dwutygodnik internetowy
06.05.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Sen sprawiedliwego

Zdążyliśmy przyzwyczaić się do faktu, że przydatność zakładów penitencjarnych w zwalczaniu przyczyn przestępczości jest znikoma. Mimo to – co i rusz wynosimy do władzy polityków głoszących hasła w rodzaju „zero tolerancji”, którzy obiecują uczynić nasze ulice bezpieczniejszymi poprzez wymiecenie elementu przestępczego „tam, gdzie jego miejsce”. W jakim celu to robimy?

Tekst pochodzi z numeru „Resocjalizacja” („Kontakt”, 18/2011).

Zdążyliśmy przyzwyczaić się do faktu, że przydatność zakładów penitencjarnych w zwalczaniu przyczyn przestępczości jest znikoma. Mimo to – co i rusz wynosimy do władzy polityków głoszących hasła w rodzaju „zero tolerancji”, którzy obiecują uczynić nasze ulice bezpieczniejszymi poprzez wymiecenie elementu przestępczego „tam, gdzie jego miejsce”. W jakim celu to robimy?

Ilustracje: Hanka Mazurkiewicz

 

Kiedy Kain zabił Abla, tacy jak ty myśleli, że wystarczy zabić Kaina i nadal będzie na świecie porządek, będzie można spać spokojnie, rozwijać swoje naukowe teorie i budować statki z papieru albo ze stali. O głupi, zaślepieńcy, pyszałcy i nauczyciele głupich. Krew Abla jest nie do zmycia. Wprowadziliście instytucję kary za winy po to, żeby przywracać sobie spokój. Żeby mieć poczucie, że rzeczywistość jest doskonała. Tymczasem rzeczywistości nie można naprawić. Nikt tego nie może, ani ty, ani ja.

Andrzej Grzegorczyk, Zagrożenie istnienia

 

Po amnestii roku ‘89 w polskich więzieniach i aresztach śledczych przebywało około 40 tysięcy osób. W roku ‘98 były to już 54 tysiące. Tylko w ciągu trzech kolejnych lat zwiększyliśmy tę liczbę o połowę, wpisując się w światowy trend zaludniania zakładów karnych po granice ich pojemności. Efekt jest taki, że penitencjarna Polska liczy dziś tylu mieszkańców co sporej wielkości miasto.

 

Bomba zegarowa

Aby dowiedzieć się czegoś więcej o ludziach osadzonych w naszych zakładach karnych, nie należy ograniczać się do lektury statystyk Służby Więziennej. Warto sięgnąć np. po raport Skazani i byli skazani na rynku pracy, przygotowany kilka lat temu przez kryminolożkę Dagmarę Woźniakowską. Można w nim przeczytać, że przeciętny polski więzień jest słabo wykształcony i brak mu adekwatnego doświadczenia zawodowego. Wykazuje on niedostatki w zakresie podstawowych kompetencji społecznych, nie jest przygotowany do rozwiązywania osobistych problemów, nie radzi sobie z negatywnymi emocjami i agresją, z dużym prawdopodobieństwem uzależniony jest od alkoholu lub narkotyków. Znaczna część więźniów pochodzi z dysfunkcyjnych rodzin, z pokolenia na pokolenie bezrobotnych, brnących przez życie dzięki umiejętnemu wykorzystywaniu systemu pomocy socjalnej. Trafiając do więzienia, pozbawiają oni minimum egzystencji swoich najbliższych, których są głównymi żywicielami, wychodząc zaś na wolność – nierzadko nie mają już dokąd wracać. To przede wszystkim takich ludzi wsadzamy za kraty, nie zaś złoczyńców w białych rękawiczkach, odpowiedzialnych za najbardziej szkodliwe społecznie przestępstwa korporacyjne. Obraz ten jest taki sam w każdym podobnym kraju na świecie – pisze Jim Consedine, jeden z twórców idei sprawiedliwości naprawczej. – To biedni, bezdomni, słabi, chorzy i uzależnieni zapełniają nasze więzienia.

To jednak nie koniec. Surowa polityka karna nie tylko nie stanowi alternatywy dla polityki społecznej, ale i prowadzi do pogłębienia problemów, z którymi ta ostatnia próbuje się mierzyć. Więzienia brutalizują ludzi, dewastują relacje, są miejscem rekrutacji do grup przestępczych – wylicza Consedine. Ponadto, przy całej swojej kosztowności (roczne utrzymanie jednego skazańca kosztuje polskiego podatnika blisko 30 tysięcy złotych), kara pozbawienia wolności jest nie tyle nawet mało efektywna, ile wręcz przeciwskuteczna. W większości krajów mamy do czynienia z recydywą na poziomie 60 do 80 procent w czasie dwóch pierwszych lat po zakończeniu jej odbywania. Sprawcami największych zbrodni – pisze Consedine – są dawni więźniowie. Więzienie zrobiło dla nich tylko tyle, że umocniło ich postawę, uczyniło bardziej zgorzkniałymi, nastawiło emocjonalnie i socjalnie do popełnienia okropnych aktów przemocy. Po opuszczeniu więzienia stali się chodzącymi bombami zegarowymi. Consedine’owi wtóruje norweski kryminolog Nils Christie: Jeśli miałbym władzę, jaką ma dyktator, i jeśli miałbym zachciankę, by stworzyć warunki do promowania przestępczości, to ukształtowałbym nasze społeczeństwa w sposób bardzo zbliżony do tego, jaki istnieje w wielu współczesnych państwach.

Zdążyliśmy przyzwyczaić się do faktu, że przydatność zakładów penitencjarnych w zwalczaniu przyczyn przestępczości jest znikoma. Mimo to – wciąż masowo ograniczamy wolność sprawców zachowań antyspołecznych bądź ich tej wolności pozbawiamy. W nieskończoność przetrzymujemy ludzi w aresztach śledczych. Wynosimy do władzy polityków głoszących hasła w rodzaju „zero tolerancji”, którzy obiecują uczynić nasze ulice bezpieczniejszymi poprzez wymiecenie elementu przestępczego „tam, gdzie jego miejsce”. Pozwólmy więc zadać sobie cokolwiek bezczelne pytanie: w jakim celu to wszystko robimy?

 

Urodzeni przestępcy

Najbardziej chyba intuicyjną funkcją kary kryminalnej jest prewencja, w jej aspekcie zarówno indywidualnym, jak i generalnym. Karzemy więc po to, aby odstraszyć sprawcę od popełnienia kolejnego przestępstwa bądź wręcz uniemożliwić mu jego popełnienie oraz aby zawczasu zniechęcić potencjalnych sprawców przestępstw przyszłych. Wydaje się to dość oczywiste. Niesłusznie.

Podstawowy zarzut przeciwko obraniu prewencji indywidualnej za fundament polityki karnej ma charakter moralny. Izolowanie człowieka z tego tylko powodu, że z dużym nawet prawdopodobieństwem może on kiedyś popełnić kolejne przestępstwo, budzi zrozumiały opór. Taka praktyka przeniosłaby nas bowiem w epokę Cesare Lombroso – psychiatry, który jako pierwszy na serio zajął się tym, co dziś nazwalibyśmy „prognozą kryminologiczną”. Twierdził on, że przestępcza skłonność nie jest wpisana w naturę ludzką ani nie wynika z wpływów środowiska, lecz że istnieją jednostki szczególnie predysponowane do występku, które rozpoznać można po określonych cechach fizycznych.

 

O ile Lombrosowska antropometria nie przetrwała próby czasu, o tyle zapoczątkowany przez włoskiego psychiatrę sposób myślenia o sprawcy przestępstwa co jakiś czas wypływa na wierzch we współczesnej kryminologii. Wyraża się on w uzależnianiu wymiaru kary bądź zgody na warunkowe zwolnienie skazanego od oceny jego kryminalnych skłonności. Skłonności tych nie prognozuje się jednak indywidualnie, lecz w oparciu o dane wyselekcjonowane na podstawie żmudnych badań statystycznych: przeszłość kryminalną więźnia, jego kolor skóry, wiek, wykształcenie, typ zatrudnienia czy status rodzinny. Człowiek, który otrzyma określoną liczbę punktów w opracowanej wcześniej skali, bezwarunkowo zostaje poddany izolacji. Skala ta jest więc narzędziem służącym do rozwiewania wszelkich moralnych wątpliwości związanych z decydowaniem o losie bliźniego.

System taki działa w amerykańskim stanie Wirginia, o czym kilka lat temu pisał na łamach „Polityki” Adam Leszczyński. Jeśli sprawca popełnionego tam przestępstwa ma nieszczęście być młodym mężczyzną, bezrobotnym i nieposiadającym wykształcenia, ponadto zaś wielokrotnie karanym za kradzieże i narkotyki, to otrzyma maksymalną liczbę 71 punktów w skali zagrożenia recydywą. Wystarczy jednak, by dostał ich 38, by móc w zasadzie zapomnieć o wyroku w zawieszeniu. Znaczy to, że może on trafić do więzienia raczej ze względu na swoje społeczne pochodzenie niż na swoją kryminalną przeszłość. Zauważmy bowiem, że związek pomiędzy brakiem wykształcenia i zatrudnienia a skłonnością do popełniania przestępstw ma charakter czysto statystyczny. „Człowiek z marginesu” pójdzie więc w Wirginii siedzieć znacznie prędzej niż „biały kołnierzyk”. Raz zaś trafiwszy za kraty, zapewne prędzej czy później tam wróci. W ten oto sposób „wzór na recydywę” staje się metodą jej uzyskiwania. Samospełniającą się przepowiednią.

 

Do trzech razy sztuka

Pomijając już zmienną trafność, z jaką umiemy prognozować skłonność do popełniania przestępstw, warto zwrócić uwagę na moralną problematyczność posługiwania się Lombrosowskimi typologiami sprawców. Po pierwsze, bazują one na deterministycznej wizji człowieka. Nie biorą pod uwagę faktu, że, wbrew statystykom, w pewnym momencie może on chcieć zmienić swoje życie, a następnie swój zamiar zrealizować. Po drugie, prowadzą do karania tego człowieka za zło, którego faktycznie on nie popełnił. Taka kara nie jest już w zasadzie karą, lecz okrutnym środkiem zabezpieczającym. Po trzecie, typologie sprawców zakładają odmienne traktowanie różnych grup obywateli, łamiąc tym samym zasadę ich równości wobec prawa. Po czwarte wreszcie, ignorują one współodpowiedzialność, jaką za recydywę ponosi społeczeństwo, nieodmiennie stygmatyzujące ludzi wychodzących na wolność.

Jeszcze słabiej prezentuje się na tym tle generalno-prewencyjny aspekt kary, który nie tylko rodzi wątpliwości natury moralnej, ale i oparty jest na fałszywych przesłankach. Tak pisze o nim Jim Consedine: Jednym z najczęstszych frazesów, wygłaszanych przez orzekających sędziów, jest opinia, że wydany wyrok będzie odstraszał innych przestępców. Każdy, kto pracuje z przestępcami, dobrze wie, że to tylko mit. Jest to koncepcja wysunięta przez wykształconych ludzi z klasy średniej i odnosząca się do nich samych. Założenie, że sprawcy najcięższych przestępstw kierują się racjonalnością podobną do naszej, jest zupełnie arbitralne i nie znajduje potwierdzenia w praktyce. Ludzka wyobraźnia oswaja się z myślą o karze. Surowość kar nie ma żadnego długofalowego przełożenia na statystyki kryminalne. Przełożenie takie ma natomiast ich nieuchronność, a nade wszystko – rozsądna polityka społeczna władz. Władza państwowa, która jest słaba, będzie bardzo silnie bazować na prawie karnym, ponieważ nie ma niczego innego do zaproponowania społeczeństwu – twierdzi Monika Płatek, karnistka z Uniwersytetu Warszawskiego. – Władza, która nastawia się na silne karanie, zwłaszcza poprzez manipulowanie i grzebanie w kodeksie karnym, wyraźnie daje społeczeństwu informację: „jestem władzą niesprawną i mało wydolną”.

To jednak nie koniec zastrzeżeń podnoszonych w związku z prewencją generalną. Warto bowiem zauważyć, że jeśli na oku mamy przede wszystkim redukcję liczby przestępstw, to istnieje spore ryzyko, że przestaniemy dostrzegać konkretnego człowieka, którego przychodzi nam sądzić. Może się on wówczas stać pionkiem w wielkiej grze, jaką wymiar sprawiedliwości prowadzi z kryminalnymi statystykami. Wspomnijmy tu o obowiązującym w licznych stanach Ameryki prawie three strikes and you’re out. Myśl, która za nim stoi, jest prosta: sprawca trzeciego z kolei przestępstwa z użyciem przemocy automatycznie karany jest dożywociem, z możliwością przedterminowego zwolnienia nie wcześniej niż po 25 latach. Na tej zasadzie znaczną część życia spędzą w więzieniu Leandro Andrade, skazany w 1995 za kradzież dziewięciu kaset video, i Gary Ewing, któremu pięć lat później udowodniono zawłaszczenie kompletu kijów do golfa. To właśnie w prawie three strikes, którego nazwa wywodzi się z terminologii baseballowej, swoją daleko posuniętą, lecz w gruncie rzeczy naturalną konsekwencję znajduje hasło „zero tolerancji”, tak dobrze znane nam z codziennych gazet.

 

Nic nie działa

W roku 1974 światło dzienne ujrzał słynny raport amerykańskiego kryminologa Roberta Martinsona, zatytułowany What Works? Questions and Answers about Prison Reform. Opierając się na drobiazgowej analizie ponad dwustu prowadzonych w Stanach Zjednoczonych programów resocjalizacyjnych, na zadane w tytule pytanie Martinson odpowiedział: nothing works. Publikacja raportu wyznaczyła zwrotny moment w historii amerykańskich i europejskich poglądów na karę. Trwająca od początku lat sześćdziesiątych euforia resocjalizacyjna, związana z realizowaniem przez Zachód idei państwa opiekuńczego, ustąpiła doktrynie twardego retrybutywizmu. W miejsce kary utożsamionej w zasadzie z terapią skazanego przyjęto zasadę „po prostu odpłata” – just desert. Istotą tak pojętej kary jest przymus, a – jak zauważa Wojciech Zalewski, prawnik z Uniwersytetu Gdańskiego – przymusem leczyć i wychowywać nie można.

Przestawienie wymiaru sprawiedliwości na retrybutywny model karania skutkowało dążeniem przez sąd do przywrócenia poprzedzającej przestępstwo równowagi obciążeń i korzyści. Sprawcę przestępstwa, który w nielegalny sposób wszedł w posiadanie nadmiernych korzyści, należało obciążyć w taki sposób, aby rachunek zysków i strat się zgadzał. Temu właśnie, według Martinsona, służyć powinna kara. Zasadniczym jej celem nie jest ani prewencja, ani resocjalizacja, obydwie zaś są dopuszczalne w takim tylko zakresie, w jakim da się je pogodzić z zasadą sprawiedliwej odpłaty. „Sprawiedliwej”, a więc uwzględniającej środki najbardziej skuteczne, najmniej uciążliwe i dające się uzasadnić koniecznością ochrony większego dobra.

To właśnie doktryna retrybutywizmu nadawała ton polskiej polityce karnej w ostatnich latach, ze szczególnym uwzględnieniem czasów, w których resortem sprawiedliwości kierował Zbigniew Ziobro. Kilka lat wcześniej jeden z jego poprzedników, Lech Kaczyński, w wypowiedzi radiowej oświadczył, że nawet gdyby uzyskał niezbite dowody na to, że surowa represja karna jest nieefektywna w zwalczaniu przestępczości, to i tak by się za nią opowiadał, bo tego wymaga zadośćuczynienie elementarnemu poczuciu społecznej sprawiedliwości. Instynkt retrybucji jest częścią natury człowieka, toteż ujęcie tego instynktu w administracyjne ramy kryminalnej sprawiedliwości służy wspieraniu stabilnego społeczeństwa rządzonego przez prawo – dodaje jeden z amerykańskich sędziów. Tu jednak zaczynają się schody.

 

Zemsta w majestacie prawa

Dziesięć lat temu kryminolog Krzysztof Krajewski przekonywał, że w którym kraju nie postawić by pytania o to, czy realizowana w nim polityka karna jest wystarczająco twarda, wszędzie otrzyma się odpowiedź przeczącą – nawet w słynącej z niezwykle represyjnych sądów Rosji i w Stanach Zjednoczonych. W ciągu 25 lat Amerykanie zwiększyli liczbę więźniów o 700 procent, co nie przeszkodziło im w żądaniu dalszego jej podwojenia w roku 1994. Efekt jest taki, że dwa lata temu jeden na 43 obywateli USA podlegał jakiejś formie nadzoru. W sumie ponad siedem milionów ludzi. Nie wygląda więc na to, by najbardziej nawet restrykcyjna polityka karna była w stanie uczynić zadość społecznej potrzebie rewanżu na przestępcy. Potrzeby tej nie wolno, rzecz jasna, lekceważyć, niemniej rozsądniejszym niż bezrefleksyjne jej zaspokajanie wydaje się podjęcie próby jej modelowania.

O tym, że takie modelowanie jest rzeczywiście możliwe, świadczy choćby porównanie dominujących reakcji, z jakimi w różnych krajach spotkała się lipcowa masakra na norweskiej wyspie Utøya. Podczas gdy samym Norwegom, niewątpliwie wstrząśniętym tragedią, kwestionowanie obowiązującego prawa ze względu na poziom społecznych emocji po prostu nie mieściło się w głowach, po drugiej stronie Bałtyku, w katolickiej Polsce, zawrzało. W poczytnych gazetach i na popularnych forach internetowych kolejne głosy przyłączały się do chóru wołającego o przywrócenie kary śmierci. Komentatorzy nie kryli oburzenia faktem, że zbrodniarz Breivik przesiedzi co najwyżej 21 lat, na dodatek w więzieniu o niezbyt ostrym jak na nasze standardy rygorze. Paweł Lisicki, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”, wzruszał się tymi wypowiedziami jako wyrazem „tęsknoty za sprawiedliwością”. Nie przyszło mu jednak do głowy, że w przeszłości owa tęsknota znajdowała swój wyraz np. w domaganiu się, by przed pozbawieniem przestępcy życia poddać go najbardziej wymyślnym torturom. Fakt, że dzisiaj dla większości z nas jest to nie do pomyślenia, świadczy o tym, że ubóstwione przez Lisickiego poczucie sprawiedliwości ewoluuje. Owoce tej ewolucji zbiera dziś Norwegia, w której politycy są mniej skłonni do mylenia polityki karnej ze społeczną.

Krytycy retrybutywnej koncepcji kary kryminalnej wytykają jej bezcelowość i nieludzkość, ją samą określając mianem „zinstytucjonalizowanej zemsty”. To nieprawda, że kara wieloletniego pozbawienia wolności, w przeciwieństwie do kary śmierci, jest zabiegiem humanitarnym. Zamknięcie dorosłego człowieka w ciasnej celi na 22 godziny dziennie, przez całe miesiące lub nawet lata, powinno być dla każdej myślącej osoby czymś odrażającym – pisze Consendine. Nic dziwnego – twierdzi on – że w takich warunkach szlag trafia wszelkie pozytywne rezultaty programów resocjalizacyjnych. Więzienie nie może jednocześnie karać i rehabilitować. Co do skuteczności wspomnianych programów, którą – jak pamiętamy – kwestionował Martinson, to mało kto skłonny jest dziś podtrzymywać jego radykalnie sceptyczne stanowisko. Konstytucjonalista Wiktor Osiatyński twierdzi, że zastrzeżenia amerykańskiego kryminologa są nieaktualne, ponieważ współczesna resocjalizacja opiera się na kompletnie innych założeniach niż inżynieria lat sześćdziesiątych. Dziś nie kwestionuje się już ludzkiej wolności, przeciwnie, akcentuje się osobistą odpowiedzialność więźnia, który musi wyrazić autentyczną chęć współpracy ze swoim terapeutą. Krytykowany przez Martinsona, przesadny wzgląd na społeczno-ekonomiczne uwarunkowania przestępnego czynu zszedł natomiast na dalszy plan. Tylko czy aby nie za daleki?

 

Skradziony konflikt

Jim Consendine twierdzi, że ludzką historię da się przedstawić jako polemikę pomiędzy dwoma modelami sprawiedliwości: państwowym i społecznym. Sprawiedliwość państwowa to sprawiedliwość narzucona odgórnie, karząca, hierarchiczna. Sprawiedliwość społeczna to sprawiedliwość negocjowana, naprawcza. Nie trzeba dodawać, że pierwszeństwo przyznaje Consendine tej ostatniej. Odwrót od niej rozpoczął się dopiero w czasach monarchii absolutnych, które zdefiniowały przestępstwo jako wystąpienie przeciwko abstrakcyjnemu porządkowi prawnemu. Możemy tu wręcz mówić o swoistej „kradzieży konfliktu”, dawniej będącego problemem nie tyle państwa, ile lokalnej społeczności, której jeden członek wyrządził krzywdę drugiemu. Retrybutywizm, strojący państwo w szaty faktycznej ofiary przestępstwa, jest stosunkowo późnym wynalazkiem cywilizacji Zachodu.

Jeszcze dalej w swoich poglądach posuwa się Nils Christie. Twierdzi on, że przestępstwo jako takie nie istnieje, lecz jest wytworem systemu prawnego obowiązującego w danym państwie. Czyny – z potencjałem bycia postrzeganymi jako przestępstwa – są jak niewyczerpane bogactwo naturalne – twierdzi Christie. – Możemy je wykorzystywać jako przestępstwo oszczędnie lub szczodrze. Problem polega na tym, że współcześnie wykorzystujemy je zbyt szczodrze. Jeśli znam swoich sąsiadów i mam jakieś środowisko ludzi mi bliskich, wówczas nie stanowi dla mnie większego problemu, że jacyś młodzi ludzie niestosownie się zachowują na mojej klatce – pisze norweski kryminolog. – Mogę zadzwonić do kogoś, kto ich zna, albo poprosić atletycznego sąsiada z piętra wyżej, lub – może nawet lepiej – mogę poprosić o pomoc maleńką panią, o której wiem, że doskonale potrafi rozwiązywać lokalne konflikty. Pozbawiony takiego środowiska, za to posiadając w głowie wszystkie te informacje o wzroście przestępczości, zamknąłbym drzwi i wezwał policję. Tym samym stworzyłbym warunki zarówno dla szerzenia niechcianych zachowań, jak i dla nazywania tych zachowań „przestępstwem”.

Przestępstwo, odarte ze znaczenia nadanego mu przez prawo, jest konfliktem angażującym sprawcę, ofiarę oraz lokalną społeczność. Zło, które się wydarzyło, polega przede wszystkim na zniszczeniu relacji międzyludzkich. Głównym celem procedury mediacyjnej jest więc odbudowanie tych relacji, nawiązanie zerwanej nici zaufania. By było to możliwe, sprawca musi spotkać swoją ofiarę i zrozumieć jej racje, a następnie wziąć odpowiedzialność za swój czyn i wyrazić gotowość do naprawienia wyrządzonej krzywdy. Tylko na tym gruncie możliwe będzie dla niego uzyskanie przebaczenia. Przebaczenie jest jednak jeszcze bardziej potrzebne ofierze, ponieważ dzięki niemu odzyskuje ona utracone poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad własnym życiem. Przedstawiciele społeczności lokalnej są zaś nie tylko gwarantami, ale i uczestnikami procesu pojednania. Wspólnota ma swój udział w odpowiedzialności za zaistniały konflikt i za pomyślne jego rozwiązanie. Przypomnijmy dramatyczne pytanie zadane przez arcybiskupa Desmonda Tutu, przewodniczącego południowoafrykańskiej Komisji Prawdy i Pojednania: Ileż przestępstw zostało popełnionych przez ludzi, którzy sami byli ofiarami fundamentalnej niesprawiedliwości? Albo przez takich, których podstawowe ludzkie prawa nigdy nie były szanowane? Na gruncie idei sprawiedliwości naprawczej społeczność lokalna ponosi współodpowiedzialność za zło, którego w przeszłości doświadczył sam sprawca. Zło nie bierze się wszak znikąd.

 

Smuga cienia

Sprawiedliwość naprawcza nie jest utopią, o czym świadczą udane próby stosowania jej w licznych miejscach na Ziemi. Nie stanowi ona jednak również alternatywy dla pozostałych funkcji kary kryminalnej. Może się przecież zdarzyć, że po którejś ze stron konfliktu zabraknie woli pojednania. W takiej sytuacji ofiara musi móc liczyć na to, że z pomocą przyjdzie jej państwo. Nie powinno ono jednak nadmiernie spieszyć się z akcją ratunkową, ponieważ bardzo często zaistniałą krzywdę da się naprawić bez jego udziału. Nawiasem mówiąc, „przejęcie” konfliktu przez państwo często ma niewiele wspólnego z faktycznym naprawieniem owej krzywdy.

Wspólnym mianownikiem resocjalizacji i retrybucji jest skupienie uwagi na osobie sprawcy przestępstwa. W obydwu przypadkach ofiara pozostaje w cieniu. Ktoś powie na to, że przecież może się ona włączyć w postępowanie karne w charakterze oskarżyciela posiłkowego. Nie sposób zaprzeczyć. Problem polega jednak na tym, że wejście przez uczestników konfliktu w z góry przewidziane dla nich role procesowe nie sprzyja ich pojednaniu. Jak zauważa Consendine, w ramach wyznaczonych przez struktury społeczne i oficjalne prawo, przeprosiny i żal nie mogą spotkać się z litością, przebaczeniem i pojednaniem. Zamiast tego, od pierwszego dnia poszkodowani i ich rodziny odcięci są od toczącego się postępowania, a podejrzani, często w izolacji, czekają na sprawiedliwą odpłatę, przeżywając strach i niepewność. Potrzeby ofiar są ignorowane, liczy się kara. Przyjęcie modelu naprawczego pozwala nam odwrócić te priorytety.

 

Tym, co najbardziej chyba drażni w założeniach retrybucji, jest przekonanie, że ludzie dzielą się na „czystych” i „skalanych”. Sprawiedliwa odpłata, jaką państwo wymierza człowiekowi „skalanemu” przestępstwem, wprowadza go na drogę „oczyszczenia”. Wychodząc z więzienia po odbyciu kary, jest on znowu tak samo „czysty”, jak w dniu swoich narodzin. [Retrybutywna] kara ma w najgłębszym sensie charakter uwalniający – twierdzi Filip Ciepły, karnista z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. To nieprawda. Zarówno sprawcę przestępstwa, jak i jego ofiarę uwolnić może tylko przebaczenie. Pozbawiona przebaczenia kara nie znosi ani poczucia winy, ani pamięci o krzywdzie.

Teoretycy sprawiedliwości naprawczej przeciwstawiają czarno-białemu światu retrybutywistów świat nieco bardziej skomplikowany i, co za tym idzie, trudniejszy do zaakceptowania. Przestępczość jest problemem nas wszystkich – pisze arcybiskup Tutu. – Stanowi odbicie niezdolności ludzi do uczciwego i sprawiedliwego postępowania w stosunku do bliźnich. Wiąże się z ciemną stroną natury ludzkiej, gdyż chciwość, gwałt i niesprawiedliwość kryją się w każdym z nas. W każdym. W tobie, we mnie i w 80 tysiącach więźniów polskich zakładów karnych. Fakt, że my jesteśmy po tej, oni zaś po tamtej stronie muru, jest bardziej przypadkowy niż chcielibyśmy sądzić. Granica pomiędzy dobrem a złem nie przebiega wszak wzdłuż tego muru, lecz w poprzek naszych sumień. Dopóki ten świat będzie naszym światem, dopóty będzie się w nim tlić możliwość zła. Pytanie, czy nauczymy się znosić tę możliwość w sposób solidarny, czy też rozpaczliwie uchwycimy się przekonania, że wystarczy zabić Kaina i nadal będzie na świecie porządek. Nawet wówczas nie powinniśmy jednak liczyć na to, że zmorzy nas kiedyś sen sprawiedliwego.

 

Przeczytaj inne teksty Autora.