dwutygodnik internetowy
9.04.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Sobecki: Najważniejsza jest zmiana społeczna!

Jeśli nawet jakaś partia przegłosuje związki partnerskie, my i tak będziemy mówić: to jest pół równość, ćwierć równość, 3/4 równości, ale czegoś jeszcze brakuje.

ilustr.: Wika Krauz

ilustr.: Wika Krauz

IDA NOWAK, JAKUB SZYMIK: Jesteś prezesem stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza, a także jednym z twórców filmu „Artykuł osiemnasty” – dokumentu o nierówności małżeńskiej w Polsce. Domyślamy się, że jednym z głównych celów, jakie postawiliście przed „Artykułem”, było rozbudzenie debaty publicznej. Czy można powiedzieć, że odnieśliście sukces?

HUBERT SOBECKI: Jesteśmy zadowoleni z „Artykułu osiemnastego” jako filmu, ale przede wszystkim cieszymy się, że odegrał rolę komunikatu, który od lat był nam potrzebny. Film dostarcza wiedzy: sprzedaje ludziom informacje, uzupełnia braki. Po raz pierwszy zaprezentowana została w nim chronologia wypadków dotyczących związków partnerskich i równości małżeńskiej. Ważne było dla nas, by pokazać, że ten temat nie wyskoczył nagle, a ma w Polsce długą historię. Drugą niezwykle istotną dla nas kwestią są ludzkie historie. W „Artykule” udało nam się pokazać nie tylko suche paragrafy, ale autentyczne postaci z krwi i kości. Te elementy wywołują silne reakcje u widzek i widzów i właśnie na tym nam zależało. Co prawda liczyliśmy też na to, że film zadziała bardziej jako impuls do działania, tymczasem często słyszymy głosy, że oglądanie kończy się jedynie olbrzymim dołem – to niezbyt nas cieszy, ale z drugiej strony: rozumiemy.

Ważne też, że film działa na polityków – był pokazywany na konwencji programowej Nowoczesnej i na specjalnej projekcji, na której stawił się prawie cały klub. Nawet poseł, który nie do końca mentalnie i światopoglądowo był w zgodzie z tym przekazem, wytrzymał do końca. Wiemy więc, że udało się osiągnąć to, o co nam również od samego początku chodziło: film trafia do osób, które są „pomiędzy”. Tacy ludzie zawsze są najbardziej zaniedbani przez organizacje, najtrudniej do nich dotrzeć: nie do końca orientują się, o co chodzi, nie zależy im, bo nie wiedzą, czemu powinno im zależeć, nie są ani za, ani przeciw – niestety do nich dociera najczęściej dominujący w Polsce przekaz prawicowy.

Czyli powodem do radości jest to, że w 2018 roku w lokalnym oddziale frakcji ALDE, europejskich liberałów, posłowie wytrzymali do końca filmu o nierówności małżeńskiej i niektórzy nawet się zgodzili?

Większość się zgodziła.

Większość, ale nie wszyscy. Czyli kwestia, która wydawać by się mogła podstawą dla europejskiej, liberalnej partii, dla .Nowoczesnej nie jest oczywistością. Tymczasem już za chwilę partia ma złożyć projekt ustawy o związkach partnerskich. Doprowadzenie do tego było trudne?

W polskiej rzeczywistości same działania na rzecz społeczności LGBT są już sukcesem. Nasze spojrzenie na rzecznictwo jest oparte na wnioskach wyciągniętych z odrzucenia ustaw składanych przez Ruch Palikota i Sojusz Lewicy Demokratycznej, które jako Stowarzyszenie Miłość Nie Wyklucza współtworzyliśmy, oraz z ustawą napisaną przez Platformę Obywatelską. Samo to, że .Nowoczesna w ogóle zaczęła z nami konsultacje, jest nową jakością. Za rządów Platformy Obywatelskiej mogliśmy co najwyżej podczas konferencji prasowej prosić Donalda Tuska o spotkanie. Nie było mowy o podpisach, o poparciu z jego strony – nigdy nawet nie przyjął nas na rozmowę. Dlatego sam fakt wpisania związków partnerskich do programu przez zbliżoną ideologicznie do Platformy partię jest krokiem naprzód.

.Nowoczesna, a zwłaszcza posłanka Monika Rosa, współpracuje z nami – na przykład podczas warsztatów dla partyjnych struktur lokalnych, które organizujemy we współpracy z Kampanią Przeciw Homofobii. Tłumaczymy tam wszystko od podstaw: co to tożsamość płciowa, co to orientacja, że tego się nie leczy, co z dziećmi, dlaczego potrzebna jest równość małżeńska – wszystko od A do Z. Bez ich wsparcia byśmy tam nie dotarli, nie mamy zasobów na organizację takiego wydarzenia na przykład na Podkarpaciu. Tymczasem .Nowoczesna i tak je robi, a dla nas szansa na rozmowę z ludźmi o sprawach, o których oni często nigdy wcześniej nie rozmawiali, jest bezcenna. Platforma nigdy nie nawiązała z nami podobnej współpracy, mimo że proponowaliśmy im szkolenia i merytoryczne przygotowanie do debat nad równością małżeńską. Ale celem samej składanej przez .N ustawy nie jest zmiana prawa – to chyba oczywiste.

O to chcieliśmy zapytać. Przy obecnym składzie sejmowym szanse na wejście w życie ustawy o związkach partnerskich są chyba równe zeru. Po co w ogóle składać taki projekt?

Po pierwsze, mało które wydarzenie w Polsce ma tak gwarantowane zainteresowanie mediów, jak złożenie projektu ustawy w parlamencie. Z tematem równości małżeńskiej trudno jest się przebić, bo z jednej strony jest on ograny i oklepany, a z drugiej – wciąż traktowany jak herezja. Media rządzą się też swoimi prawami: jak możemy mówić o równości małżeńskiej, skoro jesteśmy na etapie kryzysu konstytucyjnego? Tymczasem obrona konstytucji jest ważna, ale tak samo ważne jest to, że ludzie wyjeżdżają z kraju z powodu panującej tu homofobii; że boją się, że po śmierci partnera stracą dziecko albo będą musieli zapłacić 30-procentowy podatek za własne mieszkanie. Składamy ten projekt po to, by była o nim mowa. Jeśli uda nam się wykorzystać chociaż kilkudniowe okienko zainteresowania w mediach i trafić z przekazem do kolejnych kilku procent społeczeństwa, to już będzie sukces.

Drugą kwestią jest poprawa jakości dyskursu na temat sytuacji par osób tej samej płci w Polsce. Przy debacie nad ostatnimi projektami ustaw o związkach partnerskich posłanka Pawłowicz z sejmowej mównicy określała osoby nieheteroseksualne jako bezwartościowe „odpady społeczne”. Kilka osób z Miłość Nie Wyklucza siedziało wtedy na galerii sejmowej. Zdawaliśmy sobie sprawę, że za tą panią stoi ogromna siła polityczna, rzesze wyborców – to był oficjalny głos jednej z dużych partii w bardzo ważnej sprawie społecznej. Mównica sejmowa stała się tubą do wygłaszania takich tez. Dokładnie odrobiliśmy tamtą lekcję. Teraz naszym zadaniem jest uzbrojenie ludzi, którzy będą w sejmie dyskutować na przykład z posłanką Pawłowicz, by potrafili mówić z sensem Dla mnie jako przedstawiciela strony społecznej nowym doświadczeniem jest obserwacja, że zgadzam się ze słowami posłanki Moniki Rosy, która będzie opiekować się tą ustawą, gdy mówi to, co jest napisane w uzasadnieniu tej ustawy: że ona jest krokiem w kierunku równości małżeńskiej, że rozwiązuje tylko niektóre sprawy.

Czy któraś z organizacji LGBT w Polsce próbowała rozmawiać z partią rządzącą, z prezydentem Dudą? Być może PiS byłby skłonny zgodzić się na ustawę, która nazywałaby się inaczej niż „o związkach partnerskich” czy „równości małżeńskiej”, ale okrężną drogą wprowadzałaby te same zmiany? Może taka ścieżka byłaby szybsza niż stawianie na wsparcie .Nowoczesnej.

Z .Nowoczesną współpracujemy głównie w ramach prac nad tą ustawą, jesteśmy też w kontakcie z partią Razem, która organizuje pokazy „Atykułu osiemnastego” i debaty o równości małżeńskiej. Będziemy zresztą współpracować z każdą partią, która się do nas zwróci – także z Platformą czy PiS-em. Pamiętajcie jednak, że bardzo niebezpieczna byłaby sytuacja, w której przepchnięta zostałaby byle jaka „ustawa o związkach partnerskich”, która w rzeczywistości nie zmieniałaby niczego, a zamroziłaby sytuację na wiele lat – dokładnie tak, jak stało się z „kompromisem aborcyjnym”.

Nie sądzę, żeby próba namawiania jakiegokolwiek obozu rządzącego na wprowadzenie równości okrężną drogą była dobrym pomysłem. Proces legislacyjny w Polsce ma to do siebie, że prawo tworzy się łatwo, ale jego egzekwowanie to odrębna kwestia. Kluczowa – zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy „kontrowersyjne” – jest zmiana społeczna. Wyobraźmy sobie, że prezydent Duda jest skłonny poprzeć akt prawny wprowadzający kilka poprawek w poszczególnych przepisach. W takiej sytuacji fundamentalne jest pytanie: co ten akt prawny komunikuje na poziomie społecznym? Dlatego nawet jego nazwa także jest niezwykle istotna.

Podobna ustawa, oprócz zmiany wielu konkretnych przepisów poprawiających życie i rozwiązujących realne problemy, powinna mieć też jasny społeczny wydźwięk. Stąd nasza walka o równość małżeńską, a nie o związki partnerskie. Pary tej samej płci są takie jak wy, mają te same prawa i obowiązki, są tak samo wartościowe dla społeczeństwa, łącznie z wychowaniem dzieci, i są pełnoprawnymi obywatelami lub obywatelkami w sferze prawa rodzinnego – to jest komunikat równościowy. Wprowadzenie związków partnerskich, które na przykład nie dawałyby możliwości adopcji, wysyła komunikat: „Są pewne pary, mają pewne problemy, warto się nad tą kwestią pochylić, ale bez przesady”. Takie prawo daje społeczne przyzwolenie na myślenie o osobach żyjących w związkach jednopłciowych jako o ludziach, którzy mają inne od zwykłego Kowalskiego potrzeby, inne życie i są niezdolni na przykład do wychowywania dzieci. To jest narracja dyskryminująca.

Czyli lepiej inwestować od razu w projekty zakładające równość małżeńską? Czy jednak mimo dyskryminującej narracji związki partnerskie nie miałyby szansy prędzej wejść w życie i już wiele ułatwić?

Wbrew pozorom – nie. Z naszego doświadczenia wynika, że wychodzenie z obniżonej pozycji negocjacyjnej nie działa. Przy okazji poprzednich ustaw na prośbę polityków nie wpisywaliśmy żadnych praw dla rodzin LBGT. W wyniku strategicznego planowania sami się kneblowaliśmy, bo liczyliśmy, że uda się w ten sposób wywalczyć choć ułamek praw. Tymczasem przeciwnicy ustawy o związkach partnerskich i tak mówili: „Pedały nie będą adoptować dzieci” – mimo że tam nie było nic o dzieciakach. W efekcie sami odbieraliśmy sobie szansę, żeby powiedzieć: nie, dzieci już teraz wychowywane są przez pary tej samej płci i narażone są na szereg niebezpieczeństw, bo ich rodzice w świetle prawa nie są rodzicami. Składając okrojone akty prawne wcale nie podnosi się w znacznym stopniu szans na „przepchnięcie” ustawy – koniec końców i tak ktoś zacznie mówić o adopcji, artykule 18 Konstytucji czy obronie wartości rodzinnych, a my pozbawimy się szansy na wysłanie równościowego komunikatu.

Dziś nie bawimy się w takie kalkulacje. Jeśli nawet jakaś partia przegłosuje związki partnerskie, my i tak będziemy mówić: to jest pół równość, ćwierć równość, 3/4 równości, ale czegoś jeszcze brakuje. Mamy dwa bardzo nośne hasła: bezpieczeństwo i godność. Jeśli ktoś się nie zgadza na to, żeby wszyscy ludzie byli bezpieczni i wszyscy żyli godnie – cóż…

À propos godności – czy pod rządami PiS osobom LGBT żyje się gorzej niż za czasów Platformy?

Nie jestem przedstawicielem wszystkich osób LGBT w Polsce, nie robiłem też takich badań, ale z własnej perspektywy mogę powiedzieć, że zmiany politycznej nie ma żadnej. Różnica między PO a PiS-em w sprawach LGBT-owskich zawsze była czysto estetyczna: mówili mniej więcej to samo, ale jedni byli trochę milsi.

Obawiamy się oczywiście, że PiS trzyma nas w zanadrzu jako kolejną grupę społeczną, którą można wykorzystać jako wroga wewnętrznego. Wiemy, że bylibyśmy bardzo nośnym tematem, gdyby nas opowiedziano w odpowiedni sposób. Medialna machina propagandowa PiS-u jest przepotężna i złożona ze specjalistów od snucia opowieści. Co więcej: te opowieści już istnieją! Jak się słucha pewnych organizacji, które na szczęście jeszcze nie są w parlamencie, ale mają na to dużą szansę, to usłyszeć można narracje rodem z lat 80., a jak głębiej sięgnąć, to i z lat 30. To są opowieści o zagrożeniu zdrowia publicznego, o zagrożeniu porządku, moralności i ładu i oczywiście o zagrożeniu dla dzieci. Jeśli w końcu PiS z czymś takim wyskoczy, nie będzie musiał zmieniać prawa, żeby życie osób LGBT w Polsce z dnia na dzień stało odczuwalnie gorsze. Jeśli posłanki i posłowie, którzy przecież jeżdżą po Polsce, spotykają się z ludźmi w ramach różnych struktur, swój przekaz dnia zaczęliby opierać na kwestiach LGBT-owskich i ten przekaz byłby otwarcie wrogi, to świat by się dla nas naprawdę bardzo zmienił. Podejrzewam, że jest wielu posłów, którzy zapytani o kwestie LGBT mówią już te rzeczy, tylko one nie są na razie oficjalną linią partii.

Na końcu filmu pojawia się rok 2025 jako prognozowana data wprowadzenia w Polsce całkowitej równości małżeńskiej. Jak ma się ona do tego, co właśnie powiedziałeś?

Żeby działać długofalowo, potrzeba strategii. Ona z kolei musi mieć jakieś ramy czasowe. W 2015 roku, po tym, jak przegraliśmy ustawy, uznaliśmy, że potrzeba nam planu na lata – tym bardziej, że postawiliśmy na równość małżeńską, a nie związki partnerskie. Wybraliśmy sobie 2025 rok, zakładając możliwość rządów PiS-u, choć nie w tak drastycznej formie. Zobaczymy, jak wyglądać będą wybory samorządowe, a później parlamentarne i czy wyzwolą jakąś społeczną energię. Jeśli destrukcja się utrzyma i będzie postępować tak jak teraz, to oczywiście nie mamy szans na zmianę prawa. Rzeczywistość polityczna ma jednak to do siebie, że jej wahadło odchyla się raz w jedną, raz w drugą stronę. Liczymy więc na normalizację. Jeśli się przeliczymy, trudno, ale musimy działać w jakichś ramach. Przyzwyczailiśmy się zresztą do tego, że patrzymy ponad rządami. Dopóki nas nie zdelegalizują, możemy sobie na to pozwolić.

Ponad rządami są również Europejski Trybunał Praw Człowieka i Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Jesteście częścią koalicji, która stara się doprowadzić sprawę polskich związków partnerskich przed europejskie sądy. Całkiem niedawno wydany został wyrok dotyczący włoskich obywateli. W optymistycznym scenariuszu podobny wyrok mógłby utrzymać się także dla Polski. Przewidujecie, że rząd Prawa i Sprawiedliwości zacząłby akceptować małżeństwa lub pozwolił na związki partnerskie, jeśli europejski sąd wydałby odpowiedni wyrok?

Orzeczenie trybunału jest kwestią następnych kilku lat. Liczymy rzecz jasna na powtórzenie scenariusza włoskiego, w którym jednym z istotnych czynników było wysokie poparcie społeczne. Między innymi dlatego tak się na tym skupiamy – chcemy, żeby w chwili, gdy sprawa Polski trafi już przez Trybunał, najnowsze sondaże pokazywały odpowiednio wysoki i, co ważne, stabilny poziom poparcia dla formalizacji związków tej samej płci. To jest nasze zadanie.

To, czy jakikolwiek rząd zastosuje się do orzeczenia, jest osobną sprawą. Dla nas sam głos Trybunału w sprawie zmiany prawa byłby argumentem w ręku, nawet jeśli polskie władze zignorowałyby to orzeczenie. Inicjatywa angażowania Strasburga jest też o tyle wartościowa, że mentalnie wpływa na pewną grupę – co prawda dość niewielką – która szanuje instytucje prawa międzynarodowego. To także sposób na podnoszenie świadomości i poparcia społecznego.

Wiadomo, że najłatwiej przekonywać przekonanych. Jakie macie sposoby na docieranie tam, gdzie nikt jeszcze nie dotarł?

Wydaje mi się, że gdy idzie o poszerzanie grona odbiorców wszystkie NGO-sy w Polsce działają podobnie – przede wszystkim ważne są sojusze. Zaczyna się zawsze od tak zwanych ciepłych kół – grup, które są już ogrzane do komunikatu, w których nie trzeba nikogo specjalnie przekonywać. W naszym przypadku są to oczywiście organizacje kobiece, zajmujące się prawami człowieka, uchodźcami czy migrantami. Od nich trzeba wychodzić dalej.

Jeśli chodzi o media, to dla nas wartością jest każdy materiał, który trafi do ludzi niezanurzonych na co dzień w tematyce LGBT-owskiej. Niezwykle cenne jest to, że ktoś coś przeczyta, może chwilę pomyśli o temacie, który jest dla niego nieco „egzotyczny”, może się z nim oswoi, a może do niego przekona. Dlatego nie raz siedziałem z moim facetem w programach śniadaniowych, w których między smażeniem naleśników a śpiewającymi mnichami mówiliśmy o związkach partnerskich. Śniadaniówka jest medialną artylerią, której mocy nigdy nie osiągniesz własnym sumptem. Trzeba chodzić do teleturniejów, rozmawiać z ludźmi, ocieplać wizerunek, pokazywać, że nie jesteś straszna ani straszny. To jest wieczna praca u podstaw.

Z tego samego powodu jeździmy po Polsce, staramy się organizować jak najwięcej spotkań w mniejszych miastach i miasteczkach. Dla ludzi tam bardzo często jest to pierwszy kontakt z osobą nieheteroseksualną. W telewizji o tym mówili, w książkach coś się czytało, ale spotkanie twarzą w twarz to coś zupełnie innego. To naprawdę działa: ludzie mają potem mętlik w głowie, bo ich uprzedzenia ścierają się z rzeczywistością. Osoby bardzo głęboko uprzedzone nie przychodzą na takie spotkania, ale te tylko delikatnie niechętne, które po prostu chłoną ogólną średnią krajową, przychodzą i dla nich to może być odmieniające. Oczywiście nie pobiegną od razu z tęczowymi flagami, nie będą organizować marszów w swoich miejscowościach, ale zastanowią się dwa razy, zanim powiedzą coś o „pedałach”, może zwrócą większą uwagę na dyskryminację w ich otoczeniu albo dojdą do wniosku, że z tymi dzieciakami to rzeczywiście jest nie fair. Kontakt z żywym człowiekiem najbardziej trafia do ludzi. Uderzamy więc szeroko i nie wykluczamy kanałów dojścia.

Skoro znów wspomniałeś o dzieciach: ich sytuacja wydaje mi się paradoksalnie najlepszym sposobem na przekonywanie nieprzekonanych. To z jednej strony najbardziej kontrowersyjny temat, bo często słyszy się: „Niech geje biorą śluby, ale dzieci wychowywać nie będą”. Z drugiej strony jednak obecna sytuacja dzieci par jednopłciowych jest dramatyczna, a bardzo mało się o tym mówi. Właściwie wiedzą o nich tylko osoby zainteresowane tematem.

Kwestia tak zwanych „tęczowych rodzin” jest o tyle trudna, że bardzo trudno przeprowadzić badania na ich temat – ludzi zwyczajnie trudno znaleźć. Nie będą chcieli rozmawiać z ankieterem, nie zadzwonisz do nich, bo nie mają wszyscy numeru zaczynającego się na 666. Takie badania robi się zwykle metodą kuli śnieżnej, ale jest to możliwe jedynie w ośrodkach, w których tych rodzin jest dużo. W przyjaznych miastach, gdzie tęczowe rodziny są bardziej akceptowane społecznie, one chętnie biorą udział w badaniu i podają kontakty do innych znajomych. W ten sposób zbiera się dane.

W Polsce takich danych nie gromadzi się regularnie. Były próby samoorganizacji tęczowych rodzin w grupach nieformalnych, ale często kończyło się to fiaskiem. Rodzice nie chcą zmieniać się w aktywistów i robić kłopotu dzieciakom. Mamy w Polsce kilka dyżurnych rodzin, które etatowo zabierają głos, ale one też często mają tego dosyć. To są normalni ludzie, którzy chcą żyć, a nie biegać po mediach albo odbierać telefony i słuchać cały czas tych samych niemądrych pytań.

Czy te niewidzialne tęczowe rodziny mają jakieś sposoby na obchodzenie trudności prawnych? Jak radzą sobie z dyskryminującymi przepisami?

Ze względu na brak rzetelnych danych, trudno mi udzielić dokładnej odpowiedzi. Z tego, co wiem, w życiu codziennym najwięcej zależy od otoczenia: od tego, jaka jest nauczycielka, wychowawczyni, trener, lekarz, ludzie w szkole, pielęgniarka, organizator wycieczki… Jeśli ludzie są przychylni, da się z nimi umówić. Wiele osób pomaga, bo rozumie, że tak trzeba, chociaż prawo nie istnieje.

Jeśli chodzi o sytuacje najgorsze, czyli o śmierć lub ciężką chorobę biologicznego rodzica, obawiam się, że nie ma absolutnie żadnych wytrychów. Jeśli rodzina chorego czy zmarłego partnera jest przyjazna, to nic się nie zmienia; jeśli jest nieprzyjazna – zabiera dziecko; w skrajnych przypadkach, kiedy rodzina jest bardzo nieprzyjazna, a dodatkowo nie chce się dzieckiem zająć – ono trafia do systemu. Na to nie ma sposobów. Dlatego pary jednopłciowe wyjeżdżają, pobierają się i adoptują dzieci za granicą. Ale dziecko nie dostanie polskiego paszportu, jeśli ma dwie matki albo dwóch ojców, mimo że z automatu ma polskie obywatelstwo. Dziecko nie ma jeszcze obywatelstwa kraju, w którym mieszka, a żeby wyjechać na przykład z Wielkiej Brytanii, potrzeba paszportu. Rodzina nie może więc na przykład odwiedzić dziadków, bo granicę da się przekroczyć tylko z odpowiednim papierem, a konsul go nie przyzna, bo polskie prawo stanowi, że musi być matka i ojciec. Jeśli z czymś takim jest problem, to pomyślcie o sytuacji, w której umiera biologiczny rodzic, a z perspektywy prawa drugi rodzic jest obcą osobą.

Nie jesteście sfrustrowani?

Jesteśmy zmęczeni – oczywiście. Jednak robimy to dla ludzi, którzy nie mają głosu i siły, żeby stanąć w obronie swoich praw. Wszyscy w Miłość Nie Wyklucza jesteśmy we względnie komfortowej sytuacji, bo mieszkamy w Warszawie, mamy dach nad głową, jakieś pieniądze na życie, wykształcenie, kontakty z prawnikami… W związku z tym czujemy się poniekąd odpowiedzialni za ludzi, którym jest trudniej, bo na przykład mieszkają w małych miejscowościach albo zmagają się z wrogim otoczeniem. Miłość Nie Wyklucza działa w ramach dalekosiężnych planów na równość małżeńską, ale niezmiernie ważne są też dla nas działania edukacyjne czy zapewnianie choćby drobnego wsparcia. Stworzyliśmy projekt „Orientuj się” – jest to pakiet informacyjny na temat spraw LGBT, który zamówić może każdy. Może to być szkoła, która chce przeciwdziałać dyskryminacji, rodzice właśnie wyoutowanego dzieciaka, ktoś, kto odkrywa swoją tożsamość i jest zupełnie zagubiony.

Dostajemy czasem prośbę o wysłanie pakietu do sześćdziesięcioosobowej wioski z zaznaczeniem, żeby nie znakować koperty naszym logo, „bo nie chcę, żeby ktoś zobaczył”. Inny chłopak napisał do nas, że ustawił sobie broszurki na półce, bo są w nich też nasze zdjęcia i on je traktuje trochę jak fotografie rodzinne. Jeszcze ktoś inny pisze: „Szkoda, że nie było takich materiałów, kiedy byłem młodszy, bo też miałem bardzo ciężko w szkole i w sumie nie wiem, co by się stało, gdyby mnie nie wyciągnęli za uszy…”.

Dramatyczne sytuacje ciągle się zdarzają. Wiemy, że do dzieciaków wzywani są egzorcyści, wciąż zmusza się też nastolatków do tak zwanej terapii konwersyjnej. Mamy posłów, którzy zapytani, czy poprą ustawę o związkach partnerskich, odpowiadają, że nie, bo to jest choroba i to trzeba leczyć. Takie osoby nie mają pojęcia, co to jest terapia konwersyjna – ani jak wygląda, ani kiedy jest stosowana, ani jakie są jej efekty. Pomimo tego, że stan wiedzy medycznej jest taki, że homoseksualność nie jest chorobą i każdy „terapeuta”, który twierdzi inaczej, uprawia szkodliwą szarlatanerię. Dlatego musimy mieć siły, żeby te dzieciaki wspierać, żeby edukować i pracować nad zmianą społeczną, która nie nastąpi bez pracy u podstaw.

***

Hubert Sobecki  aktywista, scenarzysta, z wykształcenia filozof, Prezes Miłość Nie Wyklucza. Współautor scenariuszy do filmu „Artykuł Osiemnasty” – pierwszego dokumentu o równości małżeńskiej w Polsce – oraz gier Cinders i Solstice niezależnego polskiego studia MoaCube.

***

Zachęcamy do odwiedzenia oficjalnej strony filmu „Artykuł osiemnasty” oraz strony Stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza. Pakiet edukacyjny dla młodzieży „Orientuj się” można pobrać tutaj. Polecamy również lekturę dokumentów: „Strategia wprowadzenia równości małżeńskiej” oraz „Równość małżeńska. Przewodnik dla początkujących”.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Tradycyjne małżeństwa jednopłciowe

Biedni chrześcijanie patrzą na Paradę Równości

Pomiędzy gniewem a bezradnością. Raport o Czeczenii

  • http://heterofob.uw.hu/ Arkadiusz Karski

    Oszałamiająca jest ewolucja, jaką przeszła Miłość Nie Wyklucza, od kiedy zauważyła, jakim błędem było brnąć w kierunku przeciwnym do właściwego przez pierwsze lata istnienia i działalności, kiedy to MNW prezentowała stanowisko przeciwne równości małżeńskiej, na rzecz zaledwie związków partnerskich “bo na więcej nie ma szans”, “żeby nie prowokować”, “lepsze to niż nic” itepe. (Nie było to bynajmniej “na prośbę polityków”, lecz spontaniczne ze strony MNW – i jakże błędne!).

    Przypominam o tym nie ze złośliwości, tylko że w strategii, aby była realna, musi być uwzględnione otwarcie: “Równość małżeńska w Polsce się opóźni, ponieważ musimy odkręcić to, co samiśmy zakręcili, zanim poparcie społeczne wobec równości małżeńskiej i wobec tęczowego rodzicielstwa będzie rosło samo z siebie naturalnie”. Mam na myśli przekonanie, że “związki partnerskie” spełnia postulat równości jako taki odpowiednik małżeństwa, na jaki pary KK i MM zasługują i jakiego się same (sic!) dopominają – taki pogląd jest w Polsce powszechny i jest to efekt działań między innymi MNW w pierwszych latach.

    Przypominam o tym pierwszym, “błędnym” okresie działalności MNW, ponieważ dał on cenne dane i konkretne dowody, jak reagują ludzie i społeczeństwo na sytuację, kiedy osoby zainteresowane równością same domagają się nierówności (sic!) i deklarują, że to im wystarczy.

    Kilka lat zaledwie minęło od zmiany strategii MNW, ale rezultaty już są namacalne, więc warto, warto, warto!

    Oby tylko pozostałe organizacje oraz osoby zainteresowane również zauważyły istotę i podążyły tą samą drogą, co MNW od 2014: ku równości i pozytywnie.

    —-

    Przypomnę jeszcze przypadek, od którego warto się uczyć (głównie w zakresie stosowanych wyrażeń: pozytywnych, samoistnych lub wtórnych, degradujących) – Węgry – odpowiednik małżeństwa dla KK i MM w 2009, zakaz kierowania się homofobią i transfobią także przy adopcji, związki partnerskie oraz kwestie tęczowego rodzicielstwa ostatecznie i kompleksowo uregulowane w 2013/2014 (stało się to na podobnym etapie rozwalania demokracji, na jakim jesteście mniej więcej teraz w Polsce!): https://www.facebook.com/notes/2109858342387851 i pozostałe.