dwutygodnik internetowy
10.02.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Spike Jonze. Ona

Chociaż Spike Jonze tym razem pisał scenariusz bez pomocy Charliego Kaufmana, w filmie wyraźnie widać wpływ dawnego – ekscentrycznego – współpracownika.

Długo kazał czekać na swój kolejny film Spike Jonze, twórca pamiętnych „Być jak John Malkovich” oraz (zwłaszcza) „Adaptacji”. Jeśli jednak będzie nadal kręcić tak mądre i ładne dzieła jak „Ona”, może pracować jeszcze rzadziej.
 
„Ona” jest bardzo nietypową komedią romantyczną. Mamy tu bowiem Theodore’a Twombly’ego, który zarabia na życie pisząc za innych ludzi listy, jest też w trakcie rozwodu z ukochaną żoną Catherine. Generalnie ciężko powiedzieć, iż wiedze ciekawe i szczęśliwe życie. I oto dzięki rozwojowi technologicznemu na jego drodze staje Samantha, z którą relacja rozwija się nad wyraz szybko. Nie jest ona jednak zjawiskową pięknością, lecz systemem operacyjnym obdarzonym, poza inteligencją, zdolnością uczenia się i rozwijania.
 
Koncept filmu wydaje się cokolwiek szalony, ale jednocześnie ciężko być zdziwionym. W końcu wspomniane wcześniej dwa dzieła Spike Jonze zrobił z bodaj najbardziej ekscentrycznym amerykańskim scenarzystą, czyli Charliem Kaufmanem. Tutaj scenariusz pisał sam, jednak nie da się nie zauważyć, że sporo się od byłego współpracownika nauczył. Tym bardziej, że jest to szaleństwo pozytywne, tak jak i (generalnie) sam film. Na przykładzie relacji Theodore’a i Samanthy Jonze pokazuje sporo ważnych i aktualnych spraw. Mówi o tym, że rozwijająca się w szaleńczym tempie technologia rodzi problem w relacjach międzyludzkich. Jednocześnie przypomina, że każdy takich kontaktów potrzebuje, tylko nie zawsze potrafi je nawiązać – ot, chociażby listy, które pisze Theodore. Jest tu też pochwała miłości, będącej sprawą nie tylko ważną, ale też piękną i wspaniałą. Jonze nie jest jednak naiwny, zdaje sobie sprawę, że relacja, którą Theodore nawiązuje z Samanthą jest tylko pozornym rozwiązaniem problemu. A w pewnym sensie nawet jego powiększeniem. Na szczęście idealnie radzi sobie z tą słodko-gorzką tonacją – „Ona” w tym samym momencie wzrusza, podnosi na duchu i każe myśleć.
 
Film jest też świetnie zrealizowany. Ma dobre tempo i idealnie pasującą muzykę, jest też bardzo ładny kolorystycznie. Kamera często trzyma się bardzo blisko twarzy bohaterów (na marginesie – nie sposób ich nie lubić), dzięki czemu aktorzy mają duże pole do popisu. Najważniejszy w filmie jest oczywiście Theodore grany przez Joaquina Phoenixa. To kolejna rola, w której sprawdza się on doskonale. Bez problemu pokazuje samotność, melancholię swojego bohatera, a także zmianę jaka w nim zachodzi, gdy zakochuje się w Samanthcie. Na drugim planie świetnie sobie radzą Amy Adams i Rooney Mara oraz, w epizodycznej roli, Olivia Wilde. Niektórzy mogą mieć tylko problem z Samanthą, która przemawia głosem Scarlett Johansson. Każdy wie jak wygląda ta aktorka, więc nie sposób nie wyobrazić sobie fizycznej postaci systemu operacyjnego. Gdyby kto inny podłożył głos, można by to jeszcze bardziej wykorzystać.
 
Ale to tylko małe zastrzeżenie, z którym też pewnie nie wszyscy się zgodzą. Spike’owi Jonze’owi udało się połączyć w swoim filmie jednocześnie spektakularność i skromność. Biorąc pod uwagę, jak mądra, sympatyczna i świetnie zagrana jest “Ona”, z czystym sumieniem każdemu ją polecam.