dwutygodnik internetowy
22.02.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Stan wyborów w Stanach

Być może Amerykanie – znudzeni, rozczarowani, zdenerwowani – gotowi są poprzeć jakikolwiek radykalny plan, byleby przyniósł zmianę, niezależnie od strony sceny politycznej, z której ten pochodzi.

ilustr.: Zuzanna Wicha

Tegoroczna walka o Biały Dom drwi z wszelkich przewidywań. Widać to choćby po sposobie, w jaki jest opisywana w polskiej prasie. Jeszcze w lipcu, niedługo po oficjalnych deklaracjach kandydatów o starcie w wyborach, można było przeczytać jedynie o tym, że czeka nas rywalizacja między dwoma politycznymi dynastiami, reprezentowanymi przez Jeba Busha (którego brat i ojciec piastowali urząd prezydenta) oraz przez Hillary Clinton. Wydawało się wtedy oczywistym, że pomimo konkurencji wielu innych rywali to między nimi przyjdzie wybierać Amerykanom w listopadzie 2016. Dziś jednak taka ewentualność jest niemożliwa: 20 lutego, po kolejnym rozczarowującym wyniku w prawyborach, Jeb Bush zawiesił swoją kampanię, a choć Clinton dalej jest faworytką do otrzymania nominacji Partii Demokratycznej, wcale nie jest oczywiste, że jej przewaga się utrzyma.Opisanie wszystkich zaskakujących elementów tej kampanii stworzyłoby tekst o objętości porządnej kontynentalnej powieści, toteż z tego rogu obfitości niespodzianek i absurdów, zmuszeni jesteśmy wybrać jedynie część. Zacznijmy od początku

Wybór wielokrotnie złożony

Ordynacja wyborcza w Stanach Zjednoczonych jest cokolwiek skomplikowana. Sezon kampanii trwa o wiele dłużej niż u nas – około półtora roku (w bieżących wyborach pierwszy kandydat ogłosił swój start w marcu 2015, wybory generalne zaś odbędą się 8 listopada 2016) – w związku z tym, że najpierw w każdym stanie odbywają się prawybory (w tym roku trwają one od 1 lutego do 7 czerwca). W prawyborach wyłania się kandydata danej partii na prezydenta – w jaki dokładnie sposób i przez kogo (to znaczy czy głosować mogą jedynie zarejestrowani Republikanie bądź Demokraci czy też tak zwani Niezależni, którzy nie popierają oficjalnie żadnej z partii, czy wszyscy, niezależnie od afiliacji partyjnej) zależy od każdego stanu z osobna. Wygrana w danym stanie oznacza otrzymanie proporcjonalnej do wyniku liczby delegatów – zobowiązani są oni poprzeć zwycięzcę na Narodowych Konwencjach obu partii, które odbędą się w lipcu. To właśnie wtedy następuje oficjalne głosowanie i ogłoszenie nominacji na kandydata w wyborach prezydenckich. Jest to raczej formalność, bowiem liczba zdobytych delegatów jest jawna, także już po ostatnich prawyborach, a czasem nawet wcześniej, wiadomo, kto ją zdobędzie. Na Konwencjach obecni są też Superdelegaci – członkowie partii, zajmujący w niej wysokie stanowiska. Stanowią oni około jedną piątą wszystkich delegatów i nie są zobowiązani głosować zgodnie z wynikami prawyborów. Jeśli żaden z kandydatów nie uzyskałby znaczącej przewagi głosami wyborców, to Superdelgaci mogliby zdecydować, kto dostanie nominację. Nigdy się jednak jeszcze nie zdarzyło, by wyznaczyli zwycięzcę wbrew wynikom prawyborów.

Na razie więc obserwujemy walkę wewnątrz partii, między osobami ubiegającymi się o nominację – początkowo po stronie Demokratów było ich pięcioro, teraz ostało się dwoje, zaś po stronie republikańskiej wyzwanie podjęła rekordowa liczba siedemnastu osób, z których już jedenaście zawiesiło swoją kampanię (stan na 19 lutego). Proces wybierania oficjalnego kandydata bynajmniej nie jest mniej ważny czy mniej interesujący niż wybory generalne. Bardzo dużo mówi o oczekiwaniach wyborców oraz o kondycji danej partii – tak na przykład to, że aż siedemnaście osób ubiega się o nominację Partii Republikańskiej, jest jedną z wielu oznak, że od co najmniej ośmiu lat nie ma w niej jasno określonego przywództwa. W tym roku wyścig jest o tyle ciekawy, że zarówno po stronie demokratów, jak i republikanów pojawili się kandydaci, którzy, choć na początku wydawali się mieć marginalne znaczenie, szybko zdobyli rzesze zwolenników, a ich poglądy, pomimo skrajności, zaczęły wydawać się niemal powszechnie akceptowane. W wyścigu demokratów tą postacią jest Bernie Sanders, po stronie republikanów – Donald Trump.

ilustr.: Zuzanna Wicha

ilustr.: Zuzanna Wicha

Sny i koszmary Hillary Clinton

Jeszcze zanim zaczął się sezon wyborczy, nikt nie miał wątpliwości co do tego, czy była Sekretarz Stanu będzie ubiegać się o nominację. Wydawało się także, że tym razem nie ma w partii nikogo, kto mógłby i chciałby jej zagrozić – ma najlepsze finansowanie, rozległą sieć kontaktów, dużą rozpoznawalność oraz do znudzenia powtarzany przez nią argument, że byłaby pierwszą w Stanach kobietą prezydent. Jednak jej sen o Białym Domu raz jeszcze może przerodzić się w koszmar.

Faktycznie, nie zagraża jej nikt z partii. Jej przeciwnikiem jest niezależny senator z Vermontu (kandydaci niezależni [ang. independents] pomimo nie bycia członkiem żadnej z partii, też mogą ubiegać się nominację z ramienia jednej z nich). siedemdziesięcioczteroletni Bernie Sanders wydawał się skreślony na starcie. Wprost określa się jako socjalista w kraju, który dobrze pamięta czasy McCarthy’ego i gdzie termin ten nadal uważany jest przez niektórych za obelgę – w pierwszych wywiadach, jakich udzielał, musiał przede wszystkim tłumaczyć prowadzącym definicję socjaldemokracji. Postuluje on między innymi wprowadzenie darmowej służby zdrowia dla wszystkich oraz bezpłatnej edukacji wyższej, finansowanej dzięki nałożeniu podatku na operacje finansowe na giełdzie. Oprócz tego mówi głośno (i nieustannie) o tym, że klasa średnia się kurczy, mniejszości etniczne są dyskryminowane i należy odwrócić trend redystrybucji dóbr prowadzący od pewnego czasu od klasy średniej do górnego procenta. Wall Street jest w jego oczach jednym z głównych źródeł zła w Ameryce, też z powodu silnych powiązań, a co za tym idzie – wpływów, jakie ma na Kapitolu. Dlatego Sanders nie jest finansowany przez tak zwane Super PAC – w skrócie zbiór dotacji od korporacji oraz zamożnych zwolenników kandydata. Kwota dotacji nie ma górnego limitu, odkąd w 2010 Sąd Najwyższy USA uznał, że przeznaczanie pieniędzy na kampanie jest korzystaniem z prawa wolności słowa, na które nie wolno nakładać ograniczeń. Zamiast tego senator funduje swoją kampanię dzięki indywidualnym wpłatom – wpłynęło ich już ponad 3,5 miliona, a ich średnia kwota oscyluje wokół 27 dolarów. Te ostatnie liczby zdradziły czytelnikowi pointę, której i tak się spodziewał – że wbrew wszelkim oczekiwaniom Sanders stał się niezwykle popularny, szczególnie wśród młodych i mniej zamożnych ludzi, w wyniku czego w pierwszych prawyborach, w stanie Iowa, przegrał z Clinton jedynie o 0,2 procent (!), a w drugich, w New Hampshire, odniósł cokolwiek spektakularne zwycięstwo, zdobywając 60 procent głosów wyborców Partii Demokratycznej oraz niezależnych (w tym 83 procent głosów w grupie wiekowej 18–29).

Pan Donald Trump jedzie do Waszyngtonu

Donald Trump jest postacią znaną w Stanach. Zaczynał, pracując w firmie nieruchomościowej swojego ojca. Jak sam przyznał podczas jednego ze spotkań z wyborcami, początki nie były dla niego łatwe – dostał od ojca tylko „małą pożyczkę na milion dolarów” („It has not been easy for me. You know, I started off in Brooklyn, my father gave me a small loan of a milion dollars…”). Dorobił się wielomiliardowej fortuny, głównie dzięki obracaniu nieruchomościami, a także kupnie kasyn i budowaniu hoteli. Od 2004 do 2015 roku Trump prowadził również reality show pod nazwą „The Apprentice” (Czeladnik), w którym uczestnicy konkurowali o kontrakt na 250 tysięcy dolarów i możliwość prowadzenia jednej z jego z firm. Większość odcinków kończyła się wyeliminowaniem jednego uczestnika, poprzez powiedzenie mu „you’re fired” (zwalniam Cię), którą to frazę Trump próbował nawet zastrzec, jednak Biuro Patentowe nie wyraziło na to zgody.

Gdy Trump zadeklarował swój start w wyborach, niewiele osób potraktowało go poważnie. Myślano, że to po prostu wybryk znudzonego biznesmena. Po tym, gdy ogłosił, że jego pomysłem na rozwiązanie problemu nielegalnej imigracji jest wybudowanie muru na granicy z Meksykiem, za który to właśnie Meksyk, a nie Stany, ma zapłacić, wydawało się, że jego kampania nie potrwa długo. Jednak z każdą kontrowersyjną, zarówno pod względem treści, jak i spójności logicznej wypowiedzią, jego poparcie rosło i od lipca nieprzerwanie prowadzi we wszystkich ogólnokrajowych sondażach wśród kandydatów na nominację Partii Republikańskiej (ostatnio po raz pierwszy w jednym z przeprowadzanych sondaży na prowadzenie wysunął się Ted Cruz, jednak jest to odosobniony przypadek, w pozostałych Trump ma dwucyfrową przewagę nad innymi kandydatami). Przez chwilę wydawało się, że może mu zagrozić Ben Carson, neurochirurg z Michigan. Trzeba przyznać, że jego teoria o tym, jakoby egipskie piramidy zostały zbudowane przez biblijnego Józefa w celu przechowywania w nich ziarna, może konkurować pod względem niedorzeczności z niektórymi propozycjami Trumpa. Jednak popularność Carsona szybko się skończyła. Być może po prostu nie był w stanie zaoferować wyborcom tego, co Trump: na przykład zakazu wjazdu do Stanów Zjednoczonych dla muzułmanów lub przyznania, że globalne ocieplenie to humbug wymyślony przez Chińczyków, żeby zaszkodzić amerykańskiej gospodarce. Przede wszystkim jednak chyba po prostu brakuje mu Trumpowego uroku i pewności siebie, widocznych w wypowiedziach takich jak ta: „Częścią mojego piękna jest to, że jestem bardzo bogaty” („I mean, part of the beauty of me is that I’m very rich”). Trump obiecuje na przykład zgnieść ISIS oraz pomóc weteranom, jednak rzadko kiedy dzieli się szczegółami czy choćby zarysami swoich planów, pozostając na poziomie zamglonych obietnic. Cóż, magik nigdy nie ujawnia tajników swoich sztuczek.

ilustr.: Zuzanna Wicha

ilustr.: Zuzanna Wicha

Zmiany!

Choć poglądy Sandersa i Trumpa znajdują się na dwóch przeciwstawnych biegunach, jest między nimi wiele podobieństw. Po pierwsze, obaj nie przepadają za tak zwanym establishmentem – jest to w ogóle zjawisko coraz szersze w Stanach, przejaw znudzenia i rozczarowania polityką, który powoduje przedkładanie świeżości (a co za tym idzie – domniemanej niewinności) na scenie politycznej ponad doświadczenie. Sanders co prawda doświadczenie ma bardzo bogate – jest najdłużej działającym w Kongresie niezależnym politykiem w historii USA – jednak to, co przyciąga jego wyborców, to pewien rodzaj szczerości, rzadko spotykany gdziekolwiek w okolicach Waszyngtonu. Cechuje go stałość poglądów – w odróżnieniu od Clinton, która wielokrotnie radykalnie zmieniała swoje opinie, Sanders głosi dziś to samo, co trzydzieści lat temu. Dla wielu wyborców wydaje się politycznym ewenementem – człowiekiem, który naprawdę mówi to, co myśli. O Trumpie zdecydowanie należy powiedzieć to samo – często wyśmiewa poprawność polityczną i wyraźnie pokazuje, że nie jest przez nią krępowany. Ma on też podobne poglądy dotyczące klasy politycznej – mówi jasno, że jeśli da się politykom pieniądze na kampanie, pozostają oni dłużnikami. Tak na przykład w 2005 roku w ramach spłacenia długu Hillary Clinton pojawiła się na jego ślubie (tak, kiedyś Donald Trump wspierał finansowo kampanie oraz fundację Hillary Clinton – czyż polityka nie jest zabawna?). Dzięki jasnym, ostrym poglądom oraz wspomnianej wyżej szczerości zarówno Trump, jak i Sanders przyciągają tłumy na swoje spotkania i mobilizują ludzi, którzy nigdy wcześniej nie interesowali się polityką. Trzeba również zaznaczyć, że Trump finansuje swoją kampanię w całości z własnych pieniędzy, także (podobnie jak Sanders) pozostaje niezależny od wielkich dawców i korporacji.

Kolejnym, bardzo ważnym podobieństwem między nimi jest to, że każdy sprawia, że radykalizują się poglądy pozostałych kandydatów. Pół roku temu gniewne przemowy Sandersa o Wall Street wydawały się czymś świeżym i unikatowym, dziś Hillary Clinton niemalże je powtarza. Zmieniła też swoje zdanie na temat TTIP czy budowy kolejnej fazy gazociągu Keystone. Jeśli zatem uważać ją za głos establishmentu, przesuwa się on coraz bardziej na lewo. Podobnie po drugiej stronie – propozycja Trumpa, by zakazać na pewien czas wszystkim muzułmanom wjazdu do USA wydaje się szalenie ekstremistyczna, jednak gdy podczas jednej z debat zapytano o to kandydatów, jedynie Jeb Bush jednoznacznie się jej sprzeciwił. Jak gdyby Republikanie i Demokraci już nie byli wystarczająco pokłóceni (czego wynikiem był choćby szesnastodniowy shutdown rządu w 2013 roku), zarówno na scenie politycznej, jak i w kraju następuje coraz większa polaryzacja.

Mówiąc o podobieństwach między kandydatami, jeden z konserwatywnych dziennikarzy, Bill O’Reilly, stwierdził wręcz, że Trump i Sanders są tacy sami i różnią się jedynie fryzurą. Według niego obaj grają na tych samych uczuciach wyborców – strachu i gniewie. W przypadku Trumpa na strachu przez „obcym” – muzułmanami i ISIS (między którymi Trump niestety nie przeprowadza wystarczająco wyraźnego podziału), w przypadku Sandersa – na strachu przed wrogiem wewnętrznym, czyli wszechobecną i wszechwładną Wall Street. Jest to dość odważne stwierdzenie, ale wydaje się, do pewnego stopnia, trafne. Widać to było na przykład podczas prawyborów w New Hampshire, gdzie niektórzy wyborcy Trumpa zapytani na kogo by głosowali, gdyby nie mogli poprzeć magnata nieruchomości, mówili, że oddaliby głos na Sandersa. Ich programy polityczne nie mogłyby być bardziej odmienne, zatem wyborcy muszą widzieć między nimi inne punkty wspólne – zapał, szczerość, radykalizm, odwagę, potencjał rewolucji. I być może to przeważa. Być może Amerykanie – znudzeni, rozczarowani, zdenerwowani – gotowi są poprzeć jakikolwiek radykalny plan, byleby przyniósł zmianę, niezależnie od strony sceny politycznej, z której ów pochodzi.

Na koniec musimy raz jeszcze powrócić do pierwszych słów tego artykułu – tegoroczny wyścig absolutnie wymyka się przewidywaniom. Być może młodzież ruszy do urn i wybierze prezydenta Sandersa, być może będziemy za niecały rok świadkami zaprzysiężenia prezydenta Trumpa, a być może establishment się skutecznie obroni i w listopadzie będziemy oglądać walkę między Hillary Clinton a Tedem Cruzem bądź Marco Rubio, którzy w większości sondaży wśród republikanów plasują się na drugim i trzecim miejscu (inną kwestią jest pytanie, czy Ted Cruz naprawdę należy do establishmentu). Niezależnie od tego, dzieją się teraz w Stanach rzeczy fascynujące, co rzadko kiedy pozostaje bez wpływu na resztę świata.