dwutygodnik internetowy
19.03.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Sen o Kościele ubogim

Kościół ubogi jest Kościołem skromnym i w swojej skromności stanowczym. Konsekwentnie wyrzeka się ziemskich przywilejów, nawet jeśli możni tego świata oferują mu je na wyścigi. Próbuje sam siebie ograniczać, pamiętając o tym, że – jak każdemu dziełu współtworzonemu przez człowieka – zagraża mu pycha. Nie ulega pokusie skorzystania ze sprzyjającej koniunktury politycznej, ponieważ nie rozpatruje swojej misji w politycznych kategoriach. Nie próbuje konkurować o strefy wpływów ze świeckim państwem; obcy jest mu triumfalizm, bliskie natomiast – duchowe ubóstwo, o którym w Kazaniu na Górze mówił Chrystus.

ilustr. Kuba Mazurkiewicz

 

Liczni przedstawiciele polskiego Kościoła zwykli wypowiadać się o nim w tonie uspokajającym, zamiast poważnych zaniedbań zarzucając mu co najwyżej nieliczne uchybienia. Mało który spośród nas, katolików, potrafi zrozumieć, że najbardziej gorzkie słowa wypływają nie z nienawiści, lecz z zawiedzionej nadziei; że najbardziej wartościową krytyką jest nasza – członków Kościoła – samokrytyka, wypowiadana w imię jakichś o tym Kościele marzeń. Rolą zaś marzeń nie jest stać się rzeczywistością, lecz rzeczywistość inspirować i wyznaczać kierunki jej przemian.

 

***

W rozmowach, które z księdzem Janem Zieją, duszpasterzem, działaczem społecznym i współzałożycielem KOR-u, prowadził Jacek Moskwa, pojawił się wątek dwóch Królestw: Królestwa Niebieskiego, ku któremu wszyscy zmierzamy, oraz Królestwa Bożego, które mamy za zadanie realizować już tutaj, na ziemi. Spostrzegłszy, że rozróżnienie to wprawiło dziennikarza w konsternację, ksiądz Jan wytłumaczył:

My jesteśmy państwem w tym państwie – jak to pierwsi pisarze kościelni mówili – „duszą”, a ono jest zewnętrznym ciałem. Powinno tak być. Tymczasem przestaliśmy być duszą, tylko urządziliśmy się w Kościele i w państwie.

Kościół ubogi jest Kościołem skromnym i w swojej skromności stanowczym. Konsekwentnie wyrzeka się ziemskich przywilejów, nawet jeśli możni tego świata oferują mu je na wyścigi. Próbuje sam siebie ograniczać, pamiętając o tym, że – jak każdemu dziełu współtworzonemu przez człowieka – zagraża mu pycha. Nie ulega pokusie skorzystania ze sprzyjającej koniunktury politycznej, ponieważ nie rozpatruje swojej misji w politycznych kategoriach. Nie próbuje konkurować o strefy wpływów ze świeckim państwem; obcy jest mu triumfalizm, bliskie natomiast – duchowe ubóstwo, o którym w Kazaniu na Górze mówił Chrystus.

Daleko jest do tego ideału nam i naszemu Kościołowi, wykazującemu nadmierną aktywność w ciągłej pogoni za powiększaniem swojego stanu posiadania. Wielu duchownych i świeckich jego rzeczników każdą niemal próbę odebrania Kościołowi któregoś ze zdobytych „przyczółków” – katechezy w szkołach, preferencyjnych zasad rewindykacji majątkowych czy prawnego sankcjonowania katolickiej nauki moralnej – traktuje tak, jak gdyby był to zamach na samego Boga. Tymczasem Kościół nie jest Bogiem, lecz na Boga tylko powinien wskazywać.

 

***

Rozpoczynając swoją posługę w Łohiszynie na Polesiu, ksiądz Zieja zastał miasteczko zdominowane przez baptystów. Jako że w owym czasie protestanci sięgali po Ewangelię znacznie częściej niż katolicy, spragnieni życia religijnego ludzie przystępowali do nich, nie zważając na groźby miejscowego proboszcza. Ksiądz Jan zachował się w tej sytuacji zgoła inaczej niż jego poprzednik: sam powrócił do Słowa. Na pytanie, czy baptyści nie odnosili się do niego z tego powodu wrogo, odrzekł:

Nie. Oni szanowali mnie także, bo ja ciągle mówiłem o Ewangelii. Tylko to. Nigdy nie gromiłem ich, nawet pochwaliłem, że kochają Ewangelię, więc są ludzie dobrzy, tylko nie zawsze ją dobrze rozumieją, bo do tego trzeba mieć i wiedzę.

Kościół ubogi jest Kościołem nieobawiającym się zaufać ludziom i próbującym uczciwie przekonać ich do przyjęcia Ewangelii. Gdy ponosi porażkę, nie feruje na ślepo oskarżeń o złą wolę, lecz szuka innego sposobu dotarcia do człowieka, opartego na głębszym jego zrozumieniu. Nie wybiera drogi na skróty, poprzez prawodawstwo, ponieważ zależy mu na wychowaniu sumienia uformowanego przez miłość, nie zaś zniewolonego lękiem przed karą. Pragnie wychowywać ludzką wolność przez przypominanie o wiążącej się z nią odpowiedzialności, nie zaś znosić ją przez wymaganie bezwzględnego podporządkowania się swojemu nauczaniu. W sytuacji konfliktu pomiędzy nauczaniem Kościoła a formowanym sumieniem pierwszeństwo należy bowiem przyznać temu ostatniemu.

Niestety, polityczne sukcesy polskiego Kościoła zdają się satysfakcjonować znaczną część jego pasterzy – jak gdyby sama obecność katechezy w szkole gwarantowała wysoki jej poziom, a obowiązujące prawo aborcyjne świadczyło o moralnej wrażliwości Polaków. Wielu spośród księży i biskupów skupiło się na zabezpieczaniu instytucjonalnych wpływów Kościoła, a zaniedbało formację sumień swoich wiernych, o którą ci ostatni niewystarczająco sami potrafią zresztą zabiegać. Na drugi plan zeszło coś bardzo istotnego: sposób, w jaki motywuje swoje postępowanie pojedynczy człowiek. Warto podjąć ryzyko zaufania mu, nawet jeśli miałoby to oznaczać, że na jakiś czas przerzedzą się szeregi ludzi uczestniczących w niedzielnej mszy, ponieważ ci, którzy zostaną, zostaną z autentycznej potrzeby, nie zaś z przyzwyczajenia lub ze strachu. Kościół silny wcale nie musi być Kościołem tłumnie zapełnionym.

 

***

Kres misyjnej działalności księdza Ziei na Polesiu położył wybuch drugiej wojny światowej. Służąc już w wojsku jako kapelan, usłyszał od białoruskiego nauczyciela, że gdyby spędził na Kresach kilka lat więcej, to całe Polesie stałoby się katolickie. Na pytanie, czy faktycznie uważa to za możliwe, odpowiedział:

Nie próbując żadnego nawracania, tylko służąc, obcując, pomagając.

Kościół ubogi jest Kościołem świadectwa. Ludzie do niego należący podejmują wysiłek świadczenia o treści swojej wiary przykładem własnego życia. Nie bez oporów przyznają się do swoich niedoskonałości i nie bez oporów unikają wytykania niedoskonałości innym. Rozumieją, że jedyną misją, jaką świat zdolny jest przyjąć, jest współobecność. Z innymi ludźmi solidarnie dzielą problemy, jakie ten świat przed człowiekiem stawia, próbując wypracować rozwiązania najbardziej chrześcijańskie z ducha, nie zaś tylko z nazwy.

Żyjemy w świecie skomplikowanym i dynamicznym, w którym niełatwo jest przekuwać swoje chrześcijaństwo w postawę społecznego zaangażowania, z wiary wyprowadzać odpowiedzi na problemy współczesności. Jest to wyzwanie dla nas wszystkich, także dla naszych pasterzy. Niestety, odczytywane zamiast kazań listy pasterskie szokują nieraz nieporadnością języka i jego nieprzystawalnością do sposobu, w jaki opisuje swoje życie przeciętny człowiek. Ich tematyka, podporządkowana zagadnieniom patriotyzmu, rodziny i etyki seksualnej, szerokim łukiem omija zazwyczaj najbardziej palące problemy społeczne: biedę, bezrobocie, imigrację, nierówności w dostępie do edukacji i kultury. Kościół, zajęty wojną o antykoncepcję i in vitro, nie proponuje żadnej zrozumiałej odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, które codziennie stawiają sobie jego wierni. Ze światopoglądu katolickiego nie wypływa w Polsce na szerszą skalę żadna postawa społeczna, chyba że za taką można uznać powszechną niechęć do liberalizmu – co by się pod tym hasłem nie kryło. Z nadzieją czekamy na publikację przyjętego niedawno przez Episkopat dokumentu społecznego. Nasza niecierpliwość jest tym większa, że będzie to pierwszy tego typu dokument od dwunastu lat.

 

***

Gdy jeszcze przed wybuchem wojny ksiądz Zieja zapragnął wybudować katolicką świątynię w zdominowanej przez prawosławnych komunistów wsi Motol, miejscowi notable doradzali mu, by nie konsultował tego pomysłu z miejscową ludnością, lecz od razu ubiegał się o wsparcie ze strony władz administracyjnych. Ksiądz Jan spotkał się jednak z gospodarzami i, wysłuchawszy ich argumentów, powiedział:

Małym kościółkiem wcale nie zasłonimy cerkwi. Nasza świątyńka będzie jak maleńka córeczka przy waszych wielkich. […] Ale jeśli zbudujemy kościółek, to wy się nam przypatrzycie, a my wam, i może kiedyś dojdzie do tego, że się w jednej świątyni będziemy modlili.

Kościół ubogi jest Kościołem pokornym. Nie odpowiada agresją na agresję, a w ogniu polemiki pozwala sobie samemu na mniej niż oponentowi. Nie używa języka jako narzędzia piętnowania i wykluczenia ludzi o odmiennych przekonaniach moralnych. Unika monologu i bierze pod uwagę ewentualność, że czegoś będzie się mógł od swoich oponentów nauczyć.

Agresywna narracja, którą nierzadko posługuje się polski Kościół, jest wyrazem jego skrajnej bezradności i niezrozumienia problemów współczesnego świata i człowieka. Wielu polskich katolików postrzega siebie jako kastę czystych, broniących się przed naporem wrogich sił tak zwanej „cywilizacji śmierci”. Razem z tym, co w świecie złe, odrzucają oni hurtem i to, co dobre, ponieważ z zasady nie ufają niczemu, co przychodzi do nich z zewnątrz.

Katolicy mają jednak problemy nie tylko z komunikacją ze światem, ale i ze sobą nawzajem. Nie potrafimy przemawiać z miłością do ludzi, którzy czują się wypychani na margines Kościoła: żyjących w związkach niesakramentalnych, decydujących się począć dziecko metodą zapłodnienia pozaustrojowego czy po prostu mających w swojej wierze wątpliwości. Nie chcemy, a może nie umiemy zaprosić ich do bardziej twórczej obecności w Kościele. Nie zwracamy się do nich z żadnym programem pozytywnym, opartym na zasadzie: „Postępujesz źle, ale jeśli uważasz, że tak trzeba, to zwróć przynajmniej uwagę na to, by…”. Wpadamy w ten sposób w idealistyczną pułapkę „wszystko albo nic”, tracąc zdolność do bycia moralnym drogowskazem dla człowieka, który najczęściej znajduje się „pomiędzy”.

 

***

Podkreśla się niekiedy, że polskiemu Kościołowi potrzebna jest nowa „twarz”. Marzy nam się, by była to twarz księdza Jana Ziei.

Śni nam się Kościół biorący w obronę ludzi krzywdzonych i przypominający nam o naszych względem nich powinnościach. Kościół mający zaufanie do świeckich – ich siły, twórczego potencjału, odpowiedzialności. Kościół, który nie zamyka się w sobie, tracąc w ten sposób wrażliwość społeczną, lecz który potrafi uczynić Ewangelię żywą inspiracją dla człowieka. To jasne, że Ewangelia stanowi nie tylko inspirację, ale i przestrogę, lecz jeśli nie stanie się ona najpierw inspiracją, jeśli ludzie nie uczynią jej najpierw swoją drogą, to i pożytek z niej jako z przestrogi będzie znikomy.

Ludzie nie są ani głupi, ani źli. Jeśli odrzucają Ewangelię, to dlatego, że nie przypuszczają, by mogła ona odpowiedzieć na dręczące ich pytania. Zadaniem Kościoła jest takie jej głoszenie, by każdy z nas mógł odnaleźć w niej inspirację do mierzenia się ze swoimi codziennymi problemami. Ewangelia stanowi bowiem punkt odniesienia nie tylko dla naszych nadziei ostatecznych, lecz także dla tych zupełnie doczesnych. Spróbujmy w to uwierzyć.

 

Tekst pierwotnie ukazał się w “Gazecie Wyborczej” (9-10 lipca 2011). Powyższa wersja zawiera drobne zmiany.