dwutygodnik internetowy
15.06.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Społeczna akceptacja kapitalizmu: czy Polacy wciąż kochają wolny rynek?

Na podstawie szacunków Oxfam wiemy między innymi, że obecnie w rękach około 80 najbogatszych obywateli Ziemi znajduje się majątek równy temu, jaki ma do dyspozycji 3,5 miliarda najbiedniejszych mieszkańców globu. Jednocześnie bogactwo owych 80 osób – bezapelacyjnych zwycięzców w wyścigu po finansowe złote runo – od 2009 roku urosło ponad dwukrotnie. Powtarza się więc stara – i dobrze ugruntowana empirycznie – mądrość ludowa, jakoby na kryzysach gospodarczych najlepiej wychodzili najbogatsi kosztem klasy średniej i niższej. Czy jednak ekscesy globalnego kapitalizmu naprawdę doskwierają Polkom i Polakom?

Ilustr.: Fundacja Kaleckiego

Ilustr.: Fundacja Kaleckiego

Thomas Piketty w szeroko dyskutowanym na całym świecie „Kapitale w XXI wieku” pisze, że „kiedy wskaźnik rentowności kapitału przewyższa w sposób trwały stopę wzrostu produkcji i dochodu, jak działo się to do XIX wieku i może stać się normą w wieku XXI, kapitalizm automatycznie tworzy arbitralne nierówności nie do zniesienia, stawiając pod znakiem zapytania podstawowe wartości, na jakich opierają się nasze demokratyczne społeczeństwa”[1]. Innymi słowy Piketty przewiduje, że długofalowa operacja podcinania gałęzi, na której opiera się nowoczesny ład gospodarczo-polityczny, może zakończyć się powodzeniem, co będzie oznaczać koniec kapitalizmu, jaki znaliśmy. Owym podcinaniem gałęzi jest utrzymywanie dogodnych warunków do bardzo szybkiego wzrostu nierówności dochodowych i majątkowych.

Na podstawie szacunków Oxfam wiemy między innymi, że obecnie w rękach około 80 najbogatszych obywateli Ziemi znajduje się majątek równy temu, jaki ma do dyspozycji 3,5 miliarda najbiedniejszych mieszkańców globu. Jednocześnie bogactwo owych 80 osób – bezapelacyjnych zwycięzców w wyścigu po finansowe złote runo – od 2009 r. urosło ponad dwukrotnie. Powtarza się więc stara – i dobrze ugruntowana empirycznie – mądrość ludowa, jakoby na kryzysach gospodarczych najbardziej korzystali najbogatsi kosztem klasy średniej i niższej.

Piketty i Streeck: kapitalizm w kryzysie wartości

Zdaniem Thomasa Piketty’ego, legitymacja kapitalizmu opiera się na założeniu, że nierówności przez niego generowane wynikają z różnic w poziomie kompetencji i pracowitości jednostek. Jednak wraz z globalnym przesunięciem w stronę kapitału jako głównego źródła zysku oraz spadkiem znaczenia pracy w tworzeniu bogactwa francuski ekonomista przewiduje, że społeczne oczekiwania wobec kapitalizmu oraz jego faktyczne funkcjonowanie będą coraz bardziej od siebie odbiegać. W konsekwencji kapitalizm może popaść w kryzys wartości, jako że mechanizmy awansu społecznego oparte na podstawach merytokratycznych i etosie pracy stracą na znaczeniu w związku z rosnącą reprodukcją elit opartą na dziedziczeniu kapitału.

Problem demokratycznej legitymizacji kapitalizmu (bardzo istotny dla narracji, którą proponuje Piketty) nie jest jednak nowym zagadnieniem w naukach społecznych i politycznych. Spośród współczesnych teoretyków jedną z najciekawszych interpretacji powojennych dylematów demokratycznego kapitalizmu w krajach rozwiniętych zaproponował niemiecki socjolog Wolfgang Streeck. W swoim eseju „Crises of Democratic Capitalism” zrekonstruował strukturalne napięcia pomiędzy gospodarką a społeczeństwem oraz pomiędzy kapitalizmem a demokracją, dochodząc ostatecznie do wniosku, że obecnie „bardziej niż kiedykolwiek władza ekonomiczna wydaje się dysponować władzą polityczną, podczas gdy obywatele zdają się być niemal całkowicie pozbawieni demokratycznej ochrony i wpływu na ekonomię polityczną swoich interesów i żądań, sprzecznych z interesami właścicieli kapitału”[2].

Obserwacje Streecka uzupełniają makroekonomiczną analizę Piketty’ego o diagnozę polityczną, zakończoną dość pesymistycznymi wnioskami: społeczne mechanizmy kontroli kapitalizmu znajdują się w ogromnym kryzysie, czego źródłem jest zakumulowana przez ostatnie dekady przewaga globalnego kapitału nad głosem świata pracy. Synteza wniosków Piketty’ego i Streecka skłania do pochylenia się nad pytaniem, czy rzeczywiście nierówności, których gwałtowne narastanie zagwarantowane jest, z jednej strony, przez rosnące znaczenie dochodów z kapitału kosztem pracy oraz, z drugiej, przechwycenie władzy politycznej przez globalne rynki finansowe, mogą doprowadzić do poważnego kryzysu kapitalizmu. Takiego, u którego źródeł leżałoby społeczne niezadowolenie z faktu, że bogacenie się możliwe jest jedynie poprzez rentę z kapitału, dziedziczenie lub pomyślność w działaniach spekulacyjnych na rynku finansowym.

Kapitalizm po polsku: czas na nowe otwarcie?

Czy jednak zachodnie interpretacje, silnie zakorzenione w tamtejszym kontekście ekonomicznym i społecznym, pozwalają nam zrozumieć stosunek Polek i Polaków do kapitalizmu nad Wisłą oraz ewentualny potencjał zmiany? Czy mamy do czynienia z erozją wiary w wolny rynek i bogactwo pochodzące z pracy? Wydaje się bowiem, że skupienie uwagi na ciężkiej pracy Polek i Polaków jest najczęściej stosowanym wytłumaczeniem sukcesu gospodarczego Polski po 1989 roku. W istocie, jak wynika ze wszelkich dostępnych danych, Polki i Polacy przodują w rankingach liczby godzin spędzanych na  pracy, bardzo dynamicznie rośnie również jej wydajność (czemu nie towarzyszy równie szybki wzrost płac realnych). Jednocześnie wynagrodzenia stanowią zaledwie 47% polskiego PKB (jeden z najgorszych wyników w UE), a z każdej złotówki inwestowanej w pracownika polski przedsiębiorca zyskuje znacznie więcej niż pracodawcy z innych krajów Unii Europejskiej.

Pytania o społeczną akceptację kapitalizmu w Polsce stawialiśmy podczas debaty zorganizowanej przez Fundację Kaleckiego, która odbyła się 6 maja w Warszawie pod hasłem „Czy Polacy wciąż kochają wolny rynek?”. W dyskusji udział wzięli: prof. Ryszard Bugaj (PAN), dr Jan Czarzasty (SGH), Aleksandra Niżyńska (ISP) i dr Adam Ostolski (UW). Poniżej prezentujemy skrótowe omówienie najważniejszych tez postawionych przez naszych gości.

*

Otwierający dyskusję Adam Ostolski stwierdził, iż nie sądzi, by Polacy i Polki kiedykolwiek pałali namiętnością do kapitalizmu i zwracał uwagę na fakt, że w latach 90. dominowała postawa przystosowawcza – tak w odniesieniu do tych aspektów wolnego rynku, które były postrzegane jako korzystne z punktu widzenia indywidualnego interesu, jak i do tych, które powszechnie uznawano za oburzające. Ostolski powiedział również, że „w Polsce zarówno legitymizacja czy przyzwolenie na kapitalizm, jak i różnego typu protesty przeciwko różnym aspektom kapitalizmu wprowadzanego w Polsce, miały bardzo mocny rys postfeudalny. Co więcej cała walka polityczna wokół tych kwestii zanurzona była w postfeudalnym, godnościowym języku”. Jednocześnie wszelki opór wobec kierunku przemian w latach 90. miał być rozbrajany przez system poprzez delegitymizację protestu jako formy artykulacji politycznej. To, zdaniem Ostolskiego, miało znacznie większe znaczenie dla procesów społecznych niż fakt, że samo pojęcie kapitalizmu nie było zasadniczo problematyzowane w debacie publicznej. Przykładem sankcjonowania nowego ładu w dyskursie był odgórnie narzucany „konsensus” odnośnie słuszności celu politycznego, jakim była prywatyzacja mienia państwowego – kwestią podlegającą dyskusji było jedynie jej tempo i skala. Wreszcie Ostolski, odnosząc się do ogólnego problemu akceptacji kapitalizmu, zwrócił uwagę, że kapitalizm jako system doskonale radzi sobie z wytwarzaniem własnej legitymizacji. W tym sensie pytanie o jego społeczne źródła może mieć mniejsze znaczenie, gdyż kapitalizm działa jako bezosobowa, przezroczysta siła.

Aleksandra Niżyńska poruszyła wątek postaw społecznych w świetle badań opinii publicznej, skupiając się na stosunku Polek i Polaków do równości i wolności na przestrzeni ostatnich 25 lat. Jak się okazuje, z badań socjologicznych wynika, że polskie społeczeństwo wyżej ceni sobie wolność niż równość, jednocześnie, co paradoksalne, twierdząc znacznie częściej, że to wolności jest w Polsce za dużo, a równości za mało. Niżyńska zauważyła też, że z badań jednoznacznie wynika, że mieszkańcy Polski są znacznie bardziej nastawieni wolnorynkowo niż inne narody postkomunistycznej Europy Środkowo-Wschodniej. W przekroju społecznym wyraźnie widać również, że sentyment wobec niekapitalistycznej gospodarki wciąż istnieje wśród starszych pokoleń, a żywiołem prokapitalistycznym jest w Polsce młodzież, co ilustruje przykład wyników kilku ostatnich wyborów. Dlatego też sceptycznie odniosła się do opinii wyrażonej na wstępie przez Adama Ostolskiego, upatrującego w protestach studentów przeciwko komercjalizacji studiów pewnej nadziei na zmianę postaw społecznych względem gospodarki i społeczeństwa.

Z kolei dr Jan Czarzasty rozprawił się z dobrze zakorzenionym mitem na temat poglądów i postaw polskich małych i średnich przedsiębiorców, zgodnie z którym pracodawcy w Polsce są monolityczną grupą społeczną, podzielającą zasadniczo liberalne poglądy na gospodarkę i krytycznie nastawioną do instytucji państwa. Czarzasty odwołał się do nowych badań, które pokazują, że następuje swego rodzaju „zwrot etatystyczno-egalitarny” wśród polskich przedsiębiorców. Ważnym tego elementem jest również stosunek do firm zagranicznych i obcego kapitału – z badań wynika bowiem, że polscy mali i średni przedsiębiorcy krytycznie postrzegają preferencyjne traktowanie podmiotów zagranicznych, do których kierowana jest duża część programów zachęcających do inwestowania w Polsce.

Ryszard Bugaj, zapytany o kwestie demokracji ekonomicznej w Polsce, zwrócił uwagę na rolę języka debaty publicznej jako silnego instrumentu kreowania nowego ładu gospodarczego w Polsce, nawiązując do wątków poruszonych wcześniej przez Adama Ostolskiego. Przykładem terminu, który zrobił zdaniem Bugaja wielką karierę była „normalność”, która łączyła się z prymatem „bezalternatywności” w myśleniu o gospodarce i społeczeństwie.

Bugaj odwołał się również do kwestii partycypacji w procesach politycznych, które mają naturalne przełożenie na decyzje ekonomiczne. Mówił o tym, że oprócz konsekwencji stricte materialnych przemiany ustrojowe przyniosły również wykluczenie szerokich grup społecznych z partycypacji w demokratycznym systemie, a partie polityczne – zgodnie z tym, co nakazuje im logika wyborcza – nie odwołują się w swoich programach i działaniach do całego spektrum potrzeb obecnych w społeczeństwie, lecz skupiają się jedynie na reprezentacji interesów tych, którzy w praktyce władzę kontrolują poprzez uczestnictwo w wyborach i inną aktywność polityczno-społeczną. Podkreślony został więc wątek braku reprezentatywności polskiej sceny politycznej. Ilustracją tego zjawiska może być choćby fakt, że choć ponad 80% Polek i Polaków uważa, że obecna polityka gospodarcza prowadzi do pogłębiania się nierówności dochodowych, to żaden z kandydatów na prezydenta w ostatnich wyborach nie popierał postulatu podniesienia podatków dla najlepiej zarabiających.

Polski kapitalizm między Cyprem a Szwecją?

Podsumowując z dyskusji, która wywiązała się w trakcie debaty, płynie dość mocny i raczej przygnębiający wniosek: stosunek Polek i Polaków do wolnego rynku i gospodarki kapitalistycznej jest dalece niespójny i opiera się w dużej mierze na wzajemnie wykluczających się postulatach. Z jednej strony odnotowujemy bowiem dość krytyczny stosunek do polityki gospodarczej państwa i rosnące przekonanie, że obecny model rozwoju sprzyja najbogatszym. Z drugiej zaś – Polacy i Polki wciąż zachowują daleko idącą powściągliwość względem podnoszenia opodatkowania oraz egalitarnych reform społecznych i gospodarczych, co znajduje odzwierciedlenie w kształcie sceny politycznej. Symbolicznym potwierdzeniem takiego stanu rzeczy jest również rosnąca popularność sloganu głoszącego, że „Polacy pragną skandynawskiego państwa dobrobytu i cypryjskich podatków”. Można więc postawić tezę, że społeczna akceptacja kapitalizmu w Polsce nie ma jednego wektora, a legitymizacja wolnego rynku zachodzi siłą inercji, jako wypadkowa często sprzecznych ze sobą poglądów i zachowań obecnych w sferze publicznej.

*

Debata poświęcona społecznej akceptacji kapitalizmu była częścią projektu „Kapitał w XXI wieku w Polsce”, który Fundacja Kaleckiego realizuje dzięki wsparciu Narodowego Banku Polskiego i Wydziału Nauk Ekonomicznych UW. W najbliższych tygodniach opublikowane zostaną materiały z badań nad rolą kapitału zagranicznego oraz społecznej akceptacji kapitalizmu w Polsce.

 

[1] T. Piketty, „Kapitał w XXI wieku”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015, s. 11.

[2] Już niebawem cytowany artykuł ukaże się w polskim tłumaczeniu autorstwa Karola Muszyńskiego z Fundacji Kaleckiego.

*

Maciej Sobociński – socjolog, absolwent Kolegium Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW oraz University of Warwick (UK). Analityk Fundacji Kaleckiego, stale współpracuje również z Instytutem Spraw Publicznych oraz Foundation for European Progressive Studies. Zajmuje się badaniami z zakresu polityki społecznej, polityki rodzinnej, rynku pracy i równości płci.

  • Wojciech Wróblewski

    „Podsumowując z dyskusji,
    która wywiązała się w trakcie debaty, płynie dość mocny i raczej
    przygnębiający wniosek: stosunek Polek i Polaków do wolnego rynku
    i gospodarki kapitalistycznej jest dalece niespójny i opiera się w dużej
    mierze na wzajemnie wykluczających się postulatach. Z jednej strony
    odnotowujemy bowiem dość krytyczny stosunek do polityki gospodarczej państwa
    i rosnące przekonanie, że obecny model rozwoju sprzyja najbogatszym.
    Z drugiej zaś – Polacy i Polki wciąż zachowują daleko idącą
    powściągliwość względem podnoszenia opodatkowania oraz egalitarnych reform
    społecznych i gospodarczych, co znajduje odzwierciedlenie w kształcie
    sceny politycznej.”

    Wieloletnia działalność oszołomów w typie Korwina wspierana przez pozornie
    poważnych ludzi takich jak Balcerowicz czy Petru nie mogła nie pozostać bez
    wpływu na zwoje mózgowe Polaków. Trudno się dziwić, nawet skała by wymiękła.