dwutygodnik internetowy
16.05.2016
magazyn papierowy


Sikora: Wierzycie w system, uwierzcie w Boga!

Mówimy o podobieństwie, a niepodobieństwo jest zawsze większe. Jeśli tak, to w konsekwencji sformułowania prawd wiary są zawsze bardziej nieprawdziwe niż prawdziwe. Okazuje się, że system nam się rozbije, nawet jeśli będziemy chcieli go utrzymać. Historię dogmatów chrześcijańskich można traktować jako historię paradoksu, którego ortodoksja jest wąską granią.

teolog wolny w obrebie kosciola-druk

ilustr.: Agnieszka Wiśniewska

Z Piotrem Sikorą rozmawia Dawid Gospodarek. Wywiad pochodzi z 29. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Niebezpieczne związki”. 

***

DAWID GOSPODAREK: Święta Teresa z Lisieux mówiła, żeby „z miłości do Boga przyjmować także najdziwniejsze myśli”. Czy katolickiemu teologowi może to coś mówić o metodologii jego dziedziny?

PIOTR SIKORA: Jak najbardziej. Zdziwienie jest początkiem filozofii, a pierwsi ojcowie Kościoła mówili o chrześcijaństwie: „nasza filozofia”. Zabójcze jest przyzwyczajenie się do tego, jak myślimy, zwłaszcza w obszarze postrzegania Boga i Jego spraw. U wielu myślicieli często przewija się twierdzenie, że Bóg zawsze jest inny, inny od naszych pomysłów, większy. Zdziwienie jest konieczne, bez niego nie można myśleć o sobie jako o teologu.

Gdyby to zdanie podsunąć prostemu wiernemu i nie mówić, kto jest jego autorką, mogłoby budzić opory. Do takiej myśli pojawia się dystans, może się ją nawet odruchowo odrzuca.

Powody tego można znaleźć na dwóch płaszczyznach: osobistej i wspólnotowej, które zresztą są ze sobą powiązane. Jest to przede wszystkim związane z kwestią tożsamości i bezpieczeństwa. Religia dotyczy najważniejszych spraw w życiu, fundamentów tego, kim jesteśmy. Karl Rahner mówił, że gdy mówimy o Bogu, to jednocześnie zawsze mówimy o sobie, o człowieku. To jest jakby dwutakt, nie ma możliwości rozerwania tego.

Szczególnie od czasu Wcielenia.

Tak. Ale myślę, że tak naprawdę od początku, jeśli przyjmiemy, że Wcielenie było odwiecznym zamysłem Bożym. W związku z tym, gdy mówimy o Bogu – mówimy o sobie, lepiej rozumiemy to, kim jesteśmy. Rodzi się w nas wtedy potrzeba bezpieczeństwa, chcemy już wreszcie wiedzieć, kim jesteśmy. I wtedy takie „najdziwniejsze myśli” się kwestionuje, bo wybijają nas z poczucia bezpieczeństwa. Świadomość tego, że właśnie otwartość jest konieczna do bycia wierzącym w ogóle, do tego, żeby nie być bałwochwalcą, była widoczna w myśli wielu Ojców Kościoła. Grzegorz z Nyssy mówił, że jeśli przywiązujesz się do jakiegoś konkretnego pojęcia, jakiejś formy, to już jesteś bałwochwalcą. A poznanie Boga polega na poszukiwaniu, pójściu dalej. W związku z tym ta otwartość na nowe pomysły jest konieczna, żeby się bałwochwalstwa ustrzec.

Według klasycznej, katechizmowej definicji wiary, jest ona przyjmowaniem tego, co Kościół podaje do wierzenia. Może także to wpływa na dystans do tych „dziwnych myśli” – świadomość tego, że skoro jestem katolikiem, to moim zadaniem jest poznanie tego, czego Kościół naucza i przyjęcie tego jako depozytu. I gdzie mi tam szukać czegoś więcej, szerzej…

To katechizmowa, ale bardzo redukcjonistyczna definicja wiary. W „Credo” nie mówimy „wierzę w dogmat o Bogu Ojcu”, tylko: „wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego”. Wiara nie dotyczy tych dogmatów, które Kościół nam podaje. To jest tylko środek, za pomocą którego możemy próbować tę wiarę ukierunkować. Widać to w Ewangeliach, zwłaszcza u Jana. Po Zmartwychwstaniu Jezus mówi Marii Magdalenie: „nie chwytaj mnie”. Jan opiera się na dwuznaczności języka, gra nią. Uczniowie są przyzwyczajeni do obecności Mistrza, a jednak obecność Jezusa jest zawsze nieuchwytna. I to właśnie nam Kościół daje do wierzenia. To nie ma nic wspólnego z brakiem zdziwienia i z brakiem otwartości, wręcz przeciwnie! Trudno złapać to, co podaje, łatwiej chwycić jakieś słowo i się go trzymać. Łatwiej łapać słowa, niż Boga.

Teologia aspiruje do bycia nauką, a w nauce duży nacisk kładzie się na otwartość i wolność badań.

Teologia może ją zachować. Nasze odniesienie do Boga nie jest możliwe, nie będzie w pełni ludzkie, jeśli nie będzie wolne. W tym sensie można powiedzieć, że teologia zakłada wolność badań, bo jeśli opiera się na relacji osobowej – człowieka do Boga – to ta relacja może być prawdziwie osobowa tylko wtedy, gdy nie niszczy naszej wolności.

Z drugiej jednak strony, nie ma sensu czynić Boga przedmiotem badań. Jest z tym trochę jak z małżeństwem. Relacja małżeńska wymaga sporo myślenia, wrażliwości, otwartości na drugą osobę, coraz głębszego poznawania jej, natomiast głupio powiedzieć, że uprawiam „żonologię”. Problem z wolnością badań teologicznych dotyczy natury badania, które sugeruje uprzedmiotowienie Boga, a nie wolności. Bez wolności nic bym w teologii nie zrobił. Wolność wchodzenia w tę relację, która powoduje, że mogę coraz więcej, albo paradoksalnie coraz mniej powiedzieć.

Kongregacja Nauki Wiary za czasów kardynała Ratzingera wydała instrukcję o powołaniu teologa w Kościele „Donum veritatis”, która stwierdza, że „właściwa badaniom teologicznym wolność realizuje się w obrębie wiary Kościoła”. Co to znaczy?

Można to zdanie rozumieć na dwa sposoby. Pierwszy sposób, który wydaje się bezpieczniejszy, zakłada uznanie, że wiara Kościoła to dobrze określony system jakichś zdań, które przyjęliśmy i poza które można wyjść tylko nieopatrznie. Ale moim zdaniem jest to redukcjonizm.

Drugi sposób zakłada, że teolog jest członkiem wierzącej wspólnoty, która jest w relacji do rzeczywistości ostatecznej, do Boga. Chodzi o osobistą relację każdego członka wspólnoty z Bogiem, powiązaną z relacją do innych ludzi. Działanie teologa, to, co robi i próbuje powiedzieć, powinno tę wspólnotę w odniesieniu do Boga budować, a nie niszczyć. Przez to rozumiem, że moja – katolickiego teologa – wolność badań polega na tym, że nie robię tego dla siebie, robię to dla wspólnoty, która chce – jako całość i jako każdy z członków z osobna – coraz głębiej wchodzić w tę relację. W tym sensie, jeśli moje działania przyczyniają się do jej pogłębienia, to znajdują się w obrębie wiary Kościoła. Nie chodzi o budowanie czy apologię jakiegoś spójnego systemu twierdzeń. Za Ojcami Kościoła mogę powtórzyć, że żadnego systemu nie ma i nie może być, bo mamy do czynienia z tajemnicą, która w żaden system nie może zostać ujęta. Dlatego czasem rozbicie takiego systemu służy wzrostowi wiary Kościoła. Jeśli widzę, że wspólnota zaplątała się w systemie, to być może powołaniem teologa jest prorockie powiedzenie: „słuchajcie, wierzycie w system, uwierzcie w Boga!”

Jak rozpoznać te sytuacje?

Czasami ciężko dostrzec, kiedy moja działalność rzeczywiście buduje wiarę w Boga, a kiedy nie. Bywa, że dokonuje się to ex post, sam święty Tomasz w czasach sobie współczesnych przez wielu ludzi był traktowany jako niemal heretyk, bo to, co próbował zrobić, w gruncie rzeczy burzyło system ówczesnego myślenia. Nauka Arystotelesa, którą Tomasz dostosowywał do wiary chrześcijańskiej, była wtedy propagowana przez myślicieli muzułmańskich na uniwersytecie w Neapolu, założonym przez cesarza jako przeciwwaga dla uniwersytetów kościelnych. To była w pewnym sensie uczelnia antyklerykalna. Święty Tomasz się do niej zapisał, próbując zdobytą tam wiedzę wykorzystać dla lepszego wyłożenia wiary wspólnoty i wspólnocie. To tak, jakby współcześnie ktoś próbował wyrazić wiarę Kościoła w kategoriach teorii gender i zobaczyć, co w tej teorii jest użyteczne, a co należy zdecydowanie odrzucić. Albo gdyby teolog próbował coś takiego zrobić w kategoriach wedyjskich czy buddyjskich. Bo przecież Tomasz również nie zasymilował Arystotelesa bezkrytycznie, lecz badał, co w jego teorii jest prawdziwe, a co nie. Można takie rzeczy robić w sposób, który naszą wiarę w gruncie rzeczy zniszczy, ale można też w taki, który ją wzmocni. Po owocach ich poznacie.

A czy nie jest tak, że Kościół preferuje redukcjonistyczną wizję tej wolności? We wspomnianej instrukcji Kongregacja zaznacza, że teolog przekazuje nauczanie, które w żaden sposób nie powinno naruszać doktryny wiary, czegoś, co już dokładnie sformułowano.

Być może część magisterium Kościoła taką wizję preferuje, co nie znaczy, że czyni tak cały Kościół. To kolejny problem, że gdy mówimy „Kościół”, mamy na myśli hierarchię. Swego czasu uczyłem kleryków teologii i bardzo trudno było większość z nich namówić do powiedzenia czegoś własnymi słowami. Kryje się za tym poczucie, że musimy powiedzieć tylko to, co bezpieczne, to, co poprawne. Ale wtedy możemy mieć z tym samym magisterium kłopot. W Katechizmie przywołany jest cytat z Tomasza, że o Bogu możemy powiedzieć tylko, kim nie jest i jaki jest stosunek stworzenia do Niego. A potem, jak to patriarcha prawosławny Bartłomiej powiedział, mamy kilkaset stron, których autorzy zapomnieli o pierwszym zdaniu i ciągle opowiadają, kim i jaki ten Bóg jest. Co z tym fantem zrobić?

Cytował pan zdanie instrukcji kongregacji, ale mamy przecież też zdanie z IV soboru laterańskiego o tym, że mówimy o podobieństwie, a niepodobieństwo jest zawsze większe. Jeśli tak, to w konsekwencji sformułowania prawd wiary są zawsze bardziej nieprawdziwe niż prawdziwe. Okazuje się, że system nam się rozbije, nawet jeśli będziemy chcieli go utrzymać. Historię dogmatów chrześcijańskich można traktować jako historię paradoksu, którego ortodoksja jest wąską granią. Spójrzmy choćby na dogmat o Trójcy Świętej: Bóg jest jeden, ale w trzech Osobach, każdy jest jednym Bogiem, całym Bogiem, ale nie ma ich trzech… Ciężko tu budować wspólne teorie. Nie da się, każda próba budowania z tego wspólnej teorii okazuje się heretycka. Wiara jako całość okazuje się paradoksalna.

Na czym więc polega naruszenie doktryny wiary?

To trudne pytanie. Byłoby łatwe właśnie wtedy, gdybyśmy mieli do czynienia z systemem. A jeśli doktryna jest paradoksalna, to na czym polega naruszenie paradoksu? Może występować, gdy próbujemy paradoks nieparadoksalnie wyjaśnić. Jeśli jeden paradoks próbujemy podeprzeć kolejnym paradoksem, doktryna staje się czymś, co nie jest możliwe do spójnego uchwycenia. A doktryna nie jest portretem, tylko drogowskazem. Teolog to nie ten, kto rozumie drogowskaz i stoi przy nim cały czas, tylko ten, który zostawia go za sobą, idąc w kierunku, który on wskazuje. Paradoksalnie widzimy, że uparte trzymanie się doktryny ją narusza.

To ładny i ciekawy obraz. Ale dalej wydaje się niespójny z wizją roztaczaną przez magisterium. W tym samym dokumencie czytamy, że „zadaniem urzędu nauczycielskiego jest rozstrzyganie przez wiążące sumienia wiernych sądy normatywne, które są z natury zgodne z wymaganiem wiary”. W jaki sposób ten urząd wiąże sumienie? Pamiętamy przecież słynny toast błogosławionego kardynała Henry’ego Newmana, który mawiał, że najpierw wypije za swoje sumienie, a potem za papieża…

Nie do końca rozumiem przytoczone przez pana zdanie magisterium. Jeśli pojmiemy je w sposób redukcjonistyczny, okaże się, że urząd nauczycielski mówi, co i jak mam myśleć, w dodatku że mam tak myśleć z przekonania, a jeśli nie mam przekonania, to znaczy że dzieje się coś niedobrego. Jednak czy ma to sens? Przyjmujemy przecież, że wiara dotyczy rzeczywistości Bożej, która jest tak naprawdę większa od wszystkich myśli. Nasze myśli nie powinny przysłaniać i ograniczać Boga, duchowi przewodnicy zalecają nawet, żeby ostatecznie te myśli porzucać… Święty Maksym Wyznawca mówił, że modlitwa jest najczystszym wyrazem wiary, bo oczyszcza umysł ze wszystkich myśli i stawia nagim przed Bogiem.

Łatwiej przyjąć tę wypowiedź Kongregacji „negatywnie”. Jeśli przywiązujemy się na przykład do soborowych rozstrzygnięć, stajemy się właśnie bałwochwalcami, uznając, że nasze myśli i sformułowania adekwatnie opisują Boga.

droga do boga-druk

ilustr.: Agnieszka Wiśniewska

Jak to więc jest z wolnością sumienia, któremu mamy być posłuszni? Czy jeśli ktoś w sumieniu rozezna jakąś kwestię inaczej niż magisterium, na przykład sprawę antykoncepcji, nie dostrzeże w niej zła, o jakim mówi Kościół, to czy mimo sprzeczności tego rozeznania z tym „wiążącym sumienie” rozstrzygnięciem urzędu nauczycielskiego, może na przykład według pana przystąpić do Komunii?

Kim jestem, żebym mógł rozstrzygać, czy ktoś może przystąpić do Komunii, czy nie? Katechizm uczy, że do Komunii nie może przystąpić ten, kto jest w grzechu ciężkim, a grzech ciężki musi być świadomy i dobrowolny. Jeśli człowiek nie ma świadomości, że robi źle, to nawet jeśli na obiektywnym poziomie tak czyni, tej kategorii grzechu ciężkiego nie można do niego zastosować. Nie rozumiem, jak możemy wprowadzać do moralności cały korpus przepisów i rozstrzygnięć, do jakich powinno się stosować. Taka wizja chrześcijaństwa, wypełnionego systemami przepisów i kodeksów, jak jakaś wojskowa organizacja, wydaje się niezgodna z ewangeliczną nauką o moralności. O rozstrzygnięciach magisterium proponowałbym myśleć jako o próbie wspólnego rozeznawania, co jest dobre i co złe. Jeśli pokazują to skutecznie i ktoś, widząc w nich rację, postępuje wbrew nim, grzeszy. Trudno jednak tak powiedzieć, jeśli nie pokazują tego w sposób pozwalający dostrzec w nich prawdę.

Wszystkie przepisy zawsze są ogólne, natomiast rzeczywistość jest bardzo konkretna. Zawsze pozostaje problem interpretacji. Nawet gdy mamy dogmat, wyjaśnienie i notę od Kongregacji Nauki Wiary, to i tak to wszystko składa się ze słów, które można różnie zrozumieć. Wtedy pojawia się kolejna nota wyjaśniająca do noty wyjaśniającej, ale na końcu ostatecznie jest człowiek, który sam musi tę kwestię pojąć. Właśnie w tym miejscu pojawia się wolność jego sumienia. Muszę sobie sam odpowiedzieć na pytanie o to, jak rozumiem dany dogmat i przede wszystkim, jaką rolę pełni on w mojej relacji do Boga. Tak samo wygląda to w sprawach moralności. Na końcu zawsze pozostaje moje sumienie, mój osąd rozumu, który mówi: to jest rzeczywiście dobre, a to jest złe.

A zatem co należy zrobić w wypadku konfliktu sumienia i magisterium?

Jeśli człowiek, który w swoim sumieniu szczerze, pomimo wszelkich wykładni, przepisów, rad, wskazówek, w tym konkretnym przypadku rozeznaje inaczej niż magisterium, powinien za swoim uczciwym osądem pójść. Istotą dobrego postępowania jest pytanie, czy to rozwiązanie prowadzi mnie i moich braci do Boga. Jeśli więc w swoim postępowaniu – nawet wbrew oficjalnemu nauczaniu papieża – kieruję się tym, co mnie prowadzi do Boga, to co miałoby stanowić przeszkodę, bym do Boga przystąpił sakramentalnie? Powodowałoby to jakieś dramatyczne pęknięcie w człowieku.

Kiedy katechizowałem w szkole, uczniowie często pytali: „proszę pana, ale czy to jest grzech?” Pytali o kościelne przepisy i o wyznaczone granice. Można w ten sposób myśleć, ale Ojcowie Kościoła czy święty Tomasz powiedzieliby, że w ogóle nie o to chodzi, że to chory pomysł. Pytanie, czym jest grzech, dotyczy tego, czy ciebie to rozwija i jak pogłębia relacje międzyludzkie. Nie chodzi o przepis, ale o to, czy moje postępowanie przyniosło pożytek albo szkodę komuś, zaszkodziło mi albo mojej relacji do Boga.

Pozostańmy przy przykładzie antykoncepcji. Czy Kościół może dopuścić jej stosowanie?

Postawmy pytanie inaczej: czy może okazać się, że Kościół się pomylił? Kościół – czyli nasza wspólnota wiary – jak pokazują badania socjologiczne, uznaje moralną dopuszczalność antykoncepcji. Także część biskupów nie widzi w niej zła. Może się więc okazać, że biskupi posłuchają tych świeckich (czyli Kościoła!), którzy mówią: stosowanie antykoncepcji nie jest dla naszego małżeństwa przeszkodą w relacji z Bogiem.

W takich przypadkach warto docenić konkretne doświadczenie. Warto zastanowić się, czy wszyscy rzeczywiście muszą zachowywać się tak samo. Jeśli kameduła ma pewien sposób życia dla niego dobry, a ja – jako małżonek – chciałbym przyjąć jego metody, skrzywdziłbym mnóstwo osób. To, co dla kameduły jest cnotą, dla mnie może być nią przez tydzień, jeśli umówię się z żoną i z dziećmi, że na tydzień zniknę i zrobię sobie rekolekcje. Ale gdybym miał całe życie wdrażać kamedulskie recepty na świętość, skrzywdziłbym rodzinę. Być może podobnie wygląda to w kwestiach moralnych, z których chcielibyśmy zrobić foremkę, kształtującą wszystkich według jednego wzorca? A przecież ostatecznie sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie. Nawet papież nas z tej odpowiedzialności nie zwolni.

Ostatni sobór przypomina, że „ogół wiernych, mających namaszczenie od Ducha Świętego, nie może zbłądzić w wierze i tę szczególną swoją właściwość ujawnia przez nadprzyrodzony zmysł wiary całego Ludu, gdy poczynając od biskupów aż po ostatniego z wiernych świeckich ujawnia on swą powszechną zgodność w sprawach wiary i obyczajów”. Gdzie jest ta powszechna zgodność? Zarówno biskupi, jak i świeccy, mają przecież różne wizje dobrego życia. Czy powszechna zgoda istnieje, czy też – za księdzem Prusakiem – możemy mówić o „milczącej schizmie” na przykład w sprawie antykoncepcji?

Nie wiem, jak na to odpowiedzieć. To na pewno cel, do którego możemy zmierzać, marzenie, byśmy byli jednego ducha i jednego umysłu, który będzie ożywiał wszystkich wierzących. Taki obraz wspólnoty znamy z Dziejów Apostolskich. Historycy jednak negują to, by kiedykolwiek w Kościele istniał taki stan idealny. Także aktualnie nie widzę sprawy, w której moglibyśmy powiedzieć, że powszechna zgodność istnieje. Nie potrafiłbym jej wskazać nawet na poziomie dogmatów. Zgadzamy się co do tego, że Bóg jest w Trójcy jedyny, ale skąd mogę wiedzieć, czy wszyscy wierzący tak samo tę jedność rozumieją? To sformułowanie soboru jest jednak o tyle cenne, że wskazuje, jak wielką wartością jest jedność. Przy czym, jeśli w budowaniu naszej jedności mamy się wzorować na jedności trójjedynego Boga, to musimy pamiętać, że także On pozostaje w niej różnorodny. Jedność w wierze to jedność w dążeniu do Boga, jedność w relacji, która może się różnie przejawiać w życiu konkretnych chrześcijan czy na przykład małżeństw. Jedni stosują metody naturalne, drudzy żadnych, inni wreszcie stosują choćby antykoncepcję hormonalną. I być może za jakiś czas magisterium przyzna im rację. Bo historia pokazuje, że magisterium w wielu momentach przyznawało się do błądzenia, co prawda po cichu, ale jednak.

Na przykład?

Dotyczy to na przykład interpretacji formuły, że poza Kościołem nie ma zbawienia. Podczas soboru florenckiego ustalono, że posłuszeństwo biskupowi rzymskiemu jest konieczne do zbawienia i choćby ktoś przelał krew dla Chrystusa, a nie był posłuszny papieżowi, to zbawiony nie będzie. Nietrudno zgadnąć, co by na to powiedział papież Franciszek…

Widzimy, jak patrzy na wschodnich męczenników, wśród nich choćby na Koptów nieuznających papieskiego prymatu…

Prawda? Mamy takie zdania i teraz bądź tu człowieku mądry. Może i chcielibyśmy myśleć w systemie, ale historia pokazuje, że tego systemu po prostu nie ma, jest nieprawdziwy.

Zostańmy jeszcze przy dogmatach. Gdzie w ich ramach teolog ma przestrzeń do wolnego badania, do szukania nowych rozwiązań i możliwości?

Ważna jest świadomość tego, że mówienie nie jest kresem. Często odnosimy się do wyznania wiary, mówiąc, że jest wspólne. Jeśli chcemy wyznać wiarę wspólnie, to żeby nie było kakofonii, trzeba dokładnie ustalić, co powiemy. Gdy ktoś upiera się, że nie będzie wyznawał wspólnie wiary, to pokazuje, że nie zależy mu na tym, stawia się po prostu poza wspólnotą. Nie znaczy to, że wspólne „Credo” jest jedyne. Jeden z wybitniejszych polskich patrologów, ojciec Henryk Pietras, pisał, że do czasów soboru nicejskiego Kościół nie czuł potrzeby jednego, wspólnego wyznania wiary. To, że obecnie takie funkcjonuje, nie znaczy, że nie można próbować wyznawać wiary inaczej. Nie jest też tak, że ta wspólna formuła jest zamknięta i ostateczna, bo – znów – historia pokazuje, że „Credo” się rozwijało. Cały czas trzeba też pamiętać, że wspólne wyznanie wiary raczej ukierunkowuje na tajemnicę, a nie ją opisuje, nie jest ostatecznym kresem, ale źródłem dalszych egzystencjalnych i również intelektualnych przygód.

Bywa jednak tak, że urząd nauczycielski uznaje, iż któryś teolog w swoich poszukiwaniach poszedł za daleko. Najgłośniejsza taka sprawa po soborze dotyczy Hansa Künga. Jak to się dzieje, że teolog wykracza poza wspólny głos Kościoła, mimo wolności, o której mówiliśmy?

Przyczyną takiego zachowania Kongregacji Nauki Wiary tak naprawdę jest troska o to, żeby pewne głosy nie zniszczyły wiary Kościoła. Trzeba jednak pamiętać, że przedstawiciele urzędu nauczycielskiego też są ludźmi, mają swoje ograniczenia. Myślę, że na tę troskę mogą się czasem nakładać osobiste problemy, lęki: o bezpieczeństwo, o własną pozycję. Warto jednak także zadać pytanie: czy za troskę o wspólną wiarę są odpowiedzialni tylko konkretni biskupi z Rzymu, czy też może wszyscy po trochu? W XX wieku mieliśmy takich proroków, którzy byli uciszani przez urząd nauczycielski, a potem się okazywało, że jednak to oni mieli rację. Z czasem zostali zaproszeni do pracy przy drugim soborze watykańskim i dostali kapelusze kardynalskie.

Jeśli zaś chodzi o teologów balansujących na granicy ortodoksji: ponieważ Bóg jest miłosierny, to jakbyśmy nie pobłądzili, w gruncie rzeczy zawsze jest szansa powrotu ze złej drogi. Bóg też z każdego zła może wyciągnąć jakieś dobro. W Księdze Mądrości Syracha możemy przeczytać: „Aż do śmierci stawaj do zapasów o prawdę, a Pan Bóg będzie walczył o ciebie”. To zdanie, które mocno przemawia do każdego chrześcijanina, a szczególnie do teologów. Poszukuj prawdy, walcz o nią bez lęku, bo czego byś nie zrobił, nawet jeśli będzie cię krytykował urząd nauczycielski, Pan Bóg będzie walczył za ciebie. To daje poczucie wolności i ostatecznego bezpieczeństwa.

 ***

Piotr Sikora jest filozofem i teologiem. Wiele lat wykładał teologię na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Obecnie wykłada filozofię religii na Akademii Ignatianum w Krakowie i jest redaktorem „Tygodnika Powszechnego”. Mąż i ojciec trójki nastoletnich dzieci.