dwutygodnik internetowy
22.08.2016
magazyn papierowy


„Sposób na (cholernie) szczęśliwe życie”. Fragment książki

Żadna organizacja charytatywna nie może nas zwalniać ze spotkania z drugim człowiekiem. Bywa, że ten człowiek, zanim trafi pod skrzydła organizacji, musi trafić na kogoś, kto z nim porozmawia.

materiały prasowe

materiały prasowe

BŁAŻEJ STRZELCZYK, PIOTR ŻYŁKA: Co zrobić, gdy spotykamy biednych na ulicach naszych miast?

SIOSTRA MAŁGORZATA CHMIELEWSKA: Czasami Duch Święty cię natchnie i jednemu wrzucisz złotówkę, a z drugim pogadasz. Może się okazać, że on wcale gadać nie chce. Nie tak dawno w Warszawie przechodziłam koło kościoła Świętej Barbary, siedział człowiek, nie tylko bezdomny, ale i zdecydowanie chory psychicznie. Wrzuciłam mu jakieś pieniądze i próbowałam z nim porozmawiać, ale usłyszałam tylko stek wyzwisk, bo mu zaproponowałam umycie się. Na propozycję mycia duża część zaburzonych ludzi bezdomnych reaguje agresją. Mamy taką panią, która od lat jest mieszkanką naszej noclegowni, którą kochamy bardzo, ale którą kładziemy na korytarzu dlatego, że nie zawsze udaje się nam ją wsadzić pod prysznic, gdy do nas przychodzi. Ona żebrze po śmietnikach, przychodzi z tobołami, te toboły oczywiście likwidujemy przy dzikim wrzasku, ale wymyć się nie zawsze da. Mnie się kiedyś udało, teraz dziewczynom też się udaje, ale nie za każdym razem. Nie można innych mieszkańców, podobnie jak i innych ludzi, narażać na to, że będą spali łóżko w łóżko z kimś, kto najzwyczajniej w świecie śmierdzi. Wobec tego nasza pani ma luksusowy materac, ale na korytarzu, co jej zresztą bardzo odpowiada, bo nie musi się z nikim zadawać.

Funkcjonuje między siostrą a na przykład Janiną Ochojską spór o to, czy dawać ludziom pieniądze na ulicy.

Ten spór jest oczywiście serdeczny. Obie staramy się nieść pomoc. Janka jest przekonana, że nie należy nieść doraźnej pomocy, bo to zgoda na żebranie. Ja mam nieco inne zdanie. Natomiast zgadzamy się w jednym: należy się przede wszystkim interesować. Rozmawiać, zauważyć człowieka. A jak trzeba, to dać.

A jeśli oni te nasze pieniądze zmarnują? Przepiją?

Opowiem wam anegdotę. Pewna rada gminy żydowskiej uradziła, że nie będzie rozdawać indywidualnie jałmużny, tylko powoła specjalny komitet. Członkowie gminy będą wpłacać do komitetu, a potem się będzie rozdzielać według rozdzielnika. Jednym słowem: trzeba stworzyć system. Idą więc do rabina, przedstawiają propozycję, że będzie dużo szybciej, wygodniej, bardziej sprawiedliwie. A rabin na to: „Nie”. Przychodzą następnego dnia, a rabin znowu: „Nie”. Pytają: „Czemu?”. Rabin odpowiada: „Dlatego, że jak powołacie taki komitet, to nikt z was nie będzie miał szansy spojrzeć biedakowi w oczy”. Myślę, że coś w tym jest. Żadna organizacja charytatywna nie może nas zwalniać ze spotkania z drugim człowiekiem. Bywa, że ten człowiek, zanim trafi pod skrzydła organizacji, musi trafić na kogoś, kto z nim porozmawia. Takich historii mamy mnóstwo.

Ale na ulicach często rządzą mafie, na przykład cygańskie dzieci, które cały zarobek muszą oddać komuś starszemu.

Owszem. Tak się dzieje. Ale zastanówcie się. Jeśli nie dasz pieniędzy tym dzieciakom, to one – sorry – dostaną wpierdol. Musiałbyś dotrzeć do tej sytuacji, wejść w tę kulturę, w tę rodzinę i uzdrowić sytuację. Proszę bardzo. Żebranie może być dobrym zawodem. Jeśli żebranie jest zawodem, to trzeba powiedzieć, że to jest bardzo ciężka praca.

Czyli twierdzi siostra, że nie powinniśmy dążyć do eliminacji żebrania?

Powinniśmy. Tylko nie w ten sposób. Trzeba zacząć od korzeni. I tu opowiem historię o moim przyjacielu Rumunie, który wylądował w Brwinowie z dwanaściorgiem dzieci i żoną. Dostali jeden pokój, dzieci miały od sześciu do osiemnastu lat. Jedno dziecko miało wodogłowie, a najstarsze lekki niedowład. Oni ogromnie kochali swoje dzieci. Powiedziałam ojcu, Damu się nazywa, że dam mu pieniądze, ale dzieci nie będą żebrać, będą się uczyć. A on mówi: „Nie, dziękuję, pani siostra mi dać pracę, dzieci nie będą żebrać”. Niestety, pani siostra nie była w stanie dać pracy Damu, wobec tego ustaliliśmy, że dzieci żebrzą do obiadu, a po obiedzie się uczą. Uczciwy układ? Uczciwy. Damu utrzymywał rodzinę, gotował im obiad, zawsze się z nami dzielił, dzieci były bardzo szczęśliwe, zadowolone, to była ich praca.

Są też ludzie, którzy nadwerężają zaufanie. Czy pomagać bez końca?

Nie. Gdy widzimy, że pomoc nie przynosi rezultatów i ktoś przesadza, to się żegnamy. Są zasady, których nie należy łamać.

Jakie są te zasady?

Żegnamy się, i to wcale nierzadko, zazwyczaj w przypadku, gdy ktoś wypije alkohol albo zaćpa, albo dopuści się innego ważnego wykroczenia przeciwko regulaminowi. Są zasady, my nie rezygnujemy z zasad życia społecznego. Oczywiście, one są elastyczne, inaczej się traktuje człowieka upośledzonego umysłowo czy chorego psychicznie, a inaczej młodego, zdrowego byka.

Jak więc wyeliminować żebranie?

System zmienić! Jeżeli uzdrowimy stosunki społeczne tak, że nie będzie potrzeby żebrania na leki, to proszę bardzo. Wtedy można powiedzieć, że nie można żebrać. Ale zdaje się, że jesteśmy bardzo dalecy od takiego uzdrowienia. Musielibyśmy wszyscy bardzo się posunąć na ławce.

***

Fragment pochodzi z książki – wywiadu z siostrą Małgorzatą Chmielewską „Sposób na (cholernie) szczęśliwe życie”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2016