dwutygodnik internetowy
08.10.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Śmierć amerykańskiego Boga

Amerykańscy Demokraci nigdy nie byli tak chłodno nastawieni do religii i tak liberalni w kwestiach obyczajowych, jak lewica w Europie. Pod tym względem ostry skręt w lewo Obamy i Demokratów pokazuje, że w Ameryce coś się zmieniło. Ale jeszcze bardziej wymowny jest fakt, że Republikanie niewiele robią, by przeciwstawić się radykalizmowi obyczajowemu Obamy.

Ilustr. Olga Micińska

Przez wiele lat socjolodzy religii przeciwstawiali „religijną Amerykę”, w której wartości transcendentne odgrywają kluczową rolę w życiu politycznym, „laickiej Europie”, gdzie religijny polityk (o ile tak anachroniczny twór wciąż istnieje) powinien ograniczać wpływ swojego światopoglądu do sfery prywatnej. Tegoroczna kampania prezydencka w Stanach Zjednoczonych pokazuje, że ten stan rzeczy szybko staje się nieaktualny, gdyż sekularyzacja życia politycznego za Oceanem nagle staje się coraz bardziej zauważalna.

Barack Obama jest najbardziej liberalno-lewicowym przywódcą w historii USA w kwestiach światopoglądowych. Jako pierwszy urzędujący prezydent publicznie ogłosił swoje poparcie dla małżeństw homoseksualnych. Podczas poprzednich wyborów prezydenckich stwierdził zaś w wywiadzie, że legalizacja eutanazji zmniejszyłaby obciążenia, wynikające ze starzenia się społeczeństwa dla budżetu państwa. Wreszcie, o ile lewicowi politycy w Europie na ogół popierają legalizację aborcji na życzenie z pewnymi ograniczeniami (np. w 1975 roku francuska minister zdrowia Simone Veil zalegalizowała przerywanie ciąży bez ograniczeń do 12 tygodnia ciąży), to Barack Obama nie ma żadnych oporów nawet wobec legalizacji aborcji przez częściowe urodzenie. Jako senator stanowy w Illinois mocno sprzeciwiał się przyznaniu praw zawartych w Konstytucji noworodkom, które przeżyły sztuczne poronienie.

 

Obama nie potrafi ponadto nawiązać dobrych relacji z kościołami. Na początku tego roku The Department of Health and Human Services (amerykański odpowiednik ministerstwa zdrowia) nakazał wszystkim religijnym instytucjom (choćby katolickim szpitalom czy uczelniom) pokrywać koszty antykoncepcji i środków wczesnoporonnych. Naturalnie, Kościół katolicki był oburzony, a cała Partia Republikańska – łącznie z niekatolikami – głośno protestowała. Eric Cantor, przewodniczący Republikanów w Izbie Reprezentantów, który jest ortodoksyjnym Żydem i gorliwym przeciwnikiem legalnej aborcji, porównał ten krok administracji Obamy do zmuszania Żydów do jedzenia niekoszernych potraw. Mimo sprzeciwu, Obama nie zmienił zdania.

Dla polskiego czytelnika fakty te nie są zapewne zaskakujące. Przecież każdy wie, że lewica – a amerykańska Partia Demokratyczna lewicą jest bez wątpienia – opowiada się za świeckością państwa i liberalizacją podejścia do kwestii obyczajowych.

 

Tyle tylko, że wcześniej nie do końca tak było. Demokratyczni poprzednicy Obamy zawsze starali się utrzymywać ciepłe relacje z kościołami, a do tego byli – w porównaniu choćby z europejskimi partiami socjaldemokratycznymi – umiarkowanymi konserwatystami w kwestiach społecznych. Bill Clinton, który przedstawiał siebie jako polityka centrum działającego ponad podziałami, będąc prezydentem, podpisał dekret, który zabraniał jawnym homoseksualistom służyć w wojsku oraz The Defense of Marriage Act, który zdefiniował na poziomie federalnym małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. I choć Clinton był bardzo liberalny w kwestii aborcji, to zawsze podkreślał, że uważa ją za wielkie zło moralne i tragedię. A w 2012 roku Demokraci po raz pierwszy w swoim programie napisali, że aborcja powinna być „bezpieczna i legalna”. Dawniej ich program przekonywał, że musi być „bezpieczna, legalna i rzadka”.

Choć w praktyce, jak pamiętamy, wychodziło to różnie (o czym świadczą romanse byłego amerykańskiego prezydenta z modelką „Playboya” Gennifer Flowers czy najsłynniejszą stażystką świata Monicą Lewinsky), Clinton zawsze podkreślał swoje przywiązanie do chrześcijańskich wartości i chętnie fotografował się z Billym Grahamem, najsłynniejszym amerykańskim pastorem ewangelikalnym.

 

Inni poprzednicy Obamy z Partii Demokratycznej jeszcze głośniej podkreślali swoją wiarę w świetle kamer. Zwycięstwo Demokraty Jimmy’ego Cartera nad Republikaninem Geraldem Fordem w 1976 roku było możliwe m.in. dzięki poparciu ewangelikalnych chrześcijan dla tego pierwszego. Carter do tej pory pozostaje najbardziej religijnym amerykańskim prezydentem w historii. Amerykanie najczęściej kojarzą go jako doskonale znającego Biblię nauczyciela szkółki niedzielnej w swoim kościele. Nawet Ronald Reagan, niepraktykujący chrześcijanin, a ponadto rozwodnik, robił wszystko, by podczas kampanii w 1980 roku wywalczyć jak najwięcej głosów związanej z protestantami ewangelikalnymi, skrajnie konserwatywnej „religijnej prawicy”, która w większości popierała Cartera.

Jak widać, amerykańscy Demokraci nigdy nie byli tak chłodno nastawieni do religii i tak liberalni w kwestiach obyczajowych, jak lewica w Europie. Pod tym względem ostry skręt w lewo Obamy i Demokratów pokazuje, że w Ameryce coś się zmieniło. Ale jeszcze bardziej wymowny jest fakt, że Republikanie niewiele robią, by przeciwstawić się radykalizmowi obyczajowemu Obamy.

 

Podobnie jak wiele partii centroprawicowych (jak chociażby Platforma Obywatelska, w której w swoje miejsce znajdują zarówno zadeklarowany monarchista i zwolennik delegalizacji in vitro Jacek Żalek czy były pastor John Godson, jak i dawniej związany z lewicą Bartosz Arłukowicz), Partia Republikańska ma wiele nurtów. Znajudują się w niej zarówno kreacjoniści, jak i zwolennicy legalizacji aborcji na życzenie. Jednak podczas każdej kampanii prezydenckiej Republikanie wiedzieli, że nie mają szans na zwycięstwo bez głosów „chrześcijańskiej prawicy”.

Warto spojrzeć chociażby na prawybory Republikanów sprzed czterech laty. Rudy Giuliani, powszechnie ceniony w USA były burmistrz Nowego Jorku, który godnie zachował się po atakach terrorystycznych 11 września, i za rządów którego przestępczość w Nowym Jorku gwałtownie spadła, nie mógł zostać kandydatem na prezydenta. Mimo swojej dużej popularności, która na pewno zagroziłaby charyzmatycznemu Obamie przy urnach, był nie do zaakceptowania dla konserwatywnych wyborców Republikanów ze względu na jego poparcie dla legalizacji związków homoseksualnych i liberalne podejście do aborcji. Ponadto Giuliani był trzykrotnie żonaty.

 

Podobnie ostateczny kandydat Republikanów w 2008 roku, Senator John McCain, choć w USA budzi wielki szacunek ze względu na swoje bohaterskie zachowanie podczas wojny wietnamskiej, budził nieufność „religijnej prawicy”, gdyż był zwolennikiem dofiansowania z państwowych środków badań nad komórkami macierzystymi, a o jego zaangażowaniu religijnym wiadomo było niewiele. Dlatego na kandydatkę na wiceprezydenta namaszczono Sarę Palin, gorliwą protestantkę ewangelikalną.

Podczas tegorocznych wyborów prezydenckich było zupełnie inaczej. Senator Rick Santorum – konserwatysta obyczajowy, ojciec wielodzietnej rodziny i entuzjasta Mszy trydenckiej – poniósł klęskę podczas debat prawyborczych. Santorum, który ma wiele do powiedzenia w kwestiach aborcji czy homoseksualizmu, a zupełnie nie zna się na gospodarce – był lekceważony przez własną partię. Republikanie powszechnie uważali, że kandydatura znienawidzonego przez działaczy gejowskich i lewicową prasę Santoruma może im tylko zaszkodzić.

 

Dzisiejszy kandydat Republikanów na prezydenta, Mitt Romney, jest mormonem, czyli przedstawicielem religii, do której zarówno protestanci ewangelikalni, jak i konserwatywni katolicy, podchodzą nieufnie. Podczas swojej kampanii Romney dotychczas niewiele mówił jednak o wierze i miejscu wartości religijnych w sferze publicznej. Jego spot wyborczy krytykujący Obamę za dekret ws. dofinansowania antykoncepcji i środków wczesnoporonnych przez instytucje religijne (w którym Romney cytuje Jana Pawła II i powołuje się na swoje ciepłe spotkanie z Lechem Wałęsą, mocno katolickim przywódcą “Solidarności”) spotkał się z obojętnością. A kandydat Republikanów na wiceprezydenta, Paul Ryan, jest co prawda konserwatywnym katolikiem, ale wybrany został przede wszystkim ze względu na swoje neoliberalne podejście do gospodarki i kryzysu zadłużenia. Kiedy Ryan wypowiada się dla CNN, mówi o deficycie budżetowym czy o koniecznej podwyżce wieku emerytalnego, a nie o definicji małżeństwa czy o tym, że co trzecia Amerykanka dokonała w swoim życiu aborcji. Kiepski stan amerykańskiej gospodarki zdominował dyskurs polityczny podczas tegorocznych wyborów, ale w poprzednich latach, nawet w czasach stagnacji czy wręcz recesji żaden kandydat na prezydenta USA nie mógłby zwyciężyć bez zdobycia zaufania religijnych wyborców.

Gołym okiem widać, że religia gwałtownie przestaje odgrywać istotną rolę w życiu politycznym USA. Choć, posługując się językiem Nietzsche’go, Bóg Amerykanów jeszcze nie umarł, to widać, że przepaść pomiędzy „religijną Ameryką” a „zlaicyzowaną Europą” jest coraz mniejsza.