dwutygodnik internetowy
2.07.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Smoleński: Polska bardzo wielka wina

Książka „Syrop z piołunu. Wygnani w akcji «Wisła»” trafiła na rynek kilka miesięcy po okrągłej, sześćdziesiątej rocznicy opisywanych wydarzeń. Rocznicy niemal całkowicie przemilczanej przez władze i państwowe media.

ilustr.: Julia Chibowska

ilustr.: Julia Chibowska

Tekst pochodzi z 36. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Biblia dziesięciolecia”.

Przymusowa wywózka Ukraińców, Łemków, Bojków i osób z mieszanych, polsko-ukraińskich rodzin, objęła sto czterdzieści tysięcy ludzi. Zmuszani do spakowania w parę godzin niewielkiej części dobytku, byli wywożeni z południowo-wschodniej Polski na ziemie zachodnie. Akcję przeprowadzono pod płaszczykiem rozbijania band Ukraińskiej Powstańczej Armii. Pretekstem do jej rozpoczęcia było zabójstwo generała Świerczewskiego, choć wiadomo, iż była przygotowana wcześniej. Akcja „Wisła” formalnie trwała przez trzy miesiące, od 28 kwietnia 1947 roku. W istocie ostatnie wywózki miały miejsce jeszcze w 1950 roku. Rozmawiamy z Pawłem Smoleńskim, autorem książki.

DOROTA BORODAJ, JAN MENCWEL: Czy napisał pan książkę o polskiej zbrodni przeciwko ludzkości?

Tak.

Odsłania pan karty w pierwszym zdaniu, cytując fragment Statutu Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze, który podaje definicję takiej zbrodni.

Motto tej książki nie urodziło się przypadkowo. Akcja „Wisła” była taką zbrodnią. Szczęśliwie nie miała polegać na ludobójstwie, lecz na czymś, co jest określane jako zbrodnia kulturowa. Sto czterdzieści tysięcy ludzi zostało wyciętych z ojcowizn, pozbawionych elit i korzeni, osadzonych w dramatycznych warunkach. Ale to zdanie wcale nie jest w mojej książce najmocniejsze czy najbardziej kategoryczne. Uważam, że ono brzmi: o akcji „Wisła” wiemy wszystko. Znamy, niemal co do jednej, liczbę wywiezionych osób, tak samo jak liczbę ofiar, wiemy, jakie stosowano metody podczas wywózki, co się później z tymi ludźmi działo. Informacji nie zamknięto na kłódkę, nikt nie zakopywał skrzynek z tajnymi dokumentami. Sporów na temat jej przebiegu w zasadzie nie powinno już być, to nie jest wiedza tajemna. Jest gorzej – dziś to jest wiedza kompletnie bezużyteczna. Okazuje się, że współcześnie można obok tej opowieści budować jakąś równoległą, wyssaną z palca narrację.

W tej równoległej opowieści, nie użyto by określenia „polska zbrodnia”. Jeśli już, to „komunistyczna”. Prędzej jednak powiedziano by „polska racja stanu”.

A czy ci komuniści nie mieli narodowości? Owszem, są tacy, którzy tak uważają. Dziwnym trafem ci sami ludzie ochoczo mówią, że hitlerowcy mieli narodowość niemiecką. Otóż ja uważam, że komuniści, którzy w owym czasie rządzili w Polsce, byli w znakomitej większości Polakami.

Sam pomysł na przesiedlenia nie był w tym czasie niczym nowym. Deportował Stalin, deportowała Czechosłowacja, Węgrzy, Serbowie, Rumuni. Cała ówczesna Europa usiana była kolumnami wygnanych ludzi. W tych kolumnach szli też Polacy – wygnali ich co najmniej dwukrotnie, raz z zachodu na wschód, potem ze wschodu na zachód. Ale w przymusowych wywózkach Ukraińców było coś jeszcze – te znaczące słowa o ostatecznej likwidacji problemu ukraińskiego w Polsce. Należy je traktować bardzo poważnie.

Czy jednak kontekst wołyński i realne zagrożenie ze strony Ukraińskiej Powstańczej Armii nie miały tu znaczenia?

Jaki kontekst wołyński? Jakie zagrożenie? UPA to było w tym czasie kilka tysięcy nędznie odzianych i wyczerpanych ludzi. Po prostu zdemoralizowana, zawszona, głodna i brudna partyzantka. Można ją było rozbić czysto wojskowymi sposobami. Akcja „Wisła” była zatem kompletnie nieuzasadniona pod względem militarnym, o tym mówi wielu polskich historyków. Trzeba pamiętać jeszcze o jednym. Przed wojną było w Polsce ponad pięć milionów Ukraińców. Po wojnie zostało ich 700 tysięcy i większość z nich została wywieziona na Ukrainę. Początkowo nęcono ich bajkami o sowieckim raju, część wyjeżdżała dobrowolnie, by przekonać się, że to bzdura. Wielu wracało – przez zieloną granicę, na fałszywych papierach. Wtedy deportacje zaczęły być coraz brutalniejsze i krwawe. Oddziały UPA w Polsce były, generalnie rzecz biorąc, zorganizowane po to, by tej deportacji przeszkodzić. W wielu wypadkach były to oddziały ukraińskiej samoobrony, broniące ludzi i dobytku przed NKWD.

W polskiej narracji o UPA nie ma miejsca na te półtony, mówiąc o niej, mówi się z automatu o mordowaniu Polaków. Pan opisuje zbrodnie, jakich dopuszczało się polskie wojsko na ukraińskich cywilach. I o działającym po wojnie Centralnym Obozie Pracy w Jaworznie.

O polskim obozie koncentracyjnym w Jaworznie. To był oczywiście obóz wybudowany w czasie wojny przez nazistów. Przetrwał naloty alianckie prawie bez szwanku. Nigdy, nawet w czasie wojny, nie było tam komór gazowych, ale miał wszystkie cechy obozu koncentracyjnego. Także po wojnie, gdy skorzystano z gotowej infrastruktury i osadzano w nim Ukraińców. Metody, które w nim stosowano, można by z powodzeniem przypisać zarówno hitlerowskim kacetom jak i sowieckim łagrom: bicie, tortury, głód, choroby, zimno. Cały zestaw środków do udręczenia człowieka.

Długa jest ta polska lista win.

Zauważcie państwo, że akcja „Wisła” nie zadziała się w próżni. Cytuję w książce marszałka Rolę-Żymierskiego, który zapytany o to, czy generał Mossor, przedwojenny oficer, wykona tego typu operację, powiedział, że oczywiście. Każdy przedwojenny oficer by się tego podjął. To pokazuje ówczesne nastawienie do mniejszości ukraińskiej. Przecież to Polacy, nie Ukraińcy, burzyli w latach 30. cerkwie prawosławne na południu Polski, a greckokatolickie przerabiali na kościoły katolickie. To wszystko jest elementem polskiej kolonialnej, a potem neokolonialnej polityki wobec tej mniejszości narodowej.

ilustr.: Julia Chibowska

ilustr.: Julia Chibowska

Wróćmy jeszcze na chwilę do tej „polskiej racji stanu”. W tym roku odbyła się w warszawskim IPN debata poświęcona akcji „Wisła”. Tezy tam stawiane i sami prelegenci mocno promowali taką wizję historii. Jedynie Grzegorz Motyka dystansował się do takiej interpretacji wydarzeń.

On nazywa rzecz po imieniu – akcja „Wisła” była przestępstwem. Zresztą jest wielu historyków, w tym zatrudnionych w IPN, którzy nie będą jej usprawiedliwiać, nie pokuszą się o wulgarną interpretację historii.

Co według pana stoi za taką interpretacją?

Trzy zasadnicze rzeczy. Po pierwsze – przekonanie że Polska, a więc i Polacy, to Chrystus narodów. Zawsze święta, zawsze po stronie ofiar, nigdy sprawców, rozpięta na krzyżu niemal jak Joszka Dawidowicz. Po drugie: tradycja Polski szlacheckiej, niemająca zresztą nic wspólnego z prawdą: my jesteśmy ci lepsi, światli, którzy przynieśli temu chłopstwu kulturę, pomogli mu się zorganizować. Jeśli spojrzymy na przedwojenne statystyki, to zobaczymy, że największy analfabetyzm w całej II Rzeczpospolitej panował na wschodzie. W społecznościach prawosławnych i greckokatolickich to było około 80% ludności. Widzę tu dużą sprzeczność: albo niesiemy kulturę, albo utrzymujemy skolonizowany naród w stanie półświadomości.

I wreszcie trzecia rzecz – przekonanie o wyższości wiary rzymskokatolickiej nad każdą inną i polski nacjonalizm. Bardzo silny. Przed wojną przez chwilę dominował uosabiany przez Piłsudskiego mit o wielokulturowej, wielonarodowej Rzeczpospolitej. Kiedy zabrakło Marszałka, okazało się nagle, że jego oficerowie, legioniści, prezentują dokładnie takie same poglądy i postawy jak narodowcy od Dmowskiego. Wracamy do tego, co powiedziałem przed chwilą – że każdy przedwojenny oficer byłby gotowy pokierować akcją „Wisła”.

Cytuje pan liczne relacje, w których przeplata się kilka wątków – przemoc, jakiej doświadczali cywile ukraińscy jeszcze przed akcją, sama wywózka i obóz w Jaworznie, wreszcie – czasy współczesne, w których, według pana i pańskich bohaterów, Ukraińcy w Polsce nie czują się bezpiecznie.

Jeszcze nie tak dawno wszystko było na dobrej drodze do dialogu, do pojednania. I to pomimo lat PRL, gdy o Ukraińcach albo się milczało, albo mówiło jako o bandytach, rezunach, przypisując im wszystkie możliwe i niemożliwe okrucieństwa. Podtrzymywano też mit, że przesiedlani ludzie trafiali z kurnych chat ukraińskich czy łemkowskich chyży do pałaców. Bzdura. Kiedy przyjeżdżali na miejsce na ziemie zachodnie i północne, najlepsze gospodarstwa były już pozajmowane. Pamiętajmy też, że na miejscu często spotykała ich wrogość, podtrzymywana przez opowieści o bandach UPA wieszających na drzewach dzieci. Z czasem ci ludzie zaczęli się otwierać, opowiadać w tych wsiach i miasteczkach na Mazurach, Pomorzu czy Dolnym Śląsku o tym, co ich spotkało. Obozy w Jaworznie czy Łambinowicach uznano za zbrodnie, nie tylko zresztą na Ukraińcach. Ludzie, którzy ich doświadczyli, mogli zacząć starania o jakieś rekompensaty. Ich sprawy miały swoich orędowników, na przykład Jacka Kuronia. W takich warunkach zaczęli mówić, powstawały kolejne świadectwa. Wydawało się, że idzie ku dobremu: pojawiły się oświadczenia polityków z najwyższego szczebla i z każdego niemal obozu politycznego, z Polski i Ukrainy, deklarujących chęć rozliczenia się z historią w duchu wzajemnego zrozumienia i zgody. Takie same dokumenty kościoła katolickiego i cerkwi greckokatolickiej. Apele kardynałów, biskupów i papieża Wojtyły. Wreszcie – mam wrażenie, że coś się przełamywało także w samych relacjach między ludźmi.

Nic z tego według pana nie zostało?

Ćwierć wieku po obaleniu komuny ci ludzie – przesiedleni i ich rodziny – zaczynają zmieniać swoje opowieści. Wygładzają je. Albo milczą. Kiedy pytałem ich, dlaczego, mówili: bo mam wnuki, my swoje już przeżyliśmy, nie chcemy narażać bliskich. Mnożą się kolejne akty przemocy werbalnej i fizycznej: a to ktoś zniszczy cerkiew, a to napadnie na hotel robotniczy, pobije kogoś na ulicy, bo usłyszy, że to Ukrainiec. Do tego proszę dołożyć deklaracje miłościwie nam panujących: będą wpuszczać do Polski tych Ukraińców, którzy im się podobają, a innych nie będą. Ludzie głupieją w zastraszającym tempie. Odżyły upiory, wystarczyła chwila: bierność ze strony władz wobec aktów przemocy, przyzwolenie na nią. Dziś antyukraińskość trwa w najlepsze.

ilustr.: Julia Chibowska

ilustr.: Julia Chibowska

Jeden z bohaterów książki mówi, że dziś Ukraińcy zaczynają powoli pełnić rolę przedwojennych Żydów. Jest w tym jednak spora doza przesady. Nie próbując umniejszać znaczenia ksenofobicznych ataków, skala jest nieporównanie mniejsza, zwłaszcza jeśli przypomnieć publiczne nawoływania do bojkotu sklepów żydowskich czy getta ławkowe.

To narastające napięcie widać szczególnie w miejscach, gdzie Ukraińców jest dużo, gdzie są widoczni, jak na przykład w przygranicznym Przemyślu. Ale nie tylko. Piszę w książce o pewnej rodzinie – Ukraińcach urodzonych już po przesiedleniach, na Mazurach. Postanowili kupić tam nowe mieszkanie. Ktoś dowiedział się, że są Ukraińcami i się zaczęło. Efekt agresji, jaka ich spotkała, jest taki, że chcą to mieszkanie teraz sprzedać za pół ceny i się wyprowadzić. Nie nam oceniać cudze lęki, ale fakty są takie, że w pewnych miejscach można dostać na ulicy baty za mówienie po ukraińsku. Czego nam więcej trzeba?

Osobnym wątkiem, którzy nie wybrzmiał w książce, jest kwestia wywózki Łemków, którzy czują się szczególnie pokrzywdzeni. Nie uważają się ani za Ukraińców, ani za Polaków, a dotknęły ich prześladowania.

Z punktu widzenia akcji „Wisła” ich poczucie tożsamości nie miało kompletnie żadnego znaczenia. Było to tym bardziej podłe, że na Łemkowszczyźnie oddziałów partyzanckich w zasadzie nie było, a jeśli już, to jakieś absolutne niedobitki. W dawnym województwie krakowskim, w powiecie nowotarskim (czyli w miejscu, gdzie widać Tatry) także wywożono Łemków, i to jeszcze w latach 50., czyli formalnie już po zakończeniu akcji. Ktoś mógł być kombatantem Armii Ludowej, Ludowego Wojska Polskiego narodowości ukraińskiej, albo lepiej – członkiem milicji obywatelskiej czy urzędnikiem bezpieczeństwa czy aktywistą PPR, przychodzili po niego towarzysze frontowi, kazali się w dwie godziny spakować i do widzenia. Ale ja nie chciałem zagłębiać się w temat Łemków. To nie jest książka historyczna, takich powstało już mnóstwo.

„Syrop z piołunu” ukazał się pod koniec 2017 roku. Mija właśnie 60. rocznica przeprowadzenia akcji. W tym czasie w Polsce zabrakło miejsca na jej oficjalne obchody, na wyważony głos rządzących, organizacjom ukraińskim nie przyznano środków na działania upamiętniające wywózki. To dobry czy trudny moment na taką książkę?

Ona była oczywiście zaplanowana już jakiś czas temu. Podchodziłem do niej jak do jeża – przecież wszystko już wiadomo, wszystko opisano. Tymczasem okazuje się, że nastroje antyukraińskie wracają, dlatego mówię, że to nie jest książka historyczna, tylko osadzona we współczesności. Ona się kończy wiosną 2017 roku. A mogłaby być nadal pisana, gdyby nie to, że w końcu trzeba postawić kropkę i oddać tekst wydawcy.

Dla kogo napisał pan tę książkę? Sam pan mówi, że o akcji wiadomo już wszystko.

Nie zadawałem sobie pytania o czytelnika. Uważam, że nie wolno mi milczeć. Milczeć na przykład o dziewczynie pobitej w Lublinie za mówienie na ulicy po ukraińsku. To musi być zanotowane i opowiedziane. Dlatego nawet gdyby ta książka miała mieć jednego czytelnika, i tak bym ją napisał. Właśnie po to, żeby tego typu rzeczy nie poszły w niepamięć. I to wszystko.

***

Paweł Smoleński jest dziennikarzem, reporterem i pisarzem. Autor m.in. książek „Izrael już nie frunie”, za którą otrzymał nagrodę im. Beaty Pawlak oraz „Pochówek dla rezuna”, która zaowocowała Nagrodą Pojednania Polsko-Ukraińskiego.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Haska: Potrzeba pręgierza

Parę belek z duchem

Powojnie w Grodzisku