dwutygodnik internetowy
11.07.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

St. Bernard. Podtrzymywanie wspólnoty

Parafia Saint-Bernard-de-la-Chapelle nie jest utopią różnorodności, ale wspólnotą istniejącą w bardzo konkretnych, trudnych warunkach materialnych, która na co dzień musi mierzyć się ze zjawiskami dzielącymi całe francuskie społeczeństwo.

ilustr.: Aleksandra Fabia

ilustr.: Aleksandra Fabia-Tugal

Marc ma trzydzieści kilka lat i jest urzędnikiem. Krótko ostrzyżony, nosi okulary, brodę i pastelowe sweterki, pod którymi rysuje się pokaźny brzuch. Niedługo urodzi mu się dziecko, wtedy sprzeda paryskie mieszkanie i przeprowadzi się na obrzeża Île-de-France, na razie jednak spotykamy się u niego, w dwudziestej dzielnicy. To dobre miejsce do życia – niezbyt drogie, urządzone prosto, ale elegancko. Sąsiedzi to ludzie podobni do Marca i Justine: młodzi, wykształceni, dość dobrze zarabiający, mówiący z ledwo wyczuwalnym paryskim akcentem, biali.

Poznaliśmy się pół roku wcześniej w kościele Saint-Bernard-de-la-Chapelle, w którym prowadziłem wtedy badania etnograficzne, a do którego Marc przyjeżdża dwa, trzy razy w tygodniu. To długa, nawet jak na paryskie standardy, droga: najpierw metrem nad kanałem Saint Martin, do Barbès-Rochechouart. Wagon przejeżdża nad zaskakująco czystym, wyłożonym piaskowcem nadbrzeżem, a następnie nad obozowiskiem, w którym mieszkają ponad dwa tysiące bezdomnych, głównie nielegalnych imigrantów. Przesiadka na Barbès (Marc nie pali, więc sprzedawane z kieszeni papierosy za pół ceny go nie interesują) i jeszcze jedna stacja ligne 4 do Chateau Rouge. Tam wysiada, przechodzi obok alkoholików i palących crack na peronie narkomanów, wymija sprzedawców owoców, podrabianych torebek i kradzionych telefonów, a później skręca w Rue Myrha, przy której afrykańska diaspora gromadzi się na cotygodniowe zakupy (owoce, warzywa, ryby, tkaniny, kuskus, płyty CD, teologia muzułmańska). Mija jeszcze meczet, Square Léon (w dzień plac zabaw, który pod wieczór rozbrzmiewa natrętnymi pytaniami: „Haszysz, haszysz?”) i nagle zza czynszowych kamienic wyłania się neogotycka bryła kościoła świętego Bernarda, dominująca nad centrum dzielnicy Goutte d’Or.

Saint Bernard to od zawsze kościół robotniczy. Wzniesiony w centrum części miasta stworzonej dla budowniczych Gare de Nord, w XIX wieku stał się miejscem schronienia uczestników Komuny Paryskiej. Później był związany z Akcją Katolicką i Mission Ouvrière. Kiedy osiemnasta dzielnica stała się głównym miejscem zamieszkania imigrantów z Afryki Północnej i Subsaharyjskiej, charakter świątyni trochę się zmienił, jednak wciąż większość parafian wywodzi się z klasy ludowej. Dlaczego więc Marc, różniący się od większości mieszkańców Goutte d’Or pozycją społeczną, kolorem skóry i miejscem pochodzenia, decyduje się przyjeżdżać tam nie tylko na niedzielną mszę, ale też aktywnie angażować w życie wspólnoty – prowadzić katechezę, występować w czasie nabożeństw? „W innych kościołach zawsze spotykamy ludzi, którzy są tacy sami jak my – mówi. – U świętego Bernarda każdy jest inny, i to właśnie jest tu ciekawe”. Rzeczywiście, można tam spotkać cały przekrój francuskiego katolicyzmu: emerytowanych robotników, chodzących do kościoła od dzieciństwa; dzieci wersalskich arystokratów; zaangażowaną społecznie klasę średnią, wychowanków Akcji Katolickiej; w końcu imigrantów z Europy Wschodniej, Afryki Subsaharyjskiej, Ameryki Południowej, Azji, dla których katolicka wspólnota staje się często pierwszym przyjaznym miejscem w nowym kraju. Dawny proboszcz Saint Bernard napisał o swojej dzielnicy, że to „zwierciadło francuskiej, europejskiej i światowej różnorodności, którą możemy obserwować w codziennym życiu naszego Kościoła”.

Oddać swój czas Kościołowi

Brigitte Bleuzen, francuska socjolożka, podchodziła z rezerwą do parafii przypominających Saint-Bernard, argumentując, że społeczność afrykańska, często stanowiąca większość parafian, może być w nich marginalizowana. To biali francuzi, franco-français, by posłużyć się określeniem jednego z mieszkańców Goutte d’Or, zajmują wszystkie stanowiska i nadają ton życiu religijnemu, dla innych zostawiając co najwyżej proste, fizyczne prace. Tymczasem w Saint-Bernard odnosi się zupełnie inne wrażenie. Pierwszą osobą zwracającą uwagę wiernych wchodzących do kościoła przed niedzielną mszą jest Charlemagne, dobrze zbudowany Kongijczyk w brązowym garniturze. Krąży po głównej nawie, witając się z prawie każdym nowoprzybyłym, ustawia świece przy ołtarzu, upewnia się, że lektorzy są obecni, przeprowadza ostatnie ustalenia z animatorem, który będzie prowadził tego dnia modlitwę. W końcu to właśnie on daje znak do rozpoczęcia celebracji, kiedy wszystko jest gotowe, a księża czekają na rozpoczęcie procesji. Jednak jego rola nie kończy się w tym momencie: ani na chwilę nie usiądzie, przez cały czas będzie okrążał główną nawę za gotyckimi filarami, zza kulis reżyserując liturgię.

Charlemagne, choć nie zajmuje w parafii żadnego formalnego stanowiska, wypełnia zadania zakrystianina, dbając o materialne przygotowanie wszystkich celebracji. Saint-Bernard-de-la-Chapelle, najbiedniejsza parafia w całym Paryżu, nie ma pieniędzy, by płacić mu za tę pracę, zajmującą wiele godzin w tygodniu. Ale dla Kongijczyka nie ma to większego znaczenia – realizuje tu swoje powołanie. Niedługo po przybyciu do Francji usłyszał Boga, który nakazał mu zaangażować się w życie Kościoła. „Nie usłyszałem prawdziwego głosu – mówił, próbując wytłumaczyć mi, jak wyglądał moment jego powołania – ale wiedziałem, że muszę to zrobić. Jak wtedy, kiedy na wiosnę czujesz, że musisz zrobić porządki. Po prostu wiesz, co masz zrobić. Oddać swój czas Kościołowi”. Od ponad dziesięciu lat dzieli czas pomiędzy rodzinę (jest ojcem trójki dzieci), pracę na pełen etat i pracę na rzecz wspólnoty. Nigdy mi nie powiedział, co robił, zanim przyjechał do Paryża. Był w Kongo w czasie wojny domowej. Zdradził tylko tyle, że brał udział w wydarzeniach, o których wolałby zapomnieć.

 Mentalność parafii lewicowej

W zbliżonym czasie do Saint-Bernard przybyła Josette, imigrantka z Togo, która także szybko stała się ważną osobą w parafialnej wspólnocie. Uczestniczy właściwie we wszystkich aktywnościach parafialnych: jest animatorką w czasie niedzielnych mszy (przygotowuje i prowadzi modlitwę wiernych, przede wszystkim śpiew); kieruje przygotowywaniem śniadań dla ubogich z okolicy; uczestniczy w spotkaniach grupy dyskusyjnej Afrique Évangile; prowadzi katechezę; uczy się śpiewu gregoriańskiego na kursie prowadzonym przy parafii. Do Goutte d’Or przyjechała dziesięć lat temu i od razu zaangażowała się w życie parafialne. Chociaż od dawna nie mieszka już w okolicy, stara się codziennie znaleźć czas na to, by przyjechać na mszę do Saint-Bernard. Zaangażowanie religijne jest dla Josette bardzo istotnym elementem jej doświadczenia migracji. „To, co robię w kościele, jest moim sposobem podziękowania Bogu, który pomaga mi w moim życiu imigrantki”.

Z Josette rozmawiałem głównie o trudnościach, które napotyka w swoich działaniach na rzecz wspólnoty. Największa wynika z samej natury społeczności, w której pracuje. Owszem, ta społeczność jest różnorodna, co przyciąga do niej ludzi takich jak Marc. Ale, z drugiej strony, imigrancki charakter dzielnicy sprawia też, że wspólnota nie jest stabilna. Wierni nieustannie przychodzą i odchodzą. Pomijając niewielką grupę starszych Francuzów, dawnych robotników, niewiele jest osób, które mieszkałyby w Goutte d’Or na stałe, dla których nie byłoby to tylko pierwsze z wielu miejsc zamieszkania we Francji. Dlatego Josette, przygotowując oprawę mszy, ma na uwadze przede wszystkim wymiar wspólnotowy: wybiera pieśni, które swoją treścią podkreślają jedność wiernych, a jednocześnie są znane wszystkim parafianom.

Każde z dwójki pozostałych animatorów wskazuje inny wymiar liturgii jako najistotniejszy. Stéphane to pięćdziesięcioletni nauczyciel, od urodzenia mieszkający w okolicy La Chapelle, duchowo uformowany przez Akcję Katolicką i Misję Robotniczą. Działalność społeczna jest dla niego najważniejszym elementem chrześcijaństwa. W „swoich” mszach skupia się przede wszystkim na akcentowaniu uniwersalnego wymiaru wiary i podkreśleniu, że spotkanie z Bogiem musi być spotkaniem z innymi ludźmi.

Madeleine skłania się raczej ku religijności kontemplacyjnej, skoncentrowanej na bezpośredniej relacji wierzącego człowieka z Bogiem, którą Stéphane odrzuca jako zbyt abstrakcyjną i jałową. Madeleine jest położną, córką lewicujących arystokratów wychowaną na bogatych przedmieściach. Podczas gdy Stéphane dorastał w środowisku zaangażowanym społecznie, młodsza od niego o ponad dwadzieścia lat Madeleine wywodzi się raczej z ruchów charyzmatycznych, rozkwitających we Francji od początku lat 90. To od nich przejęła podejście do duchowości, kładące nacisk na indywidualne przeżycie i specyficzny gust estetyczny, nie zawsze zgodny z oczekiwaniami parafian. Żaląc się na trudności, które napotyka w swojej pracy animatorki, mówiła: „U świętego Bernarda bardzo ciężko jest wprowadzać pieśni po łacinie, oni nie są do tego przyzwyczajeni. To raczej mentalność parafii lewicowej. To nie tak, że nie uważają tych pieśni za ładne, tylko… jeśli wprowadzasz łacinę, wprowadzasz zarazem inną mentalność”.

 Mieszanina, która aż tak się nie miesza

Ten estetyczno-polityczny konflikt pomiędzy Stéphanem a Madeleine pokazuje, że różnorodność parafii Saint-Bernard nie tylko jest cechą przyciągającą do niej wiernych z odległych części miasta, ale ma też olbrzymi potencjał powodowania rozłamów. Osiemnasta dzielnica to najuboższa część Paryża, w której medianowe dochody są o ponad połowę niższe niż w całym mieście. Według oficjalnych danych jedna trzecia mieszkańców nie posiada obywatelstwa francuskiego, dane te nie obejmują jednak całej rzeszy nielegalnych imigrantów. Terytorium parafii Saint-Bernard-de-la-Chapelle pokrywa się z terenem oznaczonym jako Zone Urbaine Sensible [Wrażliwa Strefa Miejska] de la Goutte d’Or, a więc miejscem uznawanym przez władze miejskie za wymagające szczególnej uwagi. Zdaniem miejscowych aktywistów w praktyce oznacza to umycie rąk i przyzwolenie na prowadzenie wszelkiego rodzaju nielegalnej działalności, dopóki nie przekracza ona granic obszaru ZUS. Nawet przed zamachami ze stycznia 2015 roku ciężko uzbrojeni funkcjonariusze CRS patrolowali tylko punkty na obrzeżach dzielnicy, nie zapuszczając się do jej wnętrza.

Społeczność parafii Saint-Bernard składa się mniej więcej w połowie z etnicznych Francuzów, a w połowie z uboższych od nich imigrantów. Pomimo deklaracji osób takich jak Marc, że spotkanie z innymi jest wartością wpływającą na wybór tego właśnie kościoła, kontakty towarzyskie zazwyczaj ograniczają się do grup osób podobnych do siebie. Gdy Marc i Justine przychodzą na niedzielną Mszę, rozmawiają głównie z Madeleine i innymi stosunkowo młodymi, białymi osobami z klasy średniej. Owszem, Saint-Bernard-de-la-Chapelle to mieszanina – ale, używając słów jednej z parafianek, „mieszanina, która aż tak się nie miesza”. Jak w całym społeczeństwie francuskim, widać tu splot czynników społecznych, ekonomicznych i rasowych, które wpływają na relacje pomiędzy członkami wspólnoty. Wpływały też oczywiście na ich relacje ze mną – z Markiem, Stéphanem i Madeleine rozmawiałem często w ich mieszkaniach, a Charlemagne ani Josette (chociaż to właśnie na spotkaniach z nią spędziłem najwięcej czasu) nigdy nie zaprosili mnie do siebie, woląc spotykać się na plebanii lub w parku.

Parafia Saint-Bernard-de-la-Chapelle nie jest utopią różnorodności, ale wspólnotą istniejącą w bardzo konkretnych, trudnych warunkach materialnych, która na co dzień musi mierzyć się ze zjawiskami dzielącymi całe francuskie społeczeństwo. Jeśli rzeczywiście Goutte d’Or to zwierciadło różnorodności, to odbijają się w nim nie tylko jej dobre, ale także problematyczne strony. Problemy opisywane przez socjologów sprowadzają się tu do bardzo konkretnych decyzji: co zrobić, gdy kilkuset bezdomnych z okolicy potrzebuje dachu nad głową na zimę? Czy warto przeznaczyć bardzo skromny budżet parafialny na nowe szaty liturgiczne dla kapłanów (Saint-Bernard nie dysponuje nawet białymi albami dla wszystkich pracujących tam księży), czy raczej na prysznic dla ubogich? W jaki sposób włączyć nowoprzybyłych w działania wspólnoty, jak ich zintegrować? Jak przeciwdziałać angażowaniu się młodych ludzi w handel narkotykami? Czy działać ręka w rękę z imamem pobliskiego meczetu, czy raczej przeciwstawiać się coraz częstszemu przechodzeniu młodych imigrantów na islam? Czy pozwolić animatorom raz na jakiś czas wprowadzać nowe elementy liturgii, ryzykując zniechęcenie wiernych i ich odejście? Parafia nie może rozwiązać tych należących do bardzo różnych porządków kwestii raz na zawsze – musi raczej nawigować pomiędzy nimi, wypracowując praktyczne rozwiązania za każdym razem, gdy pojawiają się trudności. Nie ma tu przemyślanych, całościowych rozwiązań, raczej kolejne próby łagodzenia napotykanych kłopotów.

***

Wśród portretów parafian nie pojawili się jeszcze księża. Nie przypadkiem: odnosi się wrażenie, że są trochę wycofani z życia wspólnoty. W wielu wydarzeniach nie uczestniczą albo zaglądają tylko na chwilę, zamieniają dwa słowa ze znajomymi i wychodzą. Oni też nie są Francuzami: to trzech Włochów i Haitańczyk, wszyscy należący do Zgromadzenia Misjonarzy Świętego Karola Boromeusza, powołanego do opieki nad migrantami. Proboszczem Saint-Bernard jest ponad sześćdziesięcioletni ojciec Livio, nawet w czasie upałów chodzący w granatowym swetrze z wyłożonym drewnianym krzyżem, a pomimo trzydziestu lat pracy w Belgii wciąż mówiący po francusku z twardym włoskim akcentem. W rozmowach ze mną zawsze bardzo wyraźnie wskazywał główny cel duszpasterstwa w Saint-Bernard, nad którym pracują wszyscy kapłani: podtrzymywanie wspólnoty. Nieobecność księży w wielu momentach życia parafii nie jest efektem zaniedbania, ale świadomej taktyki. U świętego Bernarda spotykają się bardzo różne osoby, z których każda przeżywa wiarę na inny sposób. Marc, Charlemagne, Josette, Stéphane, Madeleine – dla każdego z nich co innego jest istotą religijności, oczekują od wspólnoty różnych rzeczy, mają różne pomysły na to, w którą stronę powinna iść. Każdy z nich poczuł powołanie do odmiennej aktywności. Żeby nie doprowadzić do rozpadu, prowadzący ich księża nie mogą podejmować prób pogodzenia tych sprzecznych interesów. Każdy taki ruch jest z góry skazany na porażkę. Muszą stworzyć przestrzeń na tyle elastyczną, by wszystkie te potrzeby mogły być w niej realizowane. Taki jest właśnie projekt Livio: tworzenie wspólnoty, w której każdy z wiernych będzie mógł działać zgodnie z własnym powołaniem.