dwutygodnik internetowy
18.04.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Staroświeckie ostańce, nowocześni twardziele

Nie wiadomo, jak skończy się sprawa Emilii. Jeśli budynek zostanie rozebrany, stanie się to przy głośnym krzyku garstki zwolenników modernizmu i aktywistów miejskich, a reszta miasta w najlepszym razie pozostanie obojętna. Dla większości warszawiaków na liście zabytków nie ma miejsca dla „szarego, peerelowskiego” szkła, stali i betonu.

 

ilustr.: Marta Skoczeń

ilustr.: Marta Skoczeń

W lutym na Białołęce, w remontowanej przez władze dzielnicy secesyjnej wilii odkryto oryginalne polichromie z początku minionego wieku. Podczas czyszczenia ścian w jednym z pomieszczeń spod warstwy farby i tynku wyłoniły się fantazyjne roślinne ornamenty i głowy aniołków. Późniejsze relacje prasowe milczą na temat tego, czy zebrani pracownicy firmy remontowej od razu zrozumieli powagę chwili, odczuli zachwyt i dostrzegli w sobie odkrywców czegoś niezwykłego. Ale już po kilku dniach wszystko potoczyło się zgodnie ze scenariuszami dobrze oswojonymi przez historię sensacyjnych odkryć zabytków czy skarbów. Na konferencji, która odbyła się przed polichromiami, zwołani pospiesznie konserwatorzy opowiadali o kunszcie anonimowego malarza z początku XX wieku. Przedstawiciele władzy nie szczędzili deklaracji, że odkryte dzieła sztuki czeka szczegółowa konserwacja, a potem rola tła dla mającego powstać w tym miejscu Centrum Historii i Kultury Białołęki. To nic, że malunki są dość skromne, zajmują zaledwie część pomieszczeń willi i nie tylko w Wiedniu, ale i Łodzi nie wywołałyby większych emocji.

Nie ma co się dziwić historycznej ekscytacji warszawiaków. Historia miasta i okolic potoczyła się w taki sposób, że zabudowa, która przetrwała w autentycznej formie, jest dziś prawdziwym rarytasem. Subtelne wykończenia wnętrz, ale też całe budynki i kwartały ulic okazały się nadspodziewanie kruche, delikatne i, ostatecznie, tymczasowe. Dlatego to, co szczęśliwie okazało się trwalsze, w Warszawie traktowane jest jak białołęckie polichromie, które niespodziewanie okazały się „perełkami bezwzględnie wartymi ocalenia” i „świadkami historii”. Czyli – jak to się mówi po warszawsku – ostańcami.

Ocalić od zapomnienia

Prawdziwych, skalnych ostańców próżno szukać na równym jak stół Mazowszu. Geologia uczy, że z ostańcem mamy do czynienia wtedy, gdy wśród pofalowanego, wyżynnego terenu pojawia się nagle stercząca, stroma skała, często o niemal pionowym, skalistym stoku. Mówiąc językiem specjalistów, to „wyizolowana forma terenu, często pozostałość większego masywu skalnego”. Czyli samotna, ale dumna pamiątka po utraconej przeszłości, która wrażenie robi właśnie dlatego, że wyrwana jest nienaturalnie ze swojego oryginalnego kontekstu – górskiego lub miejskiego.

W Warszawie budynek, który chce zasłużyć na tytuł ostańca, poza osamotnieniem musi mieć jeszcze inne cechy. Konieczne jest przede wszystkim powszechne przekonanie o jego oryginalności i autentyczności. Drugim ważnym fundamentem dla ostańca jest nostalgia – czyli słodko-gorzka tęsknota za „lepszym minionym”. Dlatego przynajmniej teoretycznie warszawiacy zakochani w ostańcach wyżej od odbudowanego Krakowskiego Przedmieścia cenić powinni dziewiętnastowieczną kamienicę, która przetrwała w drugim rzędzie zabudowy na wysokości Uniwersytetu – to ona jest „prawdziwa”, jej mury pamiętają XIX wiek, a w środku udałoby się może znaleźć pojedynczych „mieszkańców z dziada-pradziada”. Stylizowane kamieniczki, ustawione rzędem przy Krakowskim Przedmieściu, trudniej włączyć w taką melancholijną opowieść. Bo choć brzmi to paradoksalnie, w swoich założeniach odbudowa Warszawy była programowo nowoczesna. Stare formy wymyślano na nowo, nie stroniono od poprawek architektonicznych i funkcjonalnych, ale przede wszystkim dodawano nowe, postępowe treści.

Przez ostanie siedemdziesiąt lat tak rozumianej odbudowie wybito zęby. Przybrudzone zrekonstruowane kamieniczki czarują dziś już tylko staroświeckim urokiem i mieszczańskim charakterem. Wielu warszawiaków i turystów przestało się głębiej zastanawiać, kto i po co je odbudował. Dlatego, choć pod wieloma względami Staremu Miastu bliżej do osiedli mieszkaniowych, które powstawały w tym samym czasie i w późniejszych latach, to w praktyce staromiejska enklawa budzi dziś takie samo przywiązanie i melancholię, co wielkomiejska kamienica z końca XIX wieku.

Ideowe zwroty

Wiele z rekonstruowanych kamieniczek stało jeszcze nieotynkowanych, gdy trochę z powodu mijającego czasu, a trochę z decyzji politycznej uznano, że skończyła się epoka rekonstrukcji. Ponieważ był to też moment upadku socrealizmu, to polskich architektów czekał skok jakościowy na polu swobody twórczej. Znowu można było budować tak, jak budowano na świecie, jak nakazywała edukacja, dotychczasowa droga twórcza oraz sylwetka ideowa architektów. W Polsce i w Warszawie zaczęły się trzy dekady dominacji architektury modernistycznej. Powstała niezliczona ilość obiektów – bloków, domów i osiedli, pawilonów handlowych, budynków użyteczności publicznej, nawet kościołów – które łączy ten sam sposób myślenia o funkcji i podobna estetyka. Tak jak zawsze, część z nich była produkcyjniakami i architekturą tła. Musiała powstawać na masową skalę, by zaspokoić deficyty mieszkaniowe, potrzeby rozwijającego się przemysłu czy niedobory handlowe. Ale zdarzały się też dzieła najwyższej próby.

Spór o Emilkę

W tym samym czasie, w którym na Białołęce padały deklaracje o bezwzględnej konieczności uratowania wnętrz budynku, który już od 2009 roku znajduje się na liście zabytków, w Śródmieściu toczyła się kolejna odsłona wieloletniego sporu o to, czy pawilon Emilki – jedna z ostatnich istniejących warszawskich ikon modernizmu – zasługuje na ochronę i zachowanie.

W tej historii były już wielkie pieniądze (gdy Emilkę kupował deweloper, od początku deklarując, że chodzi mu o cenną ziemię, na której pawilon stoi), fortele (gdy konserwator zabytków już po dokonaniu sprzedaży próbował tylnymi drzwiami wciągnąć ją do ewidencji zabytków), nie zabrakło też prób kompromisu (gdy zaproponowano, by działkę pod Emilką opróżnić, a pawilon odtworzyć kilkaset metrów dalej z użyciem niektórych oryginalnych elementów, odcinając się przy tym od całego architektonicznego kontekstu i istniejącej infrastruktury) oraz stawiania sprawy na ostrzu noża (gdy nowa konserwatorka zabytków twardo opowiedziała się za zachowaniem pawilonu w oryginalnej lokalizacji).

Nie wiadomo, jak skończy się sprawa Emilii. Pewne jest natomiast, że jeśli budynek zostanie rozebrany, to stanie się to przy głośnym krzyku garstki zwolenników modernizmu i aktywistów miejskich (niewykluczone, że będą to te same osoby). A reszta miasta w najlepszym razie pozostanie obojętna. Bardziej prawdopodobne, że ze zrozumieniem kiwnie głową. Bo jak się wydaje, dla większości warszawiaków na liście zabytków nie ma miejsca dla „szarego, peerelowskiego” szkła, stali i betonu. A wieżowiec, który ma powstać w tym miejscu, jest nadal symbolem wielkomiejskości. Wierzą w to mocno warszawiacy, dla których nie ma większej przyjemności, niż olśnić kogoś, kto od dawna w Warszawie nie był, widokiem nie do poznania. W geście triumfu wozimy kuzynów z zagranicy na Wolę, która już dawno nie jest przemysłowa, a czerwień została jej tylko na daszkach nowiutkiej stacji metra na rondzie Daszyńskiego. Z manhattańskim wzruszeniem wskazujemy na panoramę Śródmieścia, która zupełnie niezauważenie wyrosła pośród „pustki” Dzikiego Zachodu i „szarych ugorów” między blokami Żelaznej Bramy. Wysokie wieże czarują mieszkańców Warszawy, a deweloperom dają szansę wycisnąć z działki tak dużo, jak się da. Przynajmniej na pierwszy rzut oka panuje zgoda i wspólnota celów.

Być może dlatego Sezam, Super Sam, Chemia, pawilon na ulicy Przeskok, Smyk czy Universam znikały przy niszowych protestach lub w ciszy. Ich miejsce na niezwykle wartościowych działkach zajęły budynki, które wygrywają na polu praktyki i spektakularności, mierzonej w metrach od poziomu chodnika. A subtelny budynek, który to miejsce zajmował przez kilka dekad, łatwo odchodzi w zapomnienie.

Zapomnieć o ocaleniu

Willę na Modlińskiej przed rozbiórką i zastąpieniem przez bardziej „wydajny” budynek uratowało przede wszystkim peryferyjne położenie. Być może pomocne w przetrwaniu było zamalowanie ostentacyjnie świadczących o epoce polichromii. W pierwszych latach PRL secesja miała bowiem fatalne notowania. Zachowana secesyjna forma bywała ważnym argumentem, gdy decydowano o wyburzeniu lub odbudowie poszczególnych budynków. Była w tym oczywiście ideologia polityczna, ale także zupełnie uniwersalna pogarda dla dokonań pokolenia późnych rodziców/wczesnych dziadków. Gust sprzed trzydziestu-czterdziestu lat jest dość powszechnie traktowany jako estetyka zbyt staroświecka jak na współczesność, a jednocześnie zbyt świeża na bycie zabytkiem. Dlatego willa na Modlińskiej musiała dojrzeć do bycia perłą.

To jest właśnie kwintesencja „złego urodzenia” architektury tworzonej w okresie PRL. Polityka i estetyka są rzeczą wtórną, warszawiacy są w tym momencie na nią jednocześnie za młodzi i za starzy.

Czy to oznacza, że nadzieja na ratunek dla Emilki jest w przeczekaniu jeszcze kilku lat z nadzieją na przeskok do kolejnej kategorii wiekowej? Trudno na to liczyć. Po pierwsze obecni właściciele zbyt dobrze przyswoili wiedzę o tym, że czas to pieniądz, żeby pozwolić Emilce spokojnie nabierać patyny. Po drugie – być może ważniejsze z perspektywy szans na ocalenie innych wartościowych budynków epoki – ikony powojennego modernizmu, niezależnie od tego, jak bardzo nie byłyby zakurzone, zaniedbane i zaklejone reklamami, mają w swojej formie coś intensywnie nowoczesnego. O ile nowoczesność Starego Miasta gdzieś po drodze została zatarta i zgubiona, a współczesne szklane wieże zaczynają trącić myszką prędzej, niż zakładali inwestorzy, to w przypadku obiektów takich jak Super Sam, Smyk czy właśnie Emilka nowoczesność wydawała się cechą niezbywalną i ponadczasową. Z takim bagażem modernistyczna ikona nie ma szans, by przemienić się w oglądany przez okulary z sepii melancholijny ostaniec. A bez tego nikt poza gronem pasjonatów nie uwierzy, że warto się o nią starać.

Czas twardzieli

Ostaniec to tylko jeden z terminów, którymi w geologii określa się samotną, niewzruszoną skałę. Bratnią formacją geologiczną jest tak zwany „twardziel”. Jak donosi Wikipedia, jego pochodzenie jest bardzo podobne co w przypadku ostańców, ale różnią je pewne subtelności w budowie.

Skoro wyobraźnię estetyczną mieszkańców Warszawy porządkuje już jeden geologiczny termin, to może warto zrobić w słowniku miejsce jeszcze na drugi, konkurencyjny. Jest nadzieja, że dzięki temu w wyobraźni warszawiaków znalazłoby się miejsce na zabytki, które nie są staroświeckie. Twardzielami nazwać należałoby dumne ze swojej nowoczesności modernistyczne budynki, którym udaje się jeszcze wychodzić obronną ręką z plagi i zawieruchy, jaką od 25 lat wprowadza w Warszawie dziki kapitalizm. To ostatni moment na taką zmianę w świadomości. Inaczej może się okazać, że już niedługo ostatni z twardzieli skruszeje pod naporem kolejnej „konieczności dziejowej”.