dwutygodnik internetowy
21.05.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Sąsiedzi niespodziewani

Pasłęk, dwunastotysięczne miasteczko w powiecie elbląskim, obok drogi S7 na Gdańsk. Dla redaktorów Wikipedii „węzeł komunikacji lądowej”, dla mnie splot losu Niemców, Polaków i Ukraińców, sąsiadów niespodziewanych, złapanych w pułapkę wielkiej polityki.

Pasłęk, rynek – pocztówka z roku 1900 (źródło: Fotopolska.eu)

Pasłęk, rynek – pocztówka z roku 1900 (źródło: Fotopolska.eu)

Ogonki przy swastyce

Dawny Preußisch Holland, na Równinie Warmińskiej, historycznie w Pogezanii, z prawami miejskimi od 1297 roku, średniowiecznymi murami, zamkiem krzyżackim i ratuszem z renesansowymi szczytami. Do 28 stycznia 1945 roku niemieckie miasto, potem chwilę radzieckie, gdzie guliali zdobywcy, mszcząc się za zamordowane rodziny, za spalone domy. Pasłęk, a także niedalekie Orneta i Elbląg to przecież jedne z pierwszych miast Rzeszy, które zdobyli czerwonoarmiści. Długo będą dawać się we znaki, „szkodząc gospodarce państwowej i publicznej”, na co skarżyć się będzie starosta powiatowy Władysław Zieliński w kolejnych sprawozdaniach. Starosta pisze na niemieckiej maszynie, ręcznie musi więc dopisywać ogonki polskich znaków, pisze na niemieckich jeszcze formularzach, na odwrocie gęsto pokrytych szwabachą. Zieliński to przedstawiciel polskiej władzy w Pasłęku, albo, jak się jeszcze wtedy mówi, przedwojennie, Holądzie Pruskim. Że Holąd jest polski, mówią mapy i tabliczki, bo w czerwcu Polaków jest w powiecie zaledwie stu, „niemców” (po wojnie słowo to zapisywane jest celowo z małej litery) około siedmiu tysięcy. Ale akcja osiedleńcza trwa. W październiku Polaków będzie już trzy tysiące, choć ciągle przeszkadzać będą „sowieckie bandy”. Domyślam się, że przeszkadza też ten brak nowego papieru, jeszcze pod koniec roku sprawozdanie starosty pisane jest na formularzu lokalnej komórki NSDAP z czarną swastyką.

Skuwanie historii

Polaków jest coraz więcej, Niemców ubywa. Funkcjonariusze Państwowego Urzędu Repatriacyjnego sprowadzają nowych przesiedleńców, m.in. z już radzieckich Bracławia i Wileńszczyzny, a Niemców wsadzają w pociągi na zachód. Jeszcze przed chwilą byli tu Wilhelm Plewe, rzeźnik z rynku, Herman Rohde, właściciel sklepu elektrycznego, i Marquardtowie, zarządzający młynem. Czy oni lub ich rodziny wyjeżdżają wtedy z Pasłęka? A może ich już nie ma, zginęli podczas wojny, na froncie, albo już po, zamordowani, pobici na śmierć za zegarek czy biżuterię? Jeśli wyjeżdżają wtedy, to biorą co tylko władza pozwoli, może nawet meble. Na to narzeka jeszcze starosta Zieliński. Na pewno zabierają pamiątki, zdjęcia, książki, potem stworzą z nich muzeum powiatu Preußisch Holland w Itzehoe w Szlezwiku, już w nowym domu, w RFN. Dziś jeździ tam czasem młodzież z Pasłęka na wymiany integracyjne. Itzehoe to miasto partnerskie. Niemcy wyjechali, ale ich miasto o nich nie zapomina, choćby nawet jego przeszłość zdzierać, skuwać, usuwać. Tak jak usuwano niemieckie napisy na budynkach, a przecież te na ulicy Steffena widać do dziś. Preußisch Holland nie poddał się tak łatwo Pasłękowi.

Myślę też o tych dawnych mieszkańcach, którzy jednak zostają. O ewangelikach, którzy jeszcze do niedawna modlili się w gotyckim kościele św. Bartłomieja, przy dźwięku osiemnastowiecznych organów zbudowanych przez gdańszczanina Andreasa Hildebrandta.

Ale piszczałki od 1946 grają na katolickiej mszy: „katolicy po 420 latach odzyskują kościół św. Bartłomieja”, dumnie stoi na stronie parafii. Ewangelicy spotykają się więc czasem – wspaniałomyślna jest nowa władza – na obrzeżach miasta, w kościele św. Jerzego z pruskim murem. Mur jest co prawda pruski, ale oni niekoniecznie, to pewnie ci, którzy w starostwie zapisali się jako „Mazurzy i Warmiacy”, czyli miejscowi, poczuwający się do polskości. Na przekór germanizacji i wyrzuceniu polskiego ze szkół jeszcze w 1888 roku. Tacy jak pochowany w Ostródzie Gustaw Gizewiusz, dziewiętnastowieczny pastor, redaktor i działacz narodowy, od którego pochodzi nazwa Giżycka. Ostatni ewangelicy, Polacy, ale może i Niemcy, spotykają się więc u świętego Jerzego, tuż obok cmentarza, i może to nie jest przypadek. W ten sposób strzegą grobów swoich przodków. Ciągle jeszcze skutecznie.

Widokówka z Pasłęka z 1898 roku (źródło: Fotopolska.eu)

Widokówka z Pasłęka z 1898 roku (źródło: Fotopolska.eu)

Łanczyn–Jaworzno–Pasłęk

Pasłęk, od 1946 już oficjalnie pod tą nazwą, jest polski, ale władza ludowa nie skończyła jeszcze z migracjami. W kwietniu 1947 roku rozpoczyna się akcja „Wisła” i do powiatu pasłęckiego trafiają pierwsi wysiedleni, na początku kilkuset, potem kilka tysięcy. Ostatecznie, po zakończeniu akcji, będzie ich prawie 5900. To duża grupa, jedna z największych na terenie Warmii i Mazur, podobnie liczna jak w znacznie większych Olsztynie czy Elblągu. Wyrzuceni z ojcowizny, z domów, z gór i pogórza, z drewnianych wsi i cerkwi, trafiają do odbudowującego się po zniszczeniach, obcego miasta. Nieuszkodzone albo niesplądrowane domy i mieszkania są już zajęte, więc przesiedleńcy zwykle dostają te gorsze, na wsi. Władza pilnuje też, żeby rodziny nie mieszkały zbyt blisko siebie, „Wisła” to akcja pacyfikacyjna, Ukraińcy, „banderowcy”, mają być rzekomo niebezpieczni, trzeba uniemożliwiać im kontakty. Ukraińcy i Łemkowie nie mają jeszcze swojego miejsca, a ich przodkowie zostali daleko stąd, w Karpatach, w rzeszowskiem, lubelskiem. Na razie będą się więc modlili po domach, może zresztą przywieźli ze sobą ikony, może nawet wzięte z cerkwi? Większość przesiedlonych to unici, grekokatolicy, ale jest też duża grupa prawosławnych, prawie dwa tysiące osób. Ci mają trudniej, bo unitom katolicy pozwalają korzystać z kościoła św. Józefa położonego, jak św. Jerzy, na cmentarzu, ale już przed wojną katolickim.

Oficjalnie jednak nie mogą się modlić w swoim języku, to będzie zakazane aż do śmierci Stalina i zwolnienia prymasa Wyszyńskiego z internowania. Gdy odwilż dociera do Pasłęka, ksiądz Jan Jaremin zaczyna organizować unicką parafię, wreszcie w kwietniu 1959 roku odprawia greckokatolicką Służbę Bożą u świętego Józefa. Ksiądz Jaremin, urodzony w dalekim Łanczynie w okolicach Stanisławowa (Iwano-Frankiwska), długo na to czekał, ma wtedy 49 lat i więzienie za sobą. A w zasadzie gorzej niż więzienie, czyli Centralny Obóz Pracy w Jaworznie, na terenie dawnego Arbeitslager Neu-Dachs, podobozu KL Auschwitz-Birkenau. Trafiali tam Niemcy i Ślązacy, a po akcji „Wisła” Ukraińcy i Łemkowie, ci podejrzewani o współpracę z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów, no i właśnie księża. Torturowani podczas przesłuchań, zmuszani do katorżniczej pracy, czasem umierający z wycieńczenia. Ksiądz Jaremin jest silny, wyjdzie z obozu, założy parafię najpierw w Pasłęku, a potem w Elblągu, umrze dopiero w 2007 roku, w wieku 97 lat, i zostanie pochowany obok kościoła św. Józefa, niedaleko pomnika ku pamięci żołnierzy niemieckich zabitych w trakcie Wielkiej Wojny. W Pasłęku losy ludzi przeplatają się nadzwyczaj często.

Widokówka z zabytkami Pasłęka: mury miejskie, baszta zamkowa, Brama Młyńska oraz ratusz i wieża kościoła parafialnego, 1976–1978 (źródło: Fotopolska.eu)

Widokówka z zabytkami Pasłęka: mury miejskie, baszta zamkowa, Brama Młyńska oraz ratusz i wieża kościoła parafialnego, 1976–1978 (źródło: Fotopolska.eu)

Święci Jerzy i Onufry

Prawosławnym z kolei władza na początku mówi, że jest ich za mało na własną parafię, ale na przełomie 1949 i 1950 roku ostatecznie na nią zezwala. Nie wiem, gdzie się wtedy modlą, może w kaplicy domowej, może w jakiejś wynajętej salce? Wiem, że w 1966 roku, i to jest zupełnie wyjątkowe w tej historii, dostają część kościoła św. Jerzego. Dostają od ewangelików, których jest już tylko nieco ponad dwustu, minęło przecież dwadzieścia jeden lat od wojny i wysiedleń. Ale może nie minęło, bo w 1962 roku władza ludowa zamyka ewangelicki cmentarz, osiem lat później zaczyna się ekshumacja nowych grobów, później niwelacja terenu i usuwanie kilkusetletnich nagrobków, które posłużą jako materiał budowlany. Wykorzenia pamięć o sąsiadach, o dawnych gospodarzach. Ale może należałoby powiedzieć, że to pasłęczanie wykorzeniają? Bo przecież ktoś decyzję wydaje, ktoś potem czarne granity wykopuje z ziemi.

Kiedy więc prawosławni zaczynają stawiać ikonostas w swojej części kościoła, nadając jej za patrona św. Onufrego, cmentarz jeszcze jest, ale już niedługo będzie miejski park. Może dobrze, że nie doczeka tego ksiądz Otton Wittenberg, urodzony w Gostyninie w 1894 roku, kiedyś wikariusz warszawskiej parafii św. Trójcy, do 1967 opiekujący się parafią w Pasłęku. Za swoją polskość siedział za okupacji w więzieniu, podobnie jak jego zwierzchnik biskup Juliusz Bursche, który jednak końca wojny nie doczekał. Ksiądz Wittenberg, Polak-ewangelik, nie musi więc patrzeć na likwidację cmentarza przez władzę i sąsiadów, przez Polaków. Może dobrze, że nie musi się wstydzić tej swojej polskości, choć przecież wie, do czego jest zdolna ludowa władza i sam lud. Tyle przecież cmentarzy już wtedy nie istnieje, tyle terenów rekreacyjnych miastom przybyło. Na przykład ten przy kościele św. Anny w Elblągu, gdzie we wspaniałym grobowcu pochowano Ferdinanda Schichaua, założyciela jednej z największych w regionie stoczni, potem przeniesionej do Gdańska. Ksiądz Otton Wittenberg pewnie był na tamtym cmentarzu, a potem, gdy już nie było ani kościoła, ani grobowca, ani nawet ogrodzenia, był w parku Traugutta. A potem nie było też księdza Wittenberga, bo odszedł do Pana w maju 1967 roku.

Spaceruję po Pasłęku między kościołami św. Bartłomieja, Jerzego-Onufrego i Józefa. Są blisko, to w pół godziny można obejść wszystkie. Patrzę na ocalałe, przedwojenne groby Victora Kutschkowa na cmentarzu komunalnym i Wilhelminy i Gustava Madsacków, przy św. Jerzym. Patrzę też na te powojenne, na prosty grób Dymitra Lesia i na szczelnie obłożony kwiatami nagrobek księdza Jaremina. Na sąsiadów, którzy na tym świecie się nie poznali, choć teraz śpią tak blisko siebie. Wyobrażam sobie, że gdyby nie te swastyki przebijające przez dokumenty starosty Zielińskiego, pewnie by się za życia szanowali, może nawet polubili. Ale przecież gdyby nie te swastyki, na które zresztą w 1933 znaczna część Preußisch Holland głosowała, nigdy by się nie spotkali, nigdy nie leżeliby obok siebie. I wiem, że Pasłęk to może ważny „węzeł komunikacji lądowej”, ale przede wszystkim to węzeł ludzkich losów i poplątanej historii tej części Europy w dwudziestym wieku.

***

Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego internetowego wydania Kontaktu można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Smoleński: Polska bardzo wielka wina

Horków: Przekonać ludzi, by się nie bali

Parę belek z duchem