dwutygodnik internetowy
25.09.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

S. Radosława: Naszą opcją jest miłość

Niektórzy pytają nas, jaką opcję prezentują Laski czy to w państwie, czy w Kościele. Nie warto za cenę wierności danej opcji ryzykować życia miłością. Naszą opcją jest Ewangelia i miłość, której nam w Polsce bardzo brakuje.

ilustr.: Zuzia Wojda

ilustr.: Zuzia Wojda

Z siostrą Radosławą Podgórską FSK rozmawia Ignacy Dudkiewicz

IGNACY DUDKIEWICZ: Czego można życzyć komuś na setne urodziny? Czego życzyć dziś zgromadzeniu sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża?

SIOSTRA RADOSŁAWA PODGÓRSKA FSK: Przede wszystkim dochowania wierności charyzmatowi. A także umiejętności odkrywania go wciąż na nowo w życiu naszym i Kościoła. To wciąż ten sam charyzmat, ale potrzebujemy go na nowo rozpalać.

Na pewno można też nam życzyć nowych powołań i zachowania zgromadzenia.

Jak siostra odczytuje ten charyzmat w nowej rzeczywistości?

Wciąż aktualny pozostaje jego podstawowy wymiar służby osobom niewidomym na ciele – i to się nie zmieni. Szukamy natomiast naszej drogi dziś w służbie osobom niewidomym na duszy. Kiedy żyła Matka Czacka i ksiądz Korniłowicz, wiadomo było, że ta służba jest skierowana do osób, które dążą do Kościoła i szukają do niego drzwi. Ksiądz Korniłowicz te osoby przyciągał w sposób zadziwiający swoim świadectwem – bo przecież nie krasomówstwem lub umiejętnością pociągania tłumów. Dziś osoby szukające drogi do Kościoła są gdzieś indziej, w duszpasterstwach i wspólnotach, których jest bardzo dużo. Ale nie w Laskach. To, jak im służyć dzisiaj, wydaje mi się najważniejszym pytaniem stojącym przed nami obecnie.

Czy „duchowa ślepota” dzisiaj jest innego rodzaju niż w czasach, w których żył ksiądz Korniłowicz i Matka Czacka?

To zawsze są ludzie, którzy poszukują prawdy. I często szukają też pana Boga, niekiedy idąc bardzo okrężnymi drogami, choć orientacja jest w nich podobna. Są też z pewnością inni – bo skoro świat się zmienia, to i ludzie się zmieniają razem z nim.

Ale rzadko spotykamy takich ludzi w Laskach. Nie tutaj szukają odpowiedzi.

Czego więc dziś szukają ludzie odwiedzający Laski?

Szukają konkretnej drogi w Kościele, już w nim będąc; mając już relację z Panem Bogiem, szukają szczególnego sposobu jej przeżywania. Jednych przyciąga liturgia, innych – jak to często bywało w różnych okresach historii Lasek – przyciąga kaznodzieja, jeszcze innych przyroda i cisza przesiąknięta Bożą obecnością, kolejnych cmentarz. Jeszcze inni trafiają do nas poprzez służbę dzieciom niewidomym w ramach wolontariatu, poprzez którą wchodzą głębiej w Laski i ich duchowość.

Czyli de facto poprzez świadectwo…

Ono jest bardzo ważne. Zarówno jeśli chodzi o osobę księdza, który przyciąga słowem, jak też jeśli chodzi o siostry, które przyciągają czynem. Oczywiście to uproszczenie, ten podział nigdy nie jest tak klarowny, choć przez długi czas tak to w Laskach działało (i chyba nadal działa?). Wiele osób trafiało do Lasek na rekolekcje, które prowadził ksiądz Korniłowicz, a zostawało poruszonych świadectwem sióstr, osób niewidomych czy świeckich współpracowników. Razem to grało, jak dwa konie ciągnące jeden wóz. I muszą go ciągnąć równo, razem. Wtedy ma to sens.

Czy dużo jest osób, które do Lasek przyciąga historia tego miejsca?

Wydaje mi się, że stosunkowo niewiele. Najczęściej są to osoby, nazwijmy to, starszego pokolenia. Często to osoby, które były związane z kręgiem niedawno zmarłej siostry Rut Wosiek czy siostry Marii Krystyny Rottenberg lub też związane ze środowiskiem, które gromadziło się wokół osoby księdza Tadeusza Fedorowicza. Nie widzę, żeby trafiali do nas ludzie młodzi zainspirowani duchowym dziedzictwem Lasek, ale spotykam wolontariuszy, którzy chętnie wspierają pracę wychowawczą w internatach czy na terenie Ośrodka Szkolno-Wychowawczego.

Marzy mi się, by było inaczej.

O jakich Laskach zatem siostra marzy?

Chciałabym, żeby Laski na nowo stały się miejscem spotkania ludzi różnie myślących, w którym mogą ze sobą rozmawiać, być razem. Tak, jak to było za czasów księdza Korniłowicza. To moje ogromne marzenie od chwili, w której została mi powierzona funkcja matki zgromadzenia. Pojawiają się różne pomysły, jak to uczynić, i – jak sądzę – pojawia się coraz większe pragnienie, by się to udało. Równocześnie wydaje mi się, że należy o tym myśleć w kategoriach cudu…

Cudu?

Tak, bo stworzenie takiej przestrzeni w tak podzielonym społeczeństwie i kraju wymaga Bożej pomocy. Zresztą, zawsze tak było. Mamy tendencję do tego, by idealizować to, co przeszłe. Mówimy, że Laski promieniowały na cały kraj…

Że były „duchową stolicą Polski”…

Rozpływamy się nad przeszłością. A przecież historia Lasek w latach międzywojnia była ogromnie ciężka. Widać było duże niezrozumienie charyzmatu tej wspólnoty i posługi samego księdza Korniłowicza. Wizytacja kanoniczna zgromadzenia, która się odbyła w tamtym czasie, była bardzo trudna, bo uwydatniła zarówno opór wobec tak bliskiej współpracy sióstr zakonnych z osobami świeckimi, jak i niezrozumienie dla głównych linii duchowości tego miejsca. Pojawił się też konflikt w redakcji kwartalnika „Verbum”, który doprowadził do rozstania ludzi, którzy tworzyli to środowisko.

Było trudno, bo inaczej być nie mogło – ze względu na różnorodność i złożoność tego dzieła, na ludzką słabość i ułomność, a także ze względu na to, że wprowadzało ono jednak pewne nowości do myślenia o Kościele w Polsce.

Ksiądz Korniłowicz wyprzedzał przecież swoją epokę, był posoborowym księdzem na długo przed Soborem…

I przyciągał takich ludzi, których nikt inny by nie przyciągnął. Być może nigdy nie byłoby na przykład Jerzego Zawieyskiego w Laskach, gdyby nie ksiądz Korniłowicz. Nie wszystkim się to podobało.

I pewnie dziś też by się niektórym nie podobało…

Niektórzy czasami pytają nas o to, jaką opcję prezentują Laski czy to w państwie, czy w Kościele. Zapraszam ich wtedy na cmentarz i pokazuję go jako dowód na to, że jest przestrzeń, w której żadne opcje się nie liczą. I że nie warto za cenę wierności danej opcji ryzykować życia miłością. Naszą opcją jest Ewangelia i miłość, której – wydaje mi się – obecnie nam w Polsce bardzo brakuje. Mało oglądam serwisów informacyjnych, bo boli mnie to, co się dzieje. Czy naprawdę nie umiemy używać języka miłości i zrozumienia? Dyskutować, a nie skakać sobie do oczu? Jestem przez to głęboko obolała. Wtedy idę na cmentarz z różańcem i proszę o wstawiennictwo tych wszystkich, którzy już wszystko wiedzą i rozumieją, więc mówię im: wstawiajcie się.

To prawda, że Laski owiane są złotą legendą. Jak z tego wybrnąć, by zrobić krok w przód?

Potrzeba nam dużej otwartości na inspirację Ducha Świętego, który przecież nie przestaje działać w Kościele. I odwagi do pójścia za Jego światłem.

Czasem jej brakuje?

Niekiedy tak. Brakuje też czasem ludzi, którzy by te pomysły potem wcielili w życie, wzięli na siebie zaangażowanie i mentalne, i organizacyjne. Siostra Goretti Podoska, dawna przełożona zgromadzenia, mówiła: „Piękne myśli to my mamy, tylko jak je realizować?”. I tak rzeczywiście jest. Trzeba umieć wybrać najbardziej wartościowe z pomysłów i powiedzieć: „Tak, to jest ta droga, nią idziemy, nawet jeśli przez pierwsze lata będziemy dreptać i szukać”. Dzieło Lasek też nie tworzyło się w chwilę.

Ten wybór nie jest łatwy…

Nie jest. Wydaje mi się, że czasem nie mamy nawet tej odwagi, żeby zacząć od małego ziarenka. Czasem też brakuje nam w Laskach na tyle mocnych osobowości, które przyciągałyby następne osoby do środowiska. Nie jest to oczywiście łatwe zadanie, bo Matka Czacka też miewała problemy z indywidualnościami takimi jak siostra Teresa Landy, pan Henryk Ruszczyc czy Zygmunt Serafinowicz. Jednak faktem jest, że tacy ludzie przyprowadzali do Lasek kolejnych współpracowników. Każda z nas ma swój charyzmat, który jest wspólnocie potrzebny, ale wspólnie szukamy sposobu na to, by stawał się on siłą przyciągającą. Szukamy tego aspektu duchowości czy formy duszpasterstwa, która sprawi, że wiele osób doświadczy tego i powie: „To jest to, czego szukam”.

Może warto to budować wokół tego, co już się w Laskach dzieje, a więc duszpasterstwa narzeczonych i małżeństw?

To jeden z pomysłów, które sam Pan Bóg dał nam poprzez przyjaciół naszego środowiska. Bardzo nas cieszy, że wspólnota Małżeńskich Dróg i organizowane przez nią rekolekcje znalazły u nas swoją przystań. To też jest jedna z dróg dla nas, jako zgromadzenia do tego, by – jak to mówi ojciec Włodzimierz Zatorski OSB – osoby konsekrowane stawały się mistrzami życia duchowego. Póki co, jeszcze nie umiemy tego zrobić, ale mamy nadzieję, że we właściwym czasie Pan Bóg przyśle właściwe osoby, które nam pomogą i które będą z nami.

ilustr.: Zuzia Wojda

ilustr.: Zuzia Wojda

Czy innym pomysłem jest również czynienie z Lasek ośrodka dialogu ekumenicznego?

Bardzo bym chciała, by udało nam się znaleźć formułę tego dialogu czy chociaż wspólnego bycia ponad podziałami w Kościele i we wspólnotach chrześcijańskich. Ale również do tego potrzeba ludzi, kogoś, kto nam pomoże. Może jest tak, że za mało ich szukamy. Może jubileusz i odbywające się z tej okazji spotkanie będzie momentem, by znów coś rozpocząć? Nazwaliśmy je spotkaniem przyjaciół zatytułowanym „Kościół Ewangelii, Ewangelia Kościoła”. Chcemy „szukać drogowskazów”, bo przecież tymi drogowskazami są konkretni ludzie. Liczę na to, że z tych rozmów wypłynie inspiracja.

W Polsce rosną nastroje ksenofobiczne, skierowane przeciwko różnego rodzaju „innym”. A ksiądz Korniłowicz mówił, że powinniśmy wykreślić z naszego języka słowo „obcy”. Czy w opinii siostry Laski mogłyby być widomym znakiem otwartości na uchodźców?

To piękny pomysł i już przy innych rozmowach padła propozycja przyjęcia przez Ośrodek Szkolno-Wychowawczy na przykład czwórki niewidomych dzieci z Syrii, by je wykształcić po to, by mogły potem powrócić do swego kraju. Tylko pojawia się w nas drżenie, żebyśmy nie zostali z tym sami. Znów wracamy do kwestii ludzi. Odpowiadając wprost na to pytanie: jeśli ktoś nas spyta, czy przyjmiemy w Laskach uchodźców, to znaczy dzieci niewidome lub niedowidzące, odpowiadam: tak, przyjmiemy. Pod jednym tylko warunkiem: jeśli do tego dojdzie, znajdziemy wsparcie wśród osób wokół Lasek. A może także to będzie magnesem przyciągającym nowych ludzi.

A czy to wielkie dziedzictwo Lasek, postaci takich jak Matka Czacka, ojciec Korniłowicz, Antoni Marylski, czasami nie jest paraliżujące?

To prawda, że człowiek czuje się mały przy takich osobowościach. Ale to nie znaczy, że sparaliżowany. Mnie to dziedzictwo raczej motywuje, dając jednocześnie zdrową perspektywę dziecka, które pyta: „Co byście zrobili na naszym miejscu?”. I odkrywamy wtedy, że im też nie było łatwo: mieli problemy z odkrywaniem charyzmatu, z codzienną działalnością, z zarzutami osób trzecich, mieli problemy finansowe. Ale ufali. Historia pokazuje, że choć mieli może czasami znacznie trudniej, dzieło przetrwało próby. Bo Pan Bóg chciał tego Dzieła, chciał Lasek i myślę, że chce nadal, tylko w innej formie, której musimy szukać, a wtedy On nam ją ukaże.

Wspinam się codziennie na tę górę Synaj lub Horeb. I choć trochę czuję się jakby ciągnięta przez tych wielkich poprzedników, to nie chcę narzekać, bo wybór, by iść, był i jest mój.

Jak siostra do niego dochodziła?

Gdy zdecydowałam, że chcę być siostrą zakonną, nie znałam żadnego zgromadzenia, ale wiedziałam, że chcę służyć ludziom w trudnej sytuacji. Mój kolega, który wtedy był w seminarium, zapytał: „A może Laski?”. Tak się zaczęło. Później już mnie przyciągnęła osoba Matki Czackiej i służba niewidomym. Mój proboszcz nie zgadzał się z moim wyborem, ale napisał opinię w dwóch słowach: nulla osta, czyli „brak przeszkód”.

Dlaczego się nie zgadzał?

Pytał, dlaczego idę do osób z niepełnosprawnością, że w innym zgromadzeniu mogłabym zrobić karierę, zostać nauczycielką. Odpowiedziałam tylko, że zdrowe dzieci dadzą sobie radę. A niewidome mnie potrzebują.

A potem już się nie zastanawiałam. To było zresztą trzydzieści pięć lat temu.

Piękny staż.

Moje rówieśnice są już babciami.

Czy powinienem zgromadzeniu życzyć kolejnych stu lat?

Jeśli Bóg tak będzie chciał, to jak najbardziej. Ale chcę być daleka od cyferek. Stulecie jest inspiracją do namysłu, do zatrzymania się, do wejścia w głąb, stanięcia w prawdzie przed Bogiem. Temu też ma służyć owo spotkanie przyjaciół, które nie jest sympozjum, lecz raczej prostą zadumą, wymianą myśli, wspólnym poszukiwaniem. Chcemy spotkać osoby, które są w pewnym sensie są dla nas mistrzami, którzy wskażą nam drogę. Nie chcemy, żeby bili nam brawo, tylko żeby powiedzieli: „Myślimy, że można byłoby podjąć takie czy inne wezwania i możemy wam pomóc – dać dobrą radę i być z wami”.

Zamiast zwyczajowego śpiewu kolejnych stu lat, oczywiście w duchu dziękczynienia za Założycieli i wszystkie osoby, które budowały podwaliny Dzieła Lasek, proszę nam życzyć, abyśmy nie ustali w drodze wierności Bożemu zamysłowi. To wystarczy.

***

Siostra Radosława FSK – Anna Podgórska, w zgromadzeniu Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża od 1983 roku. Skończyła Istituto Scienze Religiose Assisi w Umbri. Autorka Positio Sługi Bożego Księdza Władysława Korniłowicza i współautorka Positio Sługi Bożej Matki Elżbiety Róży Czackiej. Od 2013 roku przełożona generalna Zgromadzenia.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.