dwutygodnik internetowy
10.09.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Sadkowska: Odzyskujemy energię!

Kiedy przeciętny człowiek słyszy o tym, że źle się dzieje ze środowiskiem, jest przytłoczony nie tylko samą informacją, ale także poczuciem bezsilności – nie wiadomo, co robić, by czemukolwiek zapobiec lub zmienić coś na lepsze. A na taką bezsilność nie możemy odpowiadać przecież: zostań ekspertem i napisz raport.

ilustr.: Karol Mularczyk

ilustr.: Karol Mularczyk

Wyjątkowe przedsięwzięcie aktywistyczne, jakim był tegoroczny pierwszy w Polsce Obóz dla Klimatu, odbyło się w połowie lipca we wsi Świętne na Wielkopolsce. Obóz trwał pięć dni wypełnionych debatami, wykładami, warsztatami, koncertami, działaniami artystycznymi, wegańskim jedzeniem i – rzecz jasna – bujnym życiem towarzyskim. Główne hasło brzmiało „Odzyskujemy energię” – energię literalną, energię międzyludzką, energię do działania. Ponad miesiąc po jego zakończeniu spotykam się z Moniką Sadkowską, pomysłodawczynią i jedną z głównych organizatorek Obozu, by dowiedzieć się, czy faktycznie się to udało.

IDA NOWAK: Masz jakieś jedno wspomnienie z Obozu, które jest szczególnie ważne?

MONIKA SADKOWSKA: Jedna niesamowita sytuacja rzeczywiście zapadła mi w pamięć. O trzeciej w nocy szłam do swojego namiotu przez obóz i usłyszałam, jak jakaś dziewczyna, której nigdy wcześniej nie widziałam, tłumaczy pewnej parze, której też nie znałam, że w okolicach Świętnego są kopalnie odkrywkowe, przez które wysychają okoliczne jeziora. Z ożywieniem opowiadała im, dlaczego Obóz jest taki ważny. To był moment, w którym zrozumiałam, że naprawdę się udało – osoba, której w ogóle nie znam, opowiada innym osobom, których też w ogóle nie znam, o sprawie, którą znam bardzo dobrze. Przecież nikt nie kazał jej o tym mówić, a im nikt nie kazał słuchać – po prostu okazało się, że dla nich jest to ciekawe. Wiesz, myślę, że człowiek jest z natury istotą, która chce zorganizować swoje życie wokół ważnych kwestii, zostawić po sobie ślad. Czasem wystarczy jedynie przyciągnąć ludzi do tych istotnych rzeczy, a okaże się, że wiele osób chce się nimi zajmować.

Obóz dla Klimatu można uznać za próbę przyciągnięcia ludzi do ważnych kwestii?

Tak. Przez lata sposoby funkcjonowania polskich organizacji troszczących się o ekologię czy klimat pozostawały bardzo klasyczne. Koncentrowały się głównie na wydawaniu raportów czy monitorowaniu drogi administracyjnej kluczowych aktów prawnych i decyzji środowiskowych, które umożliwiają na przykład powstawanie szkodliwych inwestycji. Te działania funkcjonują w Polsce na bardzo wysokim poziomie, mamy całe grono znakomitych i zaangażowanych ekspertów i nie chciałabym dewaluować tego, co od 1989 roku udało nam się osiągnąć, bo żyjemy dziś w zupełnie innym pod względem ekologicznym kraju – dużo czystszym.

Jednak dla większości ludzi ten poziom działania jest niedostępny. Kiedy przeciętny człowiek słyszy o tym, że źle się dzieje ze środowiskiem, jest przytłoczony nie tylko samą informacją, ale także poczuciem bezsilności – nie wiadomo, co robić, by czemukolwiek zapobiec lub zmienić coś na lepsze. A na taką bezsilność nie możemy odpowiadać przecież: zostań ekspertem i napisz raport.

Chodziło mi więc o to, by znaleźć sposób na rozmowę o sprawach klimatycznych nie w zaciszu klimatyzowanych sal konferencyjnych, ale w bardziej adekwatnym miejscu i na innych zasadach. Pomyślałam więc, że musimy skraść jakiś patent, który zadziałał w innych miejscach – na przykład w Niemczech, Czechach czy Ukrainie. Tak narodził się pomysł na zorganizowanie Obozu dla Klimatu.

Czy Obóz okazał się odpowiedzią na to, w jaki sposób powinno się dziś rozmawiać z Polakami o ekologii, skoro klasyczne metody nie wystarczą?

Myślę, że do ludzi trzeba mówić przede wszystkim językiem ich potrzeb. Te potrzeby czynią nas indywidualnościami, ale także uświadamiają, że pod pewnymi względami jesteśmy do siebie bardzo podobni. Myślę, że skończył się czas mówienia z perspektywy ideologii, idei czy powinności. Musimy po prostu ze sobą rozmawiać, pytać siebie nawzajem, czego potrzebujemy, o co się martwimy, czego się obawiamy, i wychodząc od tego, podejmować działania, łączyć się w sojusze i szukać sposobów przejmowania i używania władzy. Wydaje mi się, że społeczeństwo polskie nie jest w ogóle nauczone bycia sprawczym, obchodzenia się i dzielenia władzą. Mnie edukacja państwowa nauczyła tylko tego, jak oddać władzę komuś innemu. A jeśli nie siedzimy przy stole i nie decydujemy o sprawach dotyczących naszego życia, to najprawdopodobniej jesteśmy na tym stole daniem. Ktoś się naszym życiem podzieli i będzie miał jeszcze korzyść z tego, że ono potoczy się tak, a nie inaczej. W ten sposób nie możemy już dłużej funkcjonować.

Bardzo dużą siłą Obozu było moim zdaniem to, że odbywał się on w miejscu – jak to określiłaś – adekwatnym. Tam, gdzie problemy środowiska i klimatu stają się widoczne, ponieważ wysychają rzeki i jeziora.

Chciałam, żeby Obóz odbył się tam, gdzie skupiają się problemy klimatyczne i w ogóle problemy przemysłu wydobywczo-energetycznego w Polsce, ale żeby było to miejsce, w którym mamy dobry kontakt ze społecznością lokalną. Właśnie Wielkopolska północno-wschodnia okazała się takim miejscem. W Świętnem mogliśmy spotkać osoby, które cierpią z powodu kopalń odkrywkowych – rolników i ludzi zajmujących się turystyką – ale także poznać perspektywę górników, bo kilku z nich odwiedziło Obóz.

Udowodniliśmy sobie też, że jesteśmy w stanie konfrontować się z kwestiami klimatycznymi w sposób przyjazny i stworzyć bezpieczną przestrzeń do rozmowy. A patrząc na to, jakie problemy targają dziś społeczeństwem polskim, nie jest wcale oczywiste, że da się takową stworzyć, jeśli rozmawiać mają ludzie, którzy pochodzą z różnych miejsc, mają inne, czasami sprzeczne, interesy czy inny sposób komunikowania się. Na obozie byli rolnicy, górnicy, ludzie z sektora turystycznego, działacze samorządowi, ale także rozmaici aktywiści, począwszy od anarchistów, a skończywszy na tych związanych z organizacjami pozarządowymi. Okazało się, że wszystkie te grupy, chociaż rozmawiają różnymi językami, kierują się różnymi priorytetami i mają różne style działania, mogą się bezpiecznie spotkać.

Dostawałam informacje, że sąsiedzi Obozu, mieszkańcy Świętnego i okolicznych miejscowości, przekazywali sobie wieść o tym, że atmosfera u nas jest dobra, na nikogo się nie krzyczy, a ludzie są przyjaźni. Już sam fakt, że rozwiane zostały pewne obawy dotyczące takiego aktywistycznego przedsięwzięcia, jakim jest Obóz dla Klimatu, jest dla mnie bardzo ważny.

Słowo o sojuszach. Już na Obozie, pomimo niestandardowo pozytywnego i otwartego nastawienia bodaj wszystkich uczestników do siebie nawzajem, pojawiały się napięcia związane z obieranymi przez różne organizacje czy ruchy strategiami. Na spotkaniu dotyczącym ekologii integralnej było kilka głosów bardzo krytycznie nastawionych do Kościoła, a właściwie do chrześcijaństwa w ogóle. To dobrze pokazuje, jak trudne bywa zawieranie sojuszy, skoro nawet w tak „przesianym” środowisku dochodzi o starć.

Przez Obóz przez pięć dni jego trwania przewinęło się około czterystu osób. To dużo więcej, niż zakładaliśmy. Pomyśl, że wszyscy ci ludzie oderwali się na tych kilka dni od swojego życia. Osoby z różnych środowisk rzuciły swoje bieżące zajęcia i przyjechały w to szczere pole. Obóz dla Klimatu nie stał się obozem anarchistów, NGO-sów czy ludzi z klasy średniej, którzy sobie pojechali na wywczas. Udało nam się przemówić na tyle uniwersalnym językiem, że ludzie z różnych środowisk poczuli się przyciągnięci.

Z własnego doświadczenia wiem, że różnice zdań i konflikty są czymś nieuniknionym. Dosyć szokujące jest, jak słabo jesteśmy do nich przygotowani. Różnica zdań to nie jest od razu konflikt, spór to też nie jest od razu konflikt – to wręcz najbardziej naturalna na świecie sytuacja. Jeśli stworzymy przestrzeń do rozmowy, ujawnienie różnic zdań albo nawet zaistnienie sporów nie będzie od razu sytuacją, w której krew tryska po ścianach. Jeśli nie uczymy się postępować z konfliktem, mamy później tendencję do myślenia zero-jedynkowego: albo wszyscy się zgadzamy, albo dochodzi do tragedii. Tymczasem często gdy wszyscy się zgadzamy i uśmiechamy do siebie, nic ważnego się nie dzieje. Kiedy zaś ujawnią się różnice, ale uda nam się nie skoczyć sobie od razu do gardeł, to dopiero taka interakcja może okazać się owocna.

Z tego, co słyszałam, dyskusje pod hasłem „Co po obozie?” były jednymi z najgorętszych. Co więc dalej z polskim ruchem klimatycznym?

Dyskusji „Co dalej?” odbyło się więcej, niż planowaliśmy, a na każdą kolejną przychodziło coraz więcej osób. Oznacza to, że podczas Obozu rzeczywiście odzyskaliśmy energię albo została ona po prostu wytworzona. Osoby, które pojawiały się na tych spotkaniach, nie miały w sobie zgody na to, żeby ta energia się za chwilę bez efektu rozpłynęła. Trwają więc rozmaite działania, funkcjonują grupy, które tworzą zręby poobozowej współpracy. Są również zaplanowane spotkania, na których mamy po prostu zobaczyć się osobiście i podzielić swoimi potrzebami, a także strategiami i pomysłami na to, co dalej.

Obóz rządził się swoimi prawami, było to poniekąd wydarzenie festiwalowe, bo wyszło nam połączenie konferencji z wczasami i działaniami artystycznymi. Udało nam się więc zrobić festiwalową hybrydę, a one działają tak, że na miejscu jest super, tworzy się społeczność, ale potem konfetti opada i koniec. Teraz będziemy przechodzić czas twardej weryfikacji: kto przyjedzie na kolejne spotkanie, kto weźmie udział w pracach grup zadaniowych. Jestem jednak optymistycznie nastawiona, bo mimo że wiadomo, iż gadanie jest tanie, a robienie trudniejsze, to czasami choćby najmniejszy wysiłek potrafi zrobić ogromną różnicę w całym przedsięwzięciu.

Zakładam, że za rok odbędzie się kolejny Obóz. A co wcześniej? Jakie działania planujecie, jak ma wyglądać ten świeżo zawiązany polski ruch klimatyczny?

Tak naprawdę nie jestem najlepszą osobą, żeby o tym mówić. Odegrałam swoją organizacyjną rolę przy pierwszym Obozie, ale na pewno nie będę jej w równym stopniu odgrywać przy kolejnych działaniach. Pojawili się nowi ludzie, pobudzeni tym, co się działo w Świętnem, którzy chcą działać, i ja nie wiem, czym kolejny Obóz się okaże, bo będzie on efektem działania kolektywnego. Decydować będziemy na pewno wspólnie podczas otwartych spotkań. Myślę, że główną zasadą tego ruchu jest dążenie do jego powiększania i to, żeby odnajdować w nim odpowiedź na poczucie braku sprawczości. Łatwe przystąpienie, poczucie wpływu na to, co ruch robi, oraz brak hierarchii – myślę, że to będą podstawowe cechy polskiego ruchu klimatycznego.

W tym, co mówisz, czuć sporo entuzjazmu. Tymczasem w opowieści o zmianach klimatu silnie obecne są wątki fatalistyczne, bo przecież za późno już na powstrzymanie katastrofy. Nie chcemy bezczynnie na nią czekać, ale nie wierzymy, że faktycznie możemy coś zmienić… W jaki sposób radzisz sobie z tym paradoksem?

Obawy, o których mówisz, są mi bardzo bliskie. Jako motywacja do zaangażowania klimatycznego działają jednak różne rzeczy. Czasami rozmawiam ze znajomymi o tym, że chcemy dzisiaj działać tak, jak powinno się było działać trzydzieści lat temu. Bo czemu nie mielibyśmy oczekiwać od siebie tego, czego oczekiwalibyśmy od ludzi, którzy wtedy już wiedzieli o globalnym ociepleniu? To jest podejście z punktu widzenia etosu aktywistycznego: jeżeli chciałabym, żeby ktoś coś zrobił, to ja też jestem gotowa to zrobić.

Moją drugą ważną motywacją przy tworzeniu Obozu było przekonanie, że bez względu na to, jak zły obrót przybiorą sprawy, ważne jest, żebyśmy nauczyli się organizować jako ludzie i jako społeczności. Przećwiczenie tego, jak możemy się wspierać i jak możemy rozmawiać, jest bezcenne – zwłaszcza gdyby wypadki miały potoczyć się według najczarniejszych scenariuszy niektórych naukowców. Wtedy właśnie szczególnie docenimy to, że mamy przyjaciół, że możemy komuś pomóc, a ktoś może pomóc nam, że jesteśmy w stanie się zorganizować i grupowo podejmować decyzje, kiedy nie ma władzy, nikogo ważniejszego ani bogatszego. W obliczu prawdziwego kryzysu ekologicznego pieniądze przestaną być tak istotne, jak są dziś, a niektóre stanowiska mogą drastycznie stracić na znaczeniu. Być może znajdziemy się wtedy w społeczeństwie ludzi równych. A żyjąc na co dzień w społeczeństwie silnie zhierarchizowanym, bez przygotowania nie będziemy umieli w takim funkcjonować.

Jakoś trudno mi uwierzyć, że kiedy zabraknie wody i jedzenia i będziemy się na Ziemi gotować żywcem, to okaże się, że wszyscy jesteśmy równi. Sądzę raczej, że niestety do końca ludzkości istnieć będą równi i równiejsi, i bardziej przekonuje mnie wizja, w której najbogatsi uciekają na Marsa…

Masz rację – moja wizja jest oczywiście anegdotyczna i przerysowana. Chodziło raczej o to, że w momencie, w którym będziemy potrzebować się na coś z innymi ludźmi umówić i wspólnie wykonać jakiś plan, a nie będziemy mogli ani im zapłacić, ani inaczej wymiernie ich wynagrodzić, oni po prostu będą musieli wziąć udział w podejmowaniu decyzji i mieć wewnętrzną zgodę na to, by ją później realizować. Nie chodzi o to, żeby stworzyć nagle równościowe społeczeństwo, bo ja również wątpię, czy to nam się uda. Jednak w sytuacji kryzysowej na pewno pomoże nam to, że jesteśmy się w stanie dogadać. To między innymi chcieliśmy przećwiczyć sobie na Obozie i mam nadzieję, że każdym kolejnym Obozem albo działaniami pomiędzy nimi będziemy uczyli się tego, co powinniśmy jako istoty społeczne umieć, a co dziwnym trafem tak źle nam idzie.

Poza więc informowaniem o zjawiskach związanych ze zmianami klimatu głębokim programem Obozu jest przekaz, że takiemu wielkiemu wyzwaniu jesteśmy w stanie sprostać tylko wtedy, gdy połączymy siły.

A jak wyobrażasz sobie międzynarodową współpracę klimatyczną? Na ile Obóz wpisuje się w globalne działania?

Każdy kraj, w którym działają aktywiści klimatyczni, ma swoją specyfikę, która jest uwarunkowana zarówno tym, w jaki sposób władze dążą do wypełniania celów klimatycznych, jak i mentalnością społeczeństwa, świadomością zmian klimatycznych oraz chęcią wspierania działań na rzecz klimatu. Myślę, że w Polsce jesteśmy dopiero na etapie odkrywania sytuacji w naszym kraju. O ile bardzo się cieszę z tego, że na Obozie gościliśmy ludzi z Czech, Niemiec, Rumunii czy Kolumbii, to nie sądzę, że powinniśmy gdzieś za granicą szukać wzorca dla tego, jak wciągnąć ludzi w działania klimatyczne. Szkoda czasu na szukanie wzorca, trzeba szukać ludzi.

Prawda jest taka, że w Polsce świadomość na temat zmian klimatycznych jest bardzo duża, przecież 75 procent Polaków uważa, że powinniśmy odejść od węgla! Nie wiem, czy istnieje jakakolwiek inna sprawa w tym kraju, w której Polki i Polacy byliby tak zgodni. Tylko dlaczego z tych 75 procent nie wyrasta realna siła do wywarcia presji na politykach? Gdy rządzący w Niemczech zobowiązują się do odejścia od węgla, a potem zaczynają kombinować, społeczeństwo zaczyna rozliczać swoją władzę. Ludzie mówią: „Zobowiązaliście się, więc dlaczego tego nie robicie? My, naród, żądamy tego, a wy jesteście przez nas zatrudnieni”. Chciałabym takiej właśnie sytuacji w Polsce. Myślę, że naszym zadaniem jest poczuć, ile mamy siły, i zrobić z niej użytek.

Ale to, że każdy kraj jest inny, nie oznacza, że nie możemy łączyć sił – tak samo jak na poziomie międzyludzkim.

Z oczywistych względów musimy łączyć siły! Podam bardzo przyziemny przykład z Obozu: jeden z górników, którzy nas odwiedzili, zarzucił nam, że niszczymy polskie firmy eksploatujące węgiel, a na ich miejsce i tak wejdą przecież firmy zagraniczne. To jest właśnie przestrzeń do współpracy międzynarodowej – my nie chcemy, żeby węgiel był wydobywany. I będziemy aktywnie działać przeciwko temu, żeby jakakolwiek firma, chińska, australijska, niemiecka czy czeska, go u nas wydobywała. Ten surowiec powinien być po prostu zapomniany. Współpracujemy z aktywistami niemieckimi czy czeskimi między innymi po to, by nie wpuścić tego rodzaju kapitału do Polski. Dla nas jako aktywistów klimatycznych to nie jest to przecież żadna interesująca zamiana.

Czy istnieje gdzieś globalny Obóz dla Klimatu?

Aktywiści są ze sobą w kontakcie i mają plany, które łączą wiele krajów i wiele strategii, a ludzie z obozów klimatycznych po prostu odwiedzają się nawzajem. Nie słyszałam jednak o globalnym Obozie.

Może dlatego, że obóz klimatyczny, na który trzeba by dolecieć samolotem, byłby cokolwiek kuriozalny…

Tak, dokładnie. Co prawda nasi goście z Kolumbii musieli przylecieć samolotem, ale po pierwsze oni odwiedzili kilka miejsc w Europie, a po drugie usłyszenie historii o tym, z czym wiąże się aktywizm klimatyczny w Kolumbii, a najczęściej jest to praktycznie wyrok śmierci, jest dla nas w Europie otrzeźwiające i niezwykle potrzebne. Tu więc zwyciężyło kryterium istotności.

Pamiętajmy jednak, że nie da się walczyć z systemem, nie walcząc systemem. Nie da się stawiać czoła globalnym zagrożeniom, chodząc w sandałach z łyka, pijąc wodę źródlaną i jedząc tylko to, co sami wyhodujemy. Choć tego oczekiwaliby chyba od nas niektórzy nasi krytycy… My też się organizujemy, używamy samochodów i piszemy na Facebooku! A robimy to dlatego, że żeby naprawdę walczyć z systemowymi zagrożeniami, musimy tworzyć własne sieci – one zaś działają alternatywnie, ale nie wahają się wykorzystywać istniejących rozwiązań.

***

Monika Sadkowska – kulturoznawczyni, aktorka, producentka wydarzeń kulturalnych. Pracowała między innymi w Instytucie Teatralnym i Muzeum POLIN. Od niedawna aktywistka klimatyczna.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj

***

Polecamy także:

Ziemia na granicy

Paryski szczyt – klimat i sumienie