dwutygodnik internetowy
24.04.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Saryusz-Wolska: Historie, od których bolą nogi i głowa

Muzeum nie jest już miejscem tworzenia kolekcji, ale instytucją powołaną do opowiedzenia pewnej historii. Setkom tysięcy zwiedzających oferuje się wybraną narrację, co sprawia, że muzea stają się przede wszystkim narzędziami polityki historycznej.

ilustr.: Anna Marczak

ilustr.: Anna Marczak

Z Magdaleną Saryusz-Wolską rozmawiają Wanda Kaczor i Agnieszka Myszkowska. Wywiad pochodzi z 33. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Bezdomność”.

***

WANDA KACZOR, AGNIESZKA MYSZKOWSKA: W ostatnim czasie obserwujemy wysyp muzeów narracyjnych. Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, Europejskie Centrum Solidarności czy powstające Muzeum II Wojny Światowej to tylko nieliczne inicjatywy wpisujące się w tę tendencję. Co leży u źródła tej bezprecedensowej muzealizacji?

MAGDALENA SARYUSZ-WOLSKA: Na waszej liście brakuje bardzo ważnej pozycji – Muzeum Powstania Warszawskiego.

Nie wspomniałyśmy o nim celowo. W porównaniu do wspomnianych inwestycji to już zamierzchła przeszłość…

Tak, ale Muzeum Powstania było pierwszym takim muzeum w Polsce i odniosło wielki sukces komercyjny. Dzisiaj bywa krytykowane, ale pierwsze opracowania naukowe, które zaczęły się pojawiać już rok, dwa lata po jego otwarciu, bynajmniej nie były w stosunku do niego aż tak sceptyczne. Wszyscy zachwycali się interaktywną formą, nowatorskim sposobem opowiadania. Doceniano tworzenie muzeum bez dużej kolekcji. Trudno mówić o takich muzeach jak POLIN czy ECS, nie odnosząc się do Muzeum Powstania Warszawskiego, które zadziałało w Polsce jak pierwsza kostka domina i pchnęło całą resztę.

Co doprowadziło do powstawania kolejnych placówek?

To szersze zjawisko, które nie dotyczy tylko muzeów. Mamy wysyp historycznych filmów, audycji, kanałów telewizyjnych. Muzea są jednym z wielu elementów procesu nazywanego memory boom, który obserwujemy od piętnastu lat w Polsce i w Europie. Po pierwsze, wiąże się on ze zmianą pokoleniową i ze świadomością, że świadkowie II wojny światowej, a w szczególności Holokaustu, odchodzą. Pojawiła się refleksja, że wraz z nimi odchodzi także pamięć o tych wydarzeniach. Powstało wiele programów dokumentacyjnych, w Polsce na przykład Dom Spotkań z Historią i Ośrodek KARTA. Po drugie, skala memory boom wynika z rozwoju technologii. Utrwalanie i reprodukowanie przeszłości jest coraz prostsze. Na przykład w historii mówionej (oral history) technologia video spowodowała wielką rewolucję. Dzięki niej powstają kolejne skatalogowane archiwa historii opowiadanych z osobistego punktu widzenia. Wiele z nich jest dostępnych online.

Postęp technologiczny widać również na ekspozycjach.

Jeśli porównamy Muzeum Powstania Warszawskiego i POLIN, których otwarcie dzieli dokładnie dziesięć lat, to widać, jak bardzo zmieniły się techniki ekspozycyjne. W POLIN jest więcej różnych form multimedialnych i dotykowych, zapraszających odbiorców do gry, podążania własnymi ścieżkami, skakania po tematach. Takich modalności w Muzeum Powstania Warszawskiego jest znacznie mniej. Tam widz jest prowadzony od prologu do epilogu po jednej linii ze sztywno określonym kierunkiem zwiedzania. Przeszkadza mi, że muzeum od wejścia do wyjścia jest dokładnie takie samo, w tej samej kolorystyce, w tych samych dźwiękach, w tej samej tonacji. Po dziesięciu krokach wiem, czego się spodziewać.

Coraz częściej w muzeach w roli eksponatów występują tablety. Jak wpływa to na odbiorcę?

Definicja muzeum się zmieniła. To już nie miejsce tworzenia kolekcji, ale instytucja powołana do tego, żeby opowiedzieć jakąś historię. Muzeum Powstania Warszawskiego nie powstało na podstawie historycznych zbiorów. Jego głównym zadaniem jest opowiadanie i upamiętnianie, podczas gdy tradycyjne muzea, zwłaszcza muzea sztuki i muzea historii naturalnej, powoływano po to, żeby kolekcjonować. Wielkie muzea publiczne, które otwierano począwszy od drugiej połowy XVIII wieku, miały pokazywać imponujące zbiory. Dzisiejsze muzea są natomiast dokładnie takim samym medium narracyjnym jak film czy audycja telewizyjna, tyle że opowiadają historię przy pomocy innych środków.

W języku niemieckim istnieje słowo Erlebnisgesellschaft, które możemy przetłumaczyć jako „społeczeństwo przeżywające”. To społeczeństwo ma coraz większą potrzebę, żeby dotknąć, powąchać, posmakować. A to niemożliwe w tradycyjnym muzeum. Nie można dotknąć oryginału, bo jest tylko jeden, a w związku z tym podlega ochronie. Tablet spełnia podstawową funkcję interakcyjną: ja coś robię i coś się dzieje.

Czy zastosowanie nowych technologii zmienia profil osoby odwiedzającej muzeum?

Współczesne muzea są coraz częściej adresowane do młodego odbiorcy, zwłaszcza do wycieczek szkolnych.

Wizyta w muzeum stała się formą rozrywki?

Rozrywka to złe słowo. Celem muzeum jest przystępna edukacja. Chodzi o to, żeby uczeń nie znudził się przez dziewięćdziesiąt minut, żeby nie zabrakło mu bodźców.

To dosyć populistyczne.

Możemy takiej strategii zarzucać populizm, ale trudno o alternatywę. Wyobraźmy sobie, że budujemy muzeum za kilkaset milionów złotych, wywieszamy w nim pięćdziesiąt oryginalnych eksponatów w gablotach i doskonale je opisujemy. W takim muzeum będzie znacznie mniej zwiedzających niż na wystawach adresowanych do młodzieży szkolnej czy dużych wycieczek turystycznych. Muzea to kosztowne inwestycje, więc podlegają komercjalizacji. Siłą rzeczy przy ich projektowaniu bierze się pod uwagę to, w jaki sposób ulokowane środki mogą się zwrócić.

Ale to właśnie szerokie zastosowanie nowych technologii generuje wysokie koszty! Nagromadzenie konkurujących bodźców bardzo męczy. Czy w publiczności nie obudzi się wkrótce tęsknota za historycznymi, materialnymi eksponatami?

Odpowiem anegdotą. Byłam niedawno w Muzeum Miasta Łodzi z międzynarodową grupą studentek. To bardzo tradycyjne muzeum, z gablotami i tabliczkami z napisem „eksponat”. Przewodniczka mówiła o planach zmiany ekspozycji. Ale studentkom te gabloty i tabliczki bardzo się podobały! Dla nich to było coś nowego, bo muzea narracyjne już zdążyły im się opatrzeć. Doceniały autentyczność przedmiotów i wnętrz.

Wracamy do kolekcjonowania?

Kolekcja to bardzo istotna część muzeum. Tyle że nie da się jej stworzyć w kilka lat, a czasem w ogóle nie jest to możliwe. Żydowskich artefaktów mamy w Polsce relatywnie niewiele – wynika to z historii polskich Żydów. Synagoga w Gwoźdźcu została w POLIN zrekonstruowana nie dlatego, że ktoś chciał ochronić oryginał, tylko dlatego, że ten oryginał po prostu nie istnieje.

Poza tym, o ile w muzeach sztuki czy w muzeach historii naturalnej funkcjonuje silna tradycja kolekcjonowania przedmiotów, o tyle w przypadku historii rolę tę spełniają archiwa. Tam praktyki dokumentowania koncentrują się na dokumentach pisanych, ewentualnie na ikonografii. Bardzo trudno zrobić atrakcyjną wystawę w oparciu o strony zapisanego tekstu, wydruki i zdjęcia. To po prostu nie odpowiada medialnym przyzwyczajeniom współczesnego człowieka.

Czy dlatego odchodzi się od oryginalnych eksponatów?

Większość muzeów narracyjnych z chęcią przygarnęłaby więcej eksponatów. Zresztą takie placówki istnieją. W Kozłówce czy w Berlinie działają popularne muzea socrealizmu i NRD, oparte na kolekcjach sztuki i przedmiotów. One jednak bywają krytykowane za nadmiar eksponatów i ich bezrefleksyjne wystawianie.

Ale to w przedmiotach zawarta jest historia.

W komercyjnych muzeach przedmioty służą raczej wywołaniu nostalgii. W Berlinie wchodzimy do muzeum NRD i myślimy: „O, jak byłam dzieckiem, też takie miałam”. Na dodatek w ten sposób zyskujemy poczucie istotności własnej biografii. Skoro ktoś wystawia w muzeum taką samą suszarkę jak ta, którą mama suszyła mi włosy, to znaczy, że to jest coś ważnego. I za te dwa doświadczenia – nostalgię i poczucie sensu – gotowi jesteśmy zapłacić, kupując bilet. Z kolei zwiedzający, którzy nie pamiętają tamtych czasów, rozpoznają te przedmioty, bo znają je z mediów. Ekspozycje w tych muzeach przygotowuje się w konwencji scenografii filmowej.

Wbrew pozorom muzea są trudnym narzędziem upamiętniania, bo są mało dynamiczne i niepodatne na zmiany. Są też uzależnione od konkretnego miejsca, budynku, kosztów, całej infrastruktury. A do tego bardzo szybko się starzeją, co doskonale widać po Muzeum Powstania Warszawskiego. Dziesięć lat temu o przechodzeniu przez kanał i „bijącym sercu powstania” mówiono, że to atrakcyjne i nowoczesne środki. Dzisiaj wydają się anachroniczne.

Ważniejsze niż kolekcjonowanie staje się edukowanie. Niemal wszystkie placówki oferują bardzo szeroki program edukacyjny, który często wykracza poza tematyczne granice ekspozycji.

Wróćmy do początku. Duże muzea to na ogół instytucje finansowane w pełni lub częściowo ze środków publicznych. Przy czym w ostatnich latach zwiększyła się świadomość politycznej skuteczności tego typu miejsc. Setkom tysięcy zwiedzających oferuje się wybraną narrację, co sprawia, że muzea stają się przede wszystkim narzędziem polityki historycznej. Edukacja muzealna to po prostu jeden z jej wariantów. Polityczny interes nie musi oznaczać wygranej w kolejnych wyborach, ale na przykład promocję określonej wizji państwa i kultury obywatelskiej. Trudno wyobrazić sobie muzeum bez działu edukacyjnego oraz bez wszystkich dodatkowych działań, w tym na przykład konferencji, wykładów, warsztatów dla dzieci. One są immanentną częścią szeroko rozumianej polityki.

Czy idąc do muzeum, zawsze jesteśmy poddawani politycznej manipulacji?

Naiwnością jest twierdzić, że funkcja muzeów kiedykolwiek była wolna od polityki. Przypomnijmy sobie pierwsze muzea publiczne. W paryskim Luwrze, londyńskim British Museum czy, znacznie później, w Muzeum Pergamońskim w Berlinie prezentowano kolekcje królewskie – zresztą w znakomitej większości zagrabione. Była to forma manifestacji władzy, potęgi militarnej, zasięgu wpływów w Europie i w zamorskich koloniach. Otwarcie British Museum, a potem Luwru pod koniec XVIII wieku zainicjowało nowoczesne muzealnictwo. Podobnie jak dziś Europejskie Centrum Solidarności czy Muzeum Śląskie w Katowicach, tamte instytucje miały swoje polityczne cele. Pokazywały kolekcje po to, by udowodnić siłę imperium oraz wyższość białego człowieka nad resztą świata. Przechowywanie światowych skarbów – rzekomo dlatego, że nigdzie indziej nie byłyby bezpieczniejsze – legitymizowało kolonialne podboje. Ekspozycja również była polityczna, nie opowiadała historii, lecz raczej pokazywała to, co w danej kolekcji najbardziej atrakcyjne. W epoce oświecenia kultura antyczna darzona była szczególnym szacunkiem, co w oczywisty sposób wpływało na wybór wystawianych eksponatów. Ale nie chodziło o opowiedzenie historii antyku, tylko o uzasadnienie ekspansji imperium francuskiego, brytyjskiego czy Cesarstwa Niemieckiego.

ilustr.: Anna Marczak

ilustr.: Anna Marczak

Ekspozycje, przynajmniej w warstwie eksponatów, dotyczyły jednak zamkniętego już okresu historycznego. Powstające w Polsce muzea często traktują o historii najnowszej. Centrum Solidarności opowiada o wydarzeniach sprzed dwudziestu lat. Jakie problemy wynikają z pracy nad otwartym okresem historii? Trudno stworzyć neutralne narracyjnie muzeum, gdy świadkowie tamtych wydarzeń jeszcze żyją.

Nie ma na to szans. Każde muzeum przyjmuje jakiś punkt widzenia. Ta sama historia może być opowiedziana na sto sposobów, zwłaszcza jeżeli mówimy o historii przeżywanej, pamiętanej indywidualnie. Żadna z tych pamięci nie jest mniej prawdziwa, bo pamięci nie ocenia się miarą zgodności z faktami historycznymi. Świadkowie historii prezentowanej w ECS żyją, ale Centrum stara się ich włączać w prowadzoną opowieść poprzez różne wydarzenia, konferencje i publikacje.

Dla twórców ECS od początku było jasne, że pracują z historią epoki, która jest ciągle reinterpretowana. Powstają kolejne książki, które zmieniają naszą wiedzę o tym, jak funkcjonowała „Solidarność”, powodując nieprzerwane dyskusje i nierzadko wywołując kontrowersje. I dlatego ECS nie ukrywa, że przedstawia historię, w której „Solidarność”, z Lechem Wałęsą na czele, jest aktorem pokojowej i zakończonej sukcesem rewolucji społecznej.

Z kolei twórcy POLIN twierdzą, że oddają głos świadkom…

A mimo to stawiają mocną tezę: opowiadają o tysiącu lat historii polskich Żydów – żywych, a nie umarłych. Holokaust nie jest punktem wyjścia dla całej ekspozycji, ale jedną z wielu galerii, po której następują kolejne.

To również spotyka się z wieloma zarzutami. Czy to nie faux pas robić muzeum życia na drodze na Umschlagplatz, z której nie było przecież ucieczki?

Twórcy odpierają ten zarzut, że samo miejsce, w którym powstało muzeum, jest tak naznaczone śmiercią, że warto zbilansować je opowieścią o życiu. Największy spór dotyczący POLIN toczy się wokół galerii powojennych. Znowu, im bliżej teraźniejszości, tym pamięć jest żywsza, tym ta historia ma więcej różnych odcieni szarości, które chcielibyśmy zobaczyć.

Czego najbardziej brakuje w tych końcowych galeriach?

Według mnie problem wojennych i powojennych galerii w POLIN nie wynika z założenia, że jest to muzeum życia, ale z wyczuwalnej ostrożności i niezdecydowania kuratorów. Przedstawiają Jedwabne, ale gdzieś za drzwiami – tak, żeby nikt im nie zarzucił, że go nie ma. Nie poświęcają mu, a zwłaszcza debacie po książce Jana Tomasza Grossa, zbyt wiele uwagi. Pogrom w Kielcach też jest pokazany, ale w układzie przestrzennym, który przypomina chowanie go za parawanem. Dla kontrastu są też Sprawiedliwi, ale równie mało wyeksponowani. Twórcy wystawy poruszają więc najbardziej problematyczne momenty historii polsko-żydowskiej, ale w sposób niespecjalnie rozbudowany. Trochę jak gdyby chcieli zaspokoić wszystkie oczekiwania. Nie zajmują jednoznacznego stanowiska w sprawie historii Żydów w Polsce w XX wieku.

Jako odbiorca mam wrażenie, że do czasu II wojny światowej Muzeum proponuje mi bardzo klarowną opowieść. Natomiast po wojnie nie przekazuje żadnej wyrazistej wersji wydarzeń, a co dopiero kilku równoległych opowieści. A od muzeum narracyjnego oczekiwałabym jednak, że opowie mi jakąś historię.

A jednak zarzucamy Muzeum Powstania Warszawskiego, że ma swoją wizję, którą od początku do końca podkreśla. Może to jest dobre wyjście, żeby tak trudny okres, jakim jest historia powojenna, był pokazany w sposób impresyjny? Mamy różne wątki i wyciągamy z nich to, co chcemy.

Siłą rzeczy działa to w ten sposób. Z drugiej strony, ogromną retoryczną rolę odgrywa umiejscowienie eksponatu. Czy znajduje się za drzwiami, czy w centralnym punkcie galerii? Czy to duży wydruk, czy mała reprodukcja? Czy Jedwabne pokazujemy na połowie metra kwadratowego, a Kielce na metrze? Czy to jest przedmiot, czy notatka? To wszystko są bardzo istotne decyzje. Jednym z większych ograniczeń muzeum jest materialny charakter eksponatów. Nie można zrobić ekspozycji, na której wszystko będzie tak samo wyraziste. Czasem przełomowy moment historii wiąże się z przedmiotem, który jest zupełnie niespektakularny.

Swoje eksponaty, nie bez związanych z tym kontrowersji, gromadzi teraz Muzeum II Wojny Światowej.

Katalog wystawy głównej zawiera listę bardzo zróżnicowanych obiektów. Nie rozumiem, w jaki sposób można z niego wysnuć zarzut o niewystarczająco polskim charakterze przygotowywanej ekspozycji. Większość galerii opiera się na oryginalnych przedmiotach. Żaden inny kraj nie ma tak bogatej reprezentacji eksponatów w tym zbiorze jak Polska.

Trudno oczywiście na tym etapie ocenić, jak będą – lub raczej jak miały być – umieszczone, oświetlone, podpisane, w jakiej kolejności chciano je pokazać. To jednak mniej istotne niż komentarz, jakim zostaną opatrzone. To on zdecyduje, do czego – do konstruowania jakiej opowieści – posłużą. To jak z cytatami w książce. Dobrze, że autor odwołuje się do autentycznych źródeł, ale pozostaje pytanie, jaką historię z nich tworzy i jaką interpretację proponuje.

Po co to muzeum powstaje?

Możemy się z tym zgadzać albo nie, ale tutaj chodzi przede wszystkim o politykę historyczną – zaznaczanie własnej wyjątkowej pozycji. Fakt, że pierwsze muzeum opowiadające całą historię drugiej wojny światowej lokowane jest w Polsce, jest bardzo silnym międzynarodowym sygnałem: druga wojna światowa zaczęła się w Gdańsku w 1939 roku i dotknęła nas w sposób szczególny. Patrząc na wschód, to istotne, ponieważ w rosyjskiej pamięci zbiorowej wojna rozpoczyna się w roku 1941.

ilustr.: Anna Marczak

ilustr.: Anna Marczak

Wydaje się, że dla takiego tematu każda powierzchnia będzie niewystarczająca. I znowu konieczne będzie umieszczenie skanów dokumentów na różnorakich ekranach. Czy widzowie nie woleliby zostać przed komputerem?

W muzeum najważniejsze jest to, że angażuje nas cieleśnie! Po przejściu czasem nawet kilku kilometrów ekspozycji jesteśmy zmęczeni. To ważne. Nie chodzi tylko o transfer wiedzy, ale o zaangażowanie. Jeżeli chodzimy, możemy czegoś dotknąć. Nasze doświadczenie historii zaczyna wynikać z przeżycia, a nie z lektury, suchej wiedzy. To się przekłada na zmianę stosunku do historii. Historia przestaje być kalendarium suchych faktów do nauczenia się, a staje się czymś emocjonującym, od czego mogą nas boleć nogi albo głowa. Nie można marginalizować performatywno-cielesnego aspektu wizyty w muzeum. Wraz z podjętym wysiłkiem rośnie zaangażowanie. W efekcie jest ono dużo większe niż przy wygooglowaniu prostej informacji, która zostaje na ogół szybko zapomniana.

Wirtualne muzea nie zastąpią wielkich gmachów?

Jestem przekonana, że nowe muzea będą powstawać. Aktywność, z jaką nowy rząd przejmuje kontrolę nad Muzeum II Wojny Światowej, wzmacnia przekonanie, że są one ważnym narzędziem politycznym. Szare, zakurzone muzeum, które nie przyciąga publiczności, nie miałoby dla polityków znaczenia. Nikt też nie chciałby go finansować.

Osoby, które przekazały Muzeum swoje pamiątki, chciały je wycofać po ogłoszeniu planów połączenia go z Muzeum Westerplatte. Nie życzyły sobie, by zostały one zawłaszczone na potrzeby jakiejś politycznej wizji.

To ciekawe, że właśnie wtedy ludzie uświadomili sobie, że ich pamiątki będą służyć konkretnej wizji historii. Historia, którą opowiada muzeum, może oczywiście być mniej lub bardziej zideologizowana, może w mniejszym lub większym stopniu podążać za ustaleniami historyków. Niemniej jednak zawsze czemuś i komuś służy.

Wywiad był przeprowadzany w grudniu 2016.

***

dr hab. Magdalena Saryusz-Wolska jest socjolożką i kulturoznawczynią. Pracuje w Instytucie Kultury Współczesnej UŁ oraz w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie. Zajmuje się pamięcią zbiorową, historią wizualną i filmami historycznymi.

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.