dwutygodnik internetowy
29.06.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Sesyjne dylematy

Ściąganie jest na polskich uczelniach wyższych niepodlegającą refleksji normą, donoszenie wręcz przeciwnie. Głośną sprawę z warszawskiej SGH lepiej zatem potraktować nie jako impuls do dyskusji na temat donoszenia, lecz do stawiania pytań o znacznie powszechniejsze i realnie szkodzące edukacji wyższej ściąganie. Czy faktycznie jest wyłącznie prywatną sprawą każdego studenta?

ilustr.: Marta Basak

ilustr.: Marta Basak

17 czerwca, rozpoczyna się drugi tydzień sesji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilkudziesięcioro studentów powoli schodzi się do sali, w której będą pisać egzamin z bardzo istotnego dla tego kierunku całorocznego przedmiotu. Materiału jest sporo, na szczęście na wspólnej skrzynce mailowej znajduje się plik PDF sprzed kilku lat z dokładnie opracowanymi zagadnieniami. Jedni poświęcili na naukę kilka dni, inni – kilka godzin, niektórzy na chwilę przed egzaminem pobieżnie przejrzeli wspólne notatki, część nie wykonała nawet tego wysiłku. Ale nikt się nie denerwuje, bo w końcu ma być test „ABCD”. Studenci zajmują miejsca jak najdalej od biurka prowadzącej, jak najbliżej siebie. Pierwsze trzy rzędy ławek do końca pozostaną puste. Nagle zaskoczenie – okazuje się, że egzamin nie ma formy testowej, lecz składa się z dziesięciu pytań otwartych, co gorsza różnych w zależności od grupy. Pomimo tej niemiłej (dla niektórych wręcz oburzającej) niespodzianki, po wyjściu z sali daje się odczuć radosną, triumfalną atmosferę, podzielaną nawet (a może zwłaszcza) przez tych, którzy naukę ograniczyli do kilku minut przed egzaminem. Całe szczęście, że istnieją smartfony, a Pani Prowadząca przez półtorej godziny nie ruszyła się z miejsca.

Na Facebooku od kilku dni panuje poruszenie: „Nie ściągaj. Bo to wstyd”, „Nie donoś. Bo to wstyd”, „Czy pisze z nami Kamil?”. Na każdej z tych stron toczą się zażarte dyskusje. Wszystko z powodu zajścia w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej. Podczas egzaminu językowego jedna ze studentek wspomagała się telefonem komórkowym, co zauważył jej kolega (Kamil) i głośno zakomunikował osobie prowadzącej egzamin. Poskutkowało to zakończeniem sprawdzianu i oceną niedostateczną dla ściągającej dziewczyny oraz falą internetowej nienawiści pod adresem Kamila. Należy zaznaczyć, że wśród głosów w dyskusji da się odnaleźć i takie, które bronią chłopaka, jednak znacznie lepiej słyszalne są te agresywne i oskarżycielskie. Znamienne, że głównym zarzutem przeciwko niemu jest fakt, że swoim zachowaniem nic nie zyskał. Dziewczyna straciła, chłopak wyszedł na zero, zatem summa summarum efekt jego działania jest negatywny. Wniosek z tego taki, że była to czysta złośliwość, „sztuka dla sztuki”. Trudno nie zauważyć, że ostracyzm społeczny jest zapewne wyższą ceną niż ocena niedostateczna z egzaminu, co łamie to prostą ekonomiczną kalkulację. Nie sposób dociec ze stuprocentową pewnością, jakie były motywacje Kamila, należy zatem założyć opcję nieobciążającą go, a zarazem najprostszą: stanął w obronie uczciwości, prawdy i jawności. Czy mógł po skończonym egzaminie podejść do koleżanki i wyrazić swoją dezaprobatę, prowokując ją tym samym do dobrowolnego przyznania się do winy? Mógł, ale tego nie zrobił. Zresztą nie wiadomo, czy sytuacja uległaby wtedy jakiejkolwiek zmianie. Ściąganie jest na polskich uczelniach wyższych właściwie niepodlegającą refleksji normą – donoszenie wręcz przeciwnie, czego dowodzi żywiołowa reakcja na działanie Kamila. Absurdalna jest sytuacja, w której większe sankcje społeczne spotykają osobę łamiącą zmowę milczenia niż tę faktycznie winną. Całą sprawę lepiej zatem potraktować nie jako impuls do dyskusji na temat donoszenia, lecz do stawiania pytań o znacznie powszechniejsze i realnie szkodzące edukacji wyższej ściąganie. Jest to dyskusja o tyle trudniejsza, że wnioski z niej mogą okazać się niewygodne dla ogromnej liczby studentów.

Dla studentów i wykładowców uczelni brytyjskich czy amerykańskich ściąganie jest patologią, za którą grozi nawet wydalenie z uniwersytetu. Ściągając, student dopuszcza się oszustwa intelektualnego. Łamie umowę, którą zawarł z uczelnią jako instytucją oraz z innymi studentami, którzy tę instytucję współtworzą. Warto nadmienić, że na przykład na Uniwersytecie Warszawskim 10 procent studentów każdego kierunku z najwyższą średnią ocen otrzymuje Stypendium Ministra w wysokości pięciuset złotych miesięcznie. Ta niewinna nieuczciwość, jak często traktuje się ściąganie, może zatem przybrać całkiem realny materialny wymiar. Czy ściąganie jest zatem zawsze wyłącznie prywatną sprawą każdego studenta i jego relatywnego poczucia sprawiedliwości, do którego ma prawo? W dyskusji wokół sprawy Kamila znamienne wydają się powracające jak refren zarzuty o konfidencji i stosowaniu przez chłopaka „SB-ckich metod”. Oprócz oczywistej nieznajomości używanych terminów – wszak zarówno bycie konfidentem, jak i agentem Służby Bezpieczeństwa zakłada działanie tajne i niejawne – w tej retoryce uderza także specyficzna wizja instytucji państwowych i solidarności społecznej. Instytucje państwowe, jak w tym wypadku SGH, są w tej logice narzędziami represji lub przynajmniej wyrazem skrajnej głupoty rządzących (powracające argumenty o tym, że na studiach istnieje mnóstwo idiotycznych przedmiotów, na których ściąganie jest w pełni uzasadnione). Społeczność studencka to grupa ciemiężonych, która, jeśli czuje taką potrzebę, ma prawo oszukiwać instytucję. Wyłania się stąd dość prosta wizja solidarności rozumianej z jednej strony jako opór, z drugiej zaś jako niewchodzenie sobie w drogę, będące nieraz w praktyce niemym przyzwoleniem na kombinowanie i oszukiwanie. Truizmem i zapewne uproszczeniem są stwierdzenia o postzaborowej czy też postpeerelowskiej mentalności Polaków, jednak tu zdają się pasować jak ulał. Jak zatem powinna wyglądać uczelniana zbiorowość? Czy solidarność, wynikająca z samego tylko faktu bycia studentem, jest ważniejsza od uczciwości? A może potrzebna jest redefinicja pojęcia solidarności studenckiej i oparcie jej na wspólnym dążeniu do wiedzy, intelektualnej stymulacji i tworzeniu środowiska sprzyjającego krytycznemu myśleniu i zadawaniu pytań? W jaki sposób promować uczciwość intelektualną? Czy foucaultowskie społeczeństwo – Panoptykon, w którym każdy kontroluje i jest kontrolowany – stanowi dobry model dla polskich uczelni? Czy może po stronie wykładowców leży stały nadzór i kontrola, by nie prowokować studentów do wzajemnej nieufności? A może model egzaminatora-strażnika też nie jest dobry i lepiej zastąpić testy odpowiedziami ustnymi i esejami, które sprawdzają umiejętność samodzielnego myślenia?

Edukacja wyższa nie jest obowiązkowa. Pobudki, które stoją za decyzją o pójściu na studia bywają różne, jednak zawsze jest to wybór dobrowolny. Wybór, który zobowiązuje. Wraz z tytułem magistra zyskuje się status osoby z wyższym wykształceniem, specjalisty w danej dziedzinie. Za tą nobilitacją powinna stać rzetelna wiedza, praca i wysiłek, a nie cwaniactwo i kombinowanie. Bardzo łatwo jest narzekać na szkolnictwo wyższe w Polsce, ale należy też pamiętać, że studenci nie są wyłącznie jego biernym przedmiotem, lecz aktywnym współtwórcą, mającym czynny udział w nadawaniu mu kierunku i kształtu. Może zatem, nie zapominając o konieczności zmian systemowych, warto zacząć od siebie i dostrzec, w jaki sposób postawy takie jak ściąganie przyczyniają się do dewaluacji edukacji wyższej?

  • Tomek

    Tak się składa, że sam pracuję (wykładam) w SGH. Nie znam wspomnianego Kamila, ani tej dziewczyny. Osobiście nie bardzo chcę wchodzić w nieco jednak jałowy spór o ściąganie, donoszenie itp. Sugeruję natomiast poważne rozważenie, czy źródło problemu nie leży (również) częściowo gdzie indziej. W naszych uczelniach (a przynajmniej w mojej macierzystej) relatywnie zbyt częstą formą sprawdzianu wiedzy i umiejętności jest egzamin (w semestrze jest ich całkiem sporo) i test, za mało natomiast zachęca się ludzi do pisania esejów, recenzji przeczytanej literatury, przygotowywania zespołowych (grupowych) projektów, odbywania różnego rodzaju debat (oxfordzkich, delibaratywnych, itp.)…Ponadto dużo rzadszą niż kiedyś formułą stał się egzamin ustny… Po prostu jestem zwolennikiem silniejszego “dowartościowania” innych form sprawdzania wiedzy, umiejętności, możliwości wykazania się… Nie zlikwiduje to oczywiście problemu ściągania (z czym niewątpliwie należy walczyć – żeby nie było wątpliwości), być może jednak wtedy będziemy widzieli to wszystko w bardziej sensownej perspektywie. Walka z problemem nadużyć jest dość trudna w warunkach wszechobecności smartfonów itp., wyjściem jest chyba również poszukiwanie nowatorskich form oceniania wiedzy i umiejętności.

  • AJ

    Też wykładam w SGH :-). Oczywiście zgadzam się, że zbyt mało stosujemy innych form sprawdzania wiedzy, chociaż trudno to robić, kiedy ma się 150 studentów na zajęciach… Eseje… No cóż, spróbowałam kiedyś i dostałam 100% plagiatów – tekstów przeklejonych z sieci… Problemem na SGH są nie tylko egzaminy, ale system jako taki oraz, co mnie smuci najbardziej, a co obserwuję coraz częściej – niechęć studentów do uczenia się, do bycia studentem. Coraz bardziej mam wrażenie, że studenci na SGH przychodzą nie po wiedzę, a po papier, który pozwoli im później bardzo szybko przedstawić go pracodawcy z żądaniem sporej pensji. Co niejako jest komentarzem do powyższego artykułu. Wybór studiów wyższych, to – owszem – wybór, ale nie zawsze tak ujęty, jak powyżej. Studenci nie pragną wiedzy, oni pragną dyplomu i dobrze płatnej pracy. A że niewiele umieją, to inna sprawa. I że nie są wykształceni, w sensie ogólnym, tj. pewnej kultury, zasad itp., to kolejna rzecz.
    Edukację wyższą zdecydowanie popsuł obłęd rankingów. Musimy mieć tyle to a tyle procent ludzi z wyższym wykształceniem. I mamy. Ale nie z wykształceniem, tylko z dyplomem tzw. uczelni wyższej. Co zdecydowanie nie jest tożsame. Nikt jakoś nie martwi się faktem, że ilość nie przechodzi w jakość. A szkoda. Bo potem mamy pretensje do, pożal się boże, fachowców w różnych instytucjach, co de facto fachowcami nie są. Bo nic nie umieją. Bo ich dyplom to tylko papier. Fikcja. Ale nie winię wyłącznie studentów. Za to, że ściągają, że nie chcą się uczyć. My, wykładowcy, pozwalamy im na to. Przekazujemy wiedzę w sposób mało interesujący. Nie kształcimy, tylko przekazujemy informacje. Często zbędne, bo w tej chwili nie jesteśmy już jedynym źródłem wiedzy. Chętni mogą znaleźć to wszystko w sieci, więc po co chodzić na zajęcia, po co się przemęczać? Ale też nie winię do końca wykładowców. Bo nikt nas przecież nie ocenia z dydaktyki, tylko z pracy naukowej. Po co się więc starać? Przygotowywać zajęcia? Bez wątpienia mamy do czynienia z dewaluacją edukacji wyższej. Tylko jak ten węzeł gordyjski rozplątać? Nie ma chyba prostych rozwiązań. Finlandia przeprowadziła reformę edukacji (niższej) i udało się. Ale Finowie są inni. W Polsce kombinowanie, załatwianie, ściemnianie to element stale obecny, w dodatku niebudzący wstydu, zakłopotania… wręcz przeciwnie. Błędne koło.

  • x

    Może problemem jest nieprzystosowanie obecnego systemu nauczania i ocen do dzisiejszych standardów?
    Egzaminy, w których należy wykazać się określoną wiedzą, są oderwane od wyzwań przed jakimi będą stawać ci ludzie. Wysoka dostępność informacji powoduje, że dużo bardziej ceniona staje się umiejętność wybierania z nich (w zadany sposób) najlepszych i syntezy.

    Nie twierdzę, że wiedza nie jest potrzebna! To ona czyni eksperta, ale kształćmy umysły, które będą potrafiły korzystać z zasobów!

  • https://www.researchgate.net/profile/WOJCIECH_BORKOWSKI wborkowski

    “Absurdalna jest sytuacja, w której większe sankcje społeczne spotykają osobę łamiącą zmowę milczenia niż tę faktycznie winną.” – ale nie dotyczy tylko ściągania i nie tylko Polski. To tzw. “problem sygnalistów” (http://www.polskieradio.pl/9/302/Artykul/1353654,Sygnalista-wzorowy-pracownik-czy-donosiciel-)