylu kiczowato-komediowym, McQueen zrobił kino bardzo serio.


 
McQueen podejmuje temat, który na warsztat wziął też niedawno Quentin Tarantino w „Django”. O ile jednak Tarantino podszedł do problemu w stylu kiczowato-komediowym, McQueen zrobił kino bardzo serio.
 
Steve McQueen to obecnie jeden z najciekawszych i najlepszych brytyjskich reżyserów, co sprawia, że każdy jego film jest prawdziwym wydarzeniem. Jakby tego było mało jego najnowsze dzieło „Zniewolony” dostał Złotego Globa dla najlepszego filmu i jest jednym z głównych kandydatów w wyścigu po nominacje do Oscarów. Nic więc dziwnego, że oczekiwania były ogromne.
 
Podobnie jak we wcześniejszych „Głodzie” i „Wstydzie” McQueen koncentruje swoją uwagę przede wszystkim na jednym bohaterze i jego kondycji psychicznej. „Zniewolony” więcej wspólnego ma z tym pierwszym – tu też mamy do czynienia z oporem, wytrwałością, walką z otaczającym światem i sytuacją. Tyle, że zachowanie bohatera „Głodu” wynikało z wyboru, osobistych przekonań, w „Zniewolonym” protagonista cierpi nie ze swojej woli. Jest to bowiem historia (na podstawie prawdziwych wydarzeń) Solomona Northupa (Chiwetel Ejiofor), czarnoskórego wolnego człowieka, który w pierwszej połowie XIX wieku został porwany i zamieniony w niewolnika, którym był przez dwanaście lat.
 
McQueen podejmuje więc temat, który na warsztat wziął też niedawno Quentin Tarantino w „Django”. O ile jednak Tarantino podszedł do problemu w swoim stylu (czyli kiczowato-komediowym), McQueen zrobił kino bardzo serio. Myślę, że strategia Tarantino jest niezwykle ważna i ożywcza, w doskonały sposób ośmieszająca rasizm, ale dobrze też jest przypomnieć sobie, że to jednak bardzo poważna i straszna sprawa. „Zniewolonemu” to się udaje i to pomimo stosunkowo małej liczby scen okrucieństwa – idąc do kina podejrzewałem, że będzie ich więcej. Jedyne co przeszkadza to dialogi, które momentami zbyt wprost przekazują, o co w filmie chodzi – że niewolnictwo jest złe, a ludzie, którym to nie przeszkadza, zostaną ukarani. Tego typu „łopatologia” jakoś nie pasuje mi do twórcy „Wstydu”.
 
Na szczęście do tego McQueen bynajmniej się nie ogranicza. Poza historią głównego bohatera (o której za chwilę), reżyser portretuje różne postawy ludzi wobec Solomona. Są tu więc porywacze, którzy całą rzecz traktują jak zwykły interes, po czym o sprawie zapominają. Jest Tibeats (Paul Dano), wyraźnie znajdujący przyjemność w upokarzaniu murzynów, w zasadzie zwykły psychopata. Najciekawsi są jednak pan Ford (Benedict Cumberbatch) oraz Edwin Epps (Michael Fassbender). Pierwszy na swój sposób ceni Solomona, przyjmuje na przykład jego propozycję usprawnienia pracy. Ciężko też powiedzieć, że nienawidzi murzynów. Ale jest tchórzem, nie chce wysłuchać historii Solomona, nie chce mu pomóc. Czego się boi? Tego, co pomyślą inni latyfundyści? Rzucenia im wyzwania? Upadku systemu, w którym żyje, a tym samym wielu przywilejów? A może wszystkiego po trochu? Epps z kolei jest jednocześnie demoniczny, niepokojący, ale też wyraźnie żałosny i, w gruncie rzeczy, chyba bardzo nieszczęśliwy. Jego stosunek do niewolników wcale nie jest taki jednoznaczny. Z jednej strony gardzi nimi, potrafi być bardzo okrutny, z drugiej zaś nie brzydzi się kontaktu z nimi, potrafi na swój sposób docenić dobre wyniki w pracy.
 
Najważniejszy jest oczywiście Solomon. Jego historia jest wstrząsająca, co wzmocnia świadomość, że ogląda się prawdziwe wydarzenia. Wiele z nich jest przerażających, zwłaszcza pod kątem psychologicznym. Mimo wszystkich przeciwności Solomon się nie poddaje, zachowuje dumę, honor i nadzieję. Jego postawa jest oczywiście godna podziwu, ale wzbudza też ogromną sympatię i pozwala identyfikować się, kibicować głównemu bohaterowi.
 
Pod kątem filmowym „Zniewolony” też stoi na bardzo wysokim poziomie. Głównymi zaletami są aktorstwo oraz zdjęcia Seana Bobbitta. Chiwetel Ejiofor w roli Solomona jest przekonujący, odpowiednio łączący rozpacz i determinację. Przesadzona jednak jest opinia, którą jakiś czas temu słyszałem, że to jedna z najlepszych ról w historii kina. Na drugim planie bardzo dobrze sobie radzą (co żadnym zaskoczeniem nie jest) Michael Fassbender oraz Benedict Cumberbatch, miło ogląda się też Brada Pitta. Jedynie Paul Dano po raz kolejny został obsadzony w dość typowej dla siebie roli, co powoli zaczyna być nużące. Zdjęcia zaś są nie tylko ładne, ale też bardzo przemyślane, często skupiające się na drobnych detalach. Jedyne duże zastrzeżenie mam do muzyki, która bardzo często przypominała połączenie głównego motywu ze „Wstydu” oraz wcześniejszych utworów Hansa Zimmera. Twórca ten od dłuższego już czasu jest w bardzo słabej formie i głównie się powtarza.
 
„Zniewolony” Steve’a McQueena nie jest najlepszym filmem tego reżysera. „Wstydem” zawiesił sobie jednak poprzeczkę niezwykle wysoko. Biorąc to pod uwagę trzeba jasno powiedzieć, że film w najmniejszym stopniu nie jest rozczarowaniem. Najlepszym tego dowodem jest Złoty Glob dla najlepszego filmu.